Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Półmisek Literata > Życie [rozpoczęte]
amphiprion
amphiprion Superbojownik od 31 sierpnia 2008 | Aglomeracja gostynińska
2011-04-11 20:26:09 Zgłoś
Witam!
Chciałbym przedstawić do oceny i wytknięcia błędów wszelkiego rodzaju początek opowiadania. Mam pewien zamysł całości i mogę powiedzieć, że chociaż początek fabularnie wygląda na oklepany, dopiero końcówka wprawi w szok Ale tutaj nie chodzi mi o marudzenie nad fabułą, bo to dopiero początek początku, tylko o stylistykę etc



W stolicy panowała pełna mobilizacja. Zewsząd na główny plac, zazwyczaj zastawiony różnymi straganami kupców, zmierzali wojownicy, magowie, kapłani oraz wszyscy inni, którzy zechcieli opuścić mury i udać się na podbój. Heroldzi obiecywali duże zyski, jednak nie wspomnieli ani słowem co się stało z poprzednią wyprawą, równie liczną jak ta, a być może nawet i większą. Mieli wyruszyć w południe, a tymczasem, pomimo wczesnych godzin rannych, plac był wypełniony prawie po brzegi. Liczebność oddziałów jeśli można tak nazwać tą chałastrę obdartych żebraków szukających względnie łatwego sposobu na zdobycie pieniędzy oraz szacunku, pomieszaną z prawdziwymi, wyszkolonymi wojakami, potężnymi magami, kapłanami różnych często konkurujących ze sobą bóstw, zwykłymi iluzjonistami i innym pospólstwem można było liczyć na kilkanaście tysięcy. Jak to zwykle bywa, gdy taka grupa ludzi pojawia się w jednym miejscu, a zaludnienie obszaru przekracza wszelkie fizyczne granice, tu i ówdzie wybucha ostra sprzeczka, szybko łagodzona celnym ciosem zimnego metalu w pulsujący organ. A raczej już nie pulsujący.
Camber przeciskał się pomiędzy spoconymi cielskami grupki ekscentrycznie wyekwipowanych żebraków i przez chwilę zastanawiał się do czego może im się przydać zestaw słodkich win opakowany w metalowe, inkrustowane runami pudełko. I przede wszystkim skąd wzięli takie pudełko?! Postanowił zbadać to w trakcie drogi, teraz nie było na to czasu.
- Niech to szlag! - zaklął, gdy poczuł silne uderzenie w prawe ramię i szybko odwrócił się, zanurzając jednocześnie rękę w fałdach szat, by dobyć sztyletu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie chciał marnować cennych czarów na podrzędnego chędożyciela świń. Poza tym był zbyt ostrożny jeszcze kula ognia odbiłaby się od napastnika i poparzyła mu jego piękną twarz. To byłby wielki cios dla wszystkich kobiet całego świata, a do tego nie chciał dopuścić. Siłą rzeczy został mu jedynie sztylet, którym jako tako umiał się posługiwać. Co nie zmieniało faktu, że prędzej wyprułby sobie nim własne flaki niż odciął łeb nieżyjącej już kurze. Ale zawsze mogło mu dopisać szczęście. Tym razem jednak nie było potrzebne, w sumie to nawet mu dopisało, bo tajemniczym napastnikiem okazał się Soran jego przyjaciel z gildii. Słowo przyjaciel dosyć delikatnie określa stosunki jakie panują pomiędzy nimi. Używają go wśród osób, które nie powinny poznać ich prawdziwych... stosunków.
- Jeszcze raz zrobisz coś takiego a wypruję Ci wnętrzności, posypie pieprzem, zjem i zgwałcę ścierwo twojej matki...
- Ale moja matka żyje... - odparł z głupkowatą miną Soran.
- Kwestia czasu.
Na te słowa obaj mężczyźni wybuchnęli tak głośnym śmiechem, że przeraził kilku pobliskich żądnych krwi wojaków, którzy w mgnieniu oka wskoczyli na grzbiety stojących przed nimi mężczyzn. Ci niezbyt się ucieszyli z perspektywy dodatkowego, śmierdzącego rybami i moczem bagażu, więc wpadli na genialny sposób pozbycia się go zaczęli rzucać się na wszystkie strony próbując strącić intruzów. Jedyny sukces jaki odnieśli to ogólny popłoch i panikę rozprzestrzeniającą się coraz szerzej, jak fale w wodzie dookoła miejsca, w którym wpadł kamyk.
- Lepiej się stąd wynośmy w bardziej bezpieczne miejsce chichocząc zaproponował Camber. Soran jedynie kiwnął głową i zaczął sobie robić miejsce wśród tłumu za pomocą łokci, co było dość trudnym zadaniem, zważywszy na ogólnie panującą panikę. Po kilku chwilach przyjaciołom znudziły się klasyczne metody. Camber zaczął melodyjny zaśpiew pod nosem rękoma wywijając wokół swej twarzy, na której w miarę upływu czasu i kolejnych sylab inkantacji zaczęły pojawiać się różne krosty, narośla, ropiejące wrzody i inne tego typu paskudztwa. Jego kompan szybko załapał żart, stłumił śmiech, po czym z całkowicie poważną miną zaczął krzyczeć:
- Ludzie! Uciekajcie! Zaraza! Trąd! Wszyscy umrzemy! On jest chory! Wezwać medyka!
Nie trzeba było długo czekać na efekt tych zabiegów. Najbliżej stojący ludzie zaczęli przepychać się jak najdalej od źródła tajemniczej choroby. Dwaj przyjaciele zaczęli manipulować tłumem gdzie ruszył się Camber, stamtąd wszyscy uciekali. W ten sposób torowali sobie drogę wśród tłuszczy. Wkrótce dotarli na obrzeża tłumu zebranego na placu, gdzie nastąpiło magiczne uzdrowienie. Przyjaciele chwilę odsapnęli po, bądź co bądź męczącej przeprawie.
Na wielkie podium w centralnej części placu, które zazwyczaj było używane podczas festiwali wszelkiej maści, stanął orszak złożony z burmistrza oraz jego świty. Po dwóch stronach grubego jegomościa stanęło dwóch staruszków dla kontrastu chudych jak szczury kanałowe. Pomimo mizernego wyglądu każdy mieszkaniec miasta wiedział, żeby przypadkiem nie nadepnąć któremuś na jeden z licznych wrzodów na ich koślawych stopach. Dwaj staruszkowie byli najpotężniejszymi magami w okolicy. Dzięki ich mocy i potędze stolica wielokrotnie obroniła się przed atakami dzikich najeźdźców.
Wrzawa spowodowana niewinnym żartem Cambera i Sorana ucichła jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki (co najprawdopodobniej jest bliższe prawdzie niż może się wydawać jeden ze starców pospiesznie chował coś za połę płaszcza) i burmistrz rozpoczął swoją przemowę. Wszyscy mogli go usłyszeć dzięki czarowi wzmocnienia głosu, który został na niego nałożony.
M-m-oi d-d-drodzy w-w-ojow-wnic-cy!
Głośny aplauz rozszalałego tłumy na chwilę uciszył grubasa. Nie wiadomo jednak czy to do końca był aplauz spowodowany radością, że ich kochany burmistrz do nich przemówił, czy jęki pospólstwa zmuszonego do wysłuchania kolejnego dwugodzinnego kazania obrośniętego tłuszczem, jąkającego się nudziarza. Bez różnicy.
- C-cieszy m-m-mnie to, że z-zebral-l-liście się tutaj t-t-tak licznie!
Tu i ówdzie w górę poleciały kwanty czystej energii przeobrażone w widoczną, kolorową materię. Innymi słowy paru niesfornych magów strzeliło małymi błyskawicami.
N-n-nie marn-n-nujcie swoich m-m-mocy, zacni i p-p-potężni m-m-mag-gowie alb-b-bowiem będą w-w-wam p-potrzeb-b-b-bne p-p-podczas w-w-w-wyp-p-p-p... W-w-w-wyp-p-p. N-niech to! W-w-w-w-wyp-p-p-p!
Wyprawy. dokończył jeden ze staruszków.
- D-dokładnie! W-w-właśnie t-ta w-w-w-wyp-p-p-p W-w-wyp-p-p-p-p W-w-w-wyp-p-p-p!
- Wyprawa. spokojnie ponownie dokończył jeden ze staruszków.
- D-dokładnie! O-o-ona j-jest p-p-powod-dem, dla k-k-którego w-w-wszys-scy się t-t-tutaj z-zebral-liśmy. J-j-jak d-dobrze w-w-wiecie z p-p-poprzed-dnich w-w-wyp-p-p W-w-w-wyp-p-p - grubas machnął ręką jakby chciał odgonić tłustą jak on muchę latającą mu wokół jego czerwonego nochala M-m-misji. załamał głos wsłuchując się we własne słowa, czy oby na pewno zostały dobrze dobrane. Po upewnieniu się, że rzeczywiście tak jest, z zadowoloną miną ciągnął dalej. N-n-nikt n-nie wrócił
Tak, to jest bardzo dobra zagadka społeczno-demograficzna. Średnio raz na tydzień zostaje wysłana kolejna wyprawa ze stolicy złożona z takiej samej, ogromnej ilości osób. Zawsze jest ich kilkanaście tysięcy, a jak do tej pory z żadnej z nich nie wrócił chociaż jeden konający człowiek. Koniecznie musi być konający, bo co to za przyjemność słuchać opowieści z ust człowieka w pełni żywego i zdrowego. To budzi pewien niesmak. W każdym bądź razie nie wrócił nikt, co chwilę jest wysyłana kolejna wyprawa, ale skąd stolica bierze tyle ludzi? I wciąż normalne życie gospodarcze jest prowadzone działają urzędy, kramy, cechy, gildie, nocne kluby, karczmy, po ulicach łazi ogromna liczba żebraków, których można spotkać na każdym kroku. Co inteligentniejsi mieszkańcy zauważają ten niepokojący fakt, jednak z miłości do własnego bogatego życia nie dzielą się tymi spostrzeżeniami z nikim. Panuje pewna teoria, że dwaj starzy magowie, na co dzień pracujący dla burmistrza, znaleźli sposób na masową produkcję ludzi. Za pomocą specjalnych wywarów, własnych czarów i tłu

--
"Przyjazn miedzy kobieta a mezczyzna jest tylko mozliwa dopoki on nie wyobrazi sobie owej kobiety przypartej do biurka/lozka/barku/niepotrzebne skreslic. Czyli po jakichs okolo 7 sekundach statystycznie." - MarkizDeRetarde :C
amphiprion
amphiprion Superbojownik od 31 sierpnia 2008 | Aglomeracja gostynińska
2011-04-11 20:26:56 Zgłoś
Za pomocą specjalnych wywarów, własnych czarów i tłuszczu burmistrza tworzą w ukrytym laboratorium całe masy nowych ludzi. Są to jednak jedynie plotki, których w żaden racjonalny sposób nie da się potwierdzić. Wszak, gdyby to było prawdą, to w jaki sposób burmistrz coraz bardziej obrastałby tłuszczem zamiast go tracić?
Bez względu na to, skąd ci wszyscy dzielni wojowie się biorą, wyprawa musi się odbyć. Nikt tak naprawdę nie wie po co ona jest regularnie organizowana. Stała się jakby tradycją tego miasta. Wysłać paręnaście tysięcy osób, żeby sobie gdzieś zginęły. Całkiem normalna tradycja zdrowego na umyśle społeczeństwa.
To, jak kilkanaście tysięcy osób mieści się na placu bądź co bądź dużego miasta jest kolejną zagadką. Ale i w tym pospólstwo widzi głęboko zamoczone paluchy starych magów. To stara zasada jeśli nie wiesz jak wytłumaczyć, to na pewno zamieszani są w to magowie. Magom to nawet nie przeszkadza, dzięki takiemu tokowi myślenia mogą się czuć bezkarni i bezpieczni. W końcu skoro są w stanie stworzyć co tydzień kilkanaście tysięcy ludzi czy spowodować, że ci sami ludzie zmieszczą się na jednym placu w środku miasta, to jakim problemem byłoby dla nich wysłać człowieka, który odważy się ich zaatakować gdzieś w rynsztokowy wymiar? Żadnym.

--
"Przyjazn miedzy kobieta a mezczyzna jest tylko mozliwa dopoki on nie wyobrazi sobie owej kobiety przypartej do biurka/lozka/barku/niepotrzebne skreslic. Czyli po jakichs okolo 7 sekundach statystycznie." - MarkizDeRetarde :C
sunnivva
sunnivva Pokapoka od 10 lipca 2006 | with a little drop of poison
2011-04-16 00:43:18 Zgłoś
Jest kilka niedoróbek gramatycznych, logicznych (z tym pulsującym organem chociażby) i interpunkcyjnych. Jakbys przesłał mi plik tekstowy na sunnivva(na)joemonster.org, to mogę dłubnąć poprawki ;)
Ogólnie, póki co, trzyma się kupy

--
Jest dla mnie przewidziane specjalne miejsce w piekle. Tron
Forum > Półmisek Literata > Życie [rozpoczęte]
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj