Siedzi trzech gości i się żali:
-Przy mojej starej to nie da się normalnie zjeść. Siorbie i beka. Wykałaczki używa jak sztachety od płota. W dodatku ogląda dokładnie co wydłubała i pakuje to z powrotem do gęby. Żebym nie wiem jak był głodny to ochota do jedzenia mi przechodzi!
-Moja też nie lepsza. Ma manię przyprawiania, doprawiania i mieszania. Żeby to jeszcze tylko sobie robiła. Ale nie. Uważa, że ona wie lepiej co i jak ma mi smakować. Jak mi zacznie doprawiać, sypać, pieprzyć, solić to wszystko robi się nie do zjedzenia!
-Panowie! To jeszcze nic! Moja wszystko mi wyżera. Nalałem dwa talerze zupy. Postawiłem na stole i poszedłem do kuchni po łyżki. Przychodzę. A ona już kończy chłeptać drugi talerz. Przyniosłem drugie danie. Poszedłem po kompot. Wracam a tam po ziemniakach ani śladu. Z kurczaka już tylko kości zostały. A resztki surówki paluchem z półmiska wybiera. Przyniosłem deser. Ciasteczka, tort, dwa litry coli. Nie zdążyłem usiąść a ta już tort łapami żre. Dopycha między kęsami ciastkiem. I żłopie colę prosto z butelki. Wku**wiony przyniosłem z lodówki dwa pęta kiełbasy, cztery pomidorki, cztery ogórki i cztery bułki. Poszedłem do kuchni po nożyk do obrania ogórków. Wracam a tam już tylko ostatni ogórek z chrzęstem znikał w jej jamie gębowej. Jak już skończyła to zległa na wyrze. Bęben jej wywaliło jak piłkę plażową i stęka. "Boże jak się najadłam! Już nic w siebie nie zmieszczę! Normalnie ruszać się nie mogę!". I dopiero wtedy wtedy wyciągnąłem tartiniki, puszkę astrachańskiego kawioru i butelkę szampana...
Ostatnio edytowany: 2019-08-26 18:40:30

--
Z czego żyję? Z jedzenia. Jem i żyję...