Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Półmisek Literata > cóś ciekawego? ee nie; nie czytac tego!!
xepher
xepher Bojownik od 27 czerwca 2008 | Nowy Sacz | GG: 6531815
2008-08-04 20:04:50 Zgłoś



Księga
Nieskończonego


























Życie po życiu

Wybrałem się na przechadzkę ulicami Londynu. Pogoda była okropna jak przystało na późną Londyńską jesień. Szaro brudno i ponuro. Deszcz siąpił a mgła unosiła się tuż nad chodnikiem otulając bure, wysokie budynki, jakby chciała ukryć ich brzydotę przed blaskiem księżyca, jakby nie chciała się wstydzić za ich wygląd. Szarówkę potęgował zbliżający się wieczór. Pogoda idealnie pasowała do mojego nastroju. Wokół biegali ludzie próbujący uciec przed nocą i samym sobą, przed szarością swej egzystencji. W mojej głowie wciąż dudniło jedno zdanie wypowiedziane dzisiejszego ranka:
- Zostało panu jeszcze kilka miesięcy, może nawet rok. Ma pan białaczkę, ale proszę się nie martwić, medycyna idzie na przód, może niebawem znajdziemy lekarstwo.
Nie chce umierać mam dopiero dwadzieścia lat - myślałem, lecz ku memu zaskoczeniu myśl o śmierci wcale mnie nie przerażała.
Zapadł już mrok, ulice opustoszały. Tylko gdzieniegdzie jacyś bezdomni błąkali się po zaułkach miasta. Usiadłem nad brzegiem Tamizy by odpocząć, poczułem kłujący ból i straciłem przytomność.
Było jeszcze ciemno, gdy obudziłem się w olbrzymim pustym pokoju pomalowanym w ciekawe geometryczne wzory w odcieniach granatu i bieli. Do pomieszczenia wpadało światło przez okno, durze wysokie i szczupłe przyozdobione grubymi kotarami rzucając. Leżałem nagi w olbrzymim łożu okryty jedwabną pościelą. Obok łóżka stało drewniane żeźbione krzesło, a na jego oparciu wisiał pluszowy, granatowy szlafrok z nadrukiem J.W. To raczej nie był szpital, tym bardziej, że nie byłem podpięty do żadnej aparatury. Czułem się doskonale.
Wstałem, aby rozejrzeć się gdzie jestem. Zakładałem szlafrok, kiedy zdobione dębowe drzwi skrzypnęły, a zza nich wyłoniła się elegancko odziana postać mężczyzny.
-Paniczu Romeo. Proszę się jeszcze położyć i odpocząć z pewnością jest pan jeszcze wyczerpany.- Usłyszałem spokojny, stanowczy głos staruszka stojącego w drzwiach.- Pan niebawem przyjdzie. Postać znikła tak samo szybko jak się pojawiła. Zaskoczony usiadłem na łóżku i przyglądałem się małym lampkom oświetlającym i tak mroczny pokuj.
- Skąd on zna moje imię, i dlaczego zwrócił się do mnie paniczu.- Pomyślałem i podszedłem do szafy by poszukać czegoś do ubrania. Otworzyłem jej drzwiczki. Ujrzałem idealnie powieszone fraki i ciemne garnitury, oraz ułożone jak od linijki śnieżno białe koszule. Włożyłem na siebie pierwsze lepsze spodnie i koszule. Drzwi ponownie skrzypnęły .
- Witaj Romeo – rozległ się mocny, twardy głos mężczyzny, który z wolna zbliżał się w moja stronę.- Widzę, że czujesz się już lepiej.
- Tak- odpowiedziałem równie twardo, lecz mimo mojej woli głos mi zadrżał.- Ale gdzie ja...
- Witam, usiądź! Jesteś w moim domu. Znalazłem cię nad brzegiem rzeki i postanowiłem przedłużyć ci życie. Szkoda by tak młody człowiek umierał, zwłaszcza w takim miejscu.- Był ubrany w czarny garnitur, białą koszule, a jego szyja owinięta była jedwabnym, białym szalem. Z twarzy bił stoicki spokój i dziwny urok osobisty, zupełnie nie pasujący do ostrych rysów twarzy i ciemnych wyżelowanych włosów. Stał tuż obok mnie, lecz jego zimne, błękitne oczy zdawały się być bardo daleko.
- A pan, kim jest i jakim cudem mógł mi pan przedłużyć życie?
- Nazywam się Joachim. Znam dobrze twą matkę. To ja, co miesiąc przelewałem pieniądze na twoje konto i wiem, że dobrze je ulokowałem- Mężczyzna podszedł do okna i spojrzał w światło księżyca, który rozświetlił jego postać.- Jestem twoim wujem.
- Dziękuje za wszystko, ale ja już pójdę. Mama z pewnością się martwi.
- Usiądź na chwile, muszę ci coś ważnego powiedzieć, a potem zrobisz, co zechcesz!- Jego głos zmienił barwę. Stał się jeszcze bardziej poważny i oficjalny.- Usiądź powiedziałem! Znam diagnozę, którą usłyszałeś, znałem ją wcześniej niż ty. Lekarz kłamał, nie miałeś przed sobą miesięcy życia, nie miałeś nawet tygodnia. Wczoraj wieczorem, kiedy zasłabłeś twoje serce stanęło na zawsze.
- Przecież ja żyje...- powiedziałem lekko rozbawiony.
- Nie przerywaj, kiedy mówię! To nie wszystko. Od kilku dni mój człowiek chodził za tobą, aby dopilnować czy nic ci się nie stało. Tego wieczoru, gdy straciłeś przytomność, przemieniłem cię. Nie jesteś już tą samą osobą, nie jesteś już człowiekiem! Wiem, że zawsze twardo stałeś na ziemi i nie wierzyłeś w bajki, ale, niektóre z nich są rzeczywiste. Jesteś wampirem tak jak ja i wielu innych. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, lecz sprawdź twoje serce nie bije. - Z niedowierzaniem przyłożyłem rękę do serca. Nie czułem go. Tętno również było nie wyczuwalne.- Twoja matka już wie, że nie żyjesz, więc lepiej było by byś jej nie odwiedzał. Na razie możesz zostać w moim domu, a później będziesz musiał się usamodzielnić. W naszym świecie osoba, która dokonała przemienienia nazywana jest przez przemienionego ojcem, a więc ty jesteś moim synem.
- Jak śmiałeś mi to zrobić! -Podniosłem się z łóżka i zacząłem krzyczeć- Jak mogłeś ty...A może ja nie chciałem, nie miałeś prawa, nawet nie zapytałeś mnie o zdanie!
- Posłuchaj!- Obrócił się w moją stronę- Dałem ci szansę na ponowne życie, nawet gdybym chciał nie zdążyłbym cię spytać. Znalazłem cię już ledwie żywego, to była ostatnia szansa. Cud, że w ogóle się udało. Byłeś już tak wycieńczony, że szansę na twe przemienienie były równe zeru.
- Ja wcale cię o to nie prosiłem, byłem przygotowany na śmierć.-Usłyszałem w tym momencie przedziwny śmiech.
- Dobrze wiesz, że nie chciałeś umierać. Nie mogę już odwrócić tego, co się stało. Połóż się teraz spać, bo niebawem wstanie świt, a jutro powiesz mi czy nadal chcesz umierzeć.
Joachim opuścił pokuj zasłaniając wcześniej grube czerwone kotary. Położyłem się na łóżku, żeby zebrać myśli, które pędziły mi przez głowę robiąc olbrzymi huk. Czułem się słaby i zagubiony, a cisza panująca do koła potęgowała mój strach.
Obudziłem się następnej nocy, gdy do pokoju wszedł mężczyzna ubrany jak lokaj.
- Która godzina?- Zapytałem. Starszy pan zerkną na zegarek i odparł
- 21,10 paniczu.
- Kim ty jesteś i jak masz na imię?
- Jan. Jestem służącym pana tego domu, a także panicza.
- Jesteś wampirem?- Wyszeptałem, jakbym sam nie wierzył w to, co mówię.
- Nie. Nie dostąpiłem tego zaszczytu, jestem gólem.
- Czym?
- Gólem.Ojciec nie powiedział paniczowi? Jestem człowiekiem, który spożywam wampirzoł krew i dzięki temu zyskuje jego moc i jestem mu bezwzględnie poddany. Ta krew przedłuża moje życie dopóki ją pije.
- Janie czy mógłbyś mi powiedzieć gdzie tu jest kuchnia.
- Paniczu...
- Nie mów tak do mnie, mam na imię Romeo.
-Ale...
- Powiedziałem! Skoro masz mnie słuchać, chcę abyś zwracał się do mnie po imieniu. No, więc gdzie ta kuchnia?- Byłem bardzo głodny i próbowałem się zachowywać jak mój wuj, po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę ważny.
- Tutaj nie ma kuchni, ale skoro jest pan głodny -Dziadek zbliżył się do mnie i odchylił głowę, ręką odsłonił kark z resztek śnieżnobiałych włosów, ukląkł przy łóżku i spojżał na mnie ciemnymi, pustymi oczami. - To proszę niech pan gryzie.
Odsunąłem się, mimo iż jakiś dziwny instynkt nakazywał mi to zrobić. Poczułem jakby wiercenie, gdy moje kły wyciągały się na nie naturalną długość. Rozejrzałem się po pokoju czy nikt nie widzi, i mimo najszczerszych chęci rzuciłem się na staruszka zatapiając w jego szyi zębiska. Czułem jak wracają mi siły, gdy Joachim oderwał mnie od leżącego jak kłoda Jana.
- Brawo dziecko, brawo!
- Ale ja nie chciałem.- Spuściłem głowę siadając na podłodze, tuż obok nie ruszającego się góla.- Czy on?
- Nie bój się nic mu nie będzie- wyciągną z kieszeni garnituru scyzoryk i nacią nim kciuk. Wlał do ust mężczyzny kilka kropel krwi, i strzelił palcami. W drzwiach pojawił się drugi służący i wyniósł Jana. - Jestem z ciebie dumny, ale jeszcze chwila i zabiłbyś mego ulubionego lokaja. Musisz nauczyć się kontrolować. - Zrobiło mi się niedobrze, lecz nie potrafiłem zwymiotować, a on mówił dalej. - Widzisz to jest instynkt. Wiem, że sobie poradzisz i będziesz idealnym przedstawicielem klanu Wentru. Jesteśmy arystokracją wśród wampirów, nikt nie może się z nami równać. Ty też do niego należysz, bo płynie w tobie moja krew. Obiecuje, że niczego ci nie braknie. Wstań, chcę abyś kogoś poznał.
- Nie mam ochoty. Chcę się zobaczyć z matką. - Przez policzek popłynęła mi łza, tęskniłem za mieszkaniem położonym w slumsach miasta. Miałem tam swój mały pokuj, do którego co dzień matka przynosiła mi świeże kwiaty. Tęskniłem za jej uśmiechem dodającym otuchy. Smutek potęgowało zdarzenie z przed chwili, gdy omal nie zabiłem niewinnego człowieka.
- Nie martw się o matkę, odwiedziłem ją dziś. Opłakuje twą śmierć, ale trzyma się nieźle. Nie braknie jej też pieniędzy na życie, dziwnym trafem w dniu twojej śmierci wygrała główną nagrodę w grach losowych. Ma zapewniony dobrobyt na całe życie.
- Ty chamie. Myślisz, że pieniądze to wszystko!?
- Nie, ale są bardzo pomocne. Wstań chcę byś kogoś poznał!
Wyszliśmy z pokoju, w którym spędziłem trzy ostatni dni, a raczej noce. Przeszliśmy przez mocno oświetlony korytarz, światłami ogromnych żyrandoli zwisających z wysokiego sufitu. Ściany były ciemno zielone z żółtymi lamperiami, korytarz szeroki a olbrzymie okna ukazywały drugi skrzydło budynku. Dom, a raczej pałac zbudowany był w gotyckim stylu z dobrze wkomponowanymi w całość strasznymi gargulcami. Na końcu korytarza zobaczyłem uchylone drzwi, zza których dobiegały głośne śmiechy. Joachim pchną je, a przed mymi oczami ukazała się wielka sala balowa, pełna obrazów wyśmienitych artystów i barwnych ozdób. Posadzka ułożona z szarych marmurowych płyt kontrastowała z resztą przepychu na sali wielości boiska futbolowego. W lewym rogu pokoju siedziały dwie postacie. Nie widziałem dokładnie z tej odległości, ale była to chyba kobieta i mężczyzna. Ojciec pewnym krokiem wszedł na marmurową posadzkę, a jego podbite metalem eleganckie buty wydawały bardzo regularny stukot rozchodzący się echem po całym domu. Siedząca w koncie para spojrzała w naszą stronę. Joachim skinieniem dłoni kazał mi podejść.
- Witam -Rzekł ciepło, lecz poważnie. Postacie w tym samym momencie stanęły niczym na baczność.- Chcę byście poznali mojego syna i zaopiekowali się nim wprowadzając w tajniki naszego świata. To jest Romeo.
- Da się zrobić laleczko! Mam na imię Neo i wychodzi na to, że jestem twoim bratem. - Ciemnowłosy mężczyzna, a raczej chłopak wyciągną do mnie ręka w geście powitania. Miał jasno niebieskie oczy i krótkie sterczące włosy podkreślające szczupłą twarz. Byliśmy niemalże tego samego wzrostu, lecz wydawał się dużo wyższy przez niesamowici szczupłą sylwetkę. Przywitałem się z nim. - To jest Shelly, moja przyjaciółka - Dodał szybko. Z za jego ramienia spojrzała na mnie piękna kobieta. Burza brązowych dredów wiła się po drobnych ramionach, opadając na stosunkowo duży biust na tle wąskich bioder.
- Witaj Romeo - Przywitała mnie delikatnym uśmiechem a czarne oczy zabłysła niczym diamenty na żyrandolu.
- Poznałeś właśnie mojego pierwszego syna - Rzekł do mnie mój nowy tatuś - Zostawiam was teraz samych. Mam nadzieje, że się polubicie. Ach byłbym zapomniał - Sięgną do kieszeni i rzucił czymś w moją stronę.
- Widzę, że tatuś nadal jest hojny.
- Neo, wiesz dobrze, że każdy członek naszego klanu dostaje trochę drobnych na start, tak samo jak ty. Mam nadzieje, że twój brat rozsądniej ulokuje te pieniądze niż ty. Joachim wolnym krokiem opuścił sale, a ja zostałem z małym zawiniątkiem w dłoni.
- No, co tak stoisz odpakuj - Usłyszałem damski głos. Zrobiłem tek jak mi powiedziała, sam byłem ciekaw, co jest w środku. Złoty szwajcarski zegarek z wygrawerowanymi moimi inicjałami, i karta płatnicza na sumę 20000$ i napis POWODZENIA. Przez chwile stałem zaskoczony niczym w transie, aż usłyszałem głos Shelly. - No to, co robimy? Chyba nie będziemy tu siedzieć!
- Pewnie, że nie idziemy na miasto! Co ty na to młody?!
- Możemy iść, ale dokąd? - Zapytałem.
- Ty to masz problemy! Świat jest wielki, a życie długie. Przydałoby ci się coś do ubrania i jakaś bryka.
- Nie umiem jeździć.
- No to się nauczysz.
Poszliśmy najpierw do odzieżowego. Kupiłem sobie jasne dżinsy i czarną koszule, a do tego krótki, skórzany płaszczyk. Zawsze chciałem mieć takie ciuchy.
- Zrób jeszcze coś z włosami.- Powiedziała Shelly i związała mi je na karku.-Idziemy teraz po samochód przystojniaku. Trzeba cię trochę rozruszać.
Poszliśmy do całodobowego komisu, gdzie kupiłem starego rozlatującego się garbusa, wymalowanego w kolorowe kwiatuszki. Najpierw prowadził Neo pokazując mi jak to się robi, a później ja usiadłem za kółkiem. Wytłumaczył mi, że nawet, jeśli się rozbijemy i tak nic nam się nie stanie. Wampiry nie mogą zginąć od tego typu ran.
- Udało mi, się jadę! -Krzyczałem.
- Widzisz, życie jest piękne. Jedziemy do knajpy poznasz więcej takich jak my.
- Chętnie.
Nagle zakołysało autem i wpadliśmy w poślizg. Obróciło autem kilka razy, przelecieliśmy przez pas zieleni, otarliśmy się o drzewo i przekoziołkowaliśmy przez drugi pas jezdni zatrzymując się na barierce wokół Tamizy. Po chwili udało mi się wygramolić z auta. Z głowy mi tryskała krew. Nie wiedziałem, co robić, a w aucie nie było moich towarzyszy. Oparłem się o barierkę a za plecami usłyszałem głos:
- Co młokosie tu robisz. Czyżby życie ci było nie mile?
Obudziłem się następnej nocy leżąc na kanapie w dziwnym pokoju. Z pewnością nie był to ten sam dom, w którym spędziłem ostatnie kilka dni. Na moim ciele nie było ani śladu po wypadku oprócz zakrwawionego ubrania. W mieszkaniu panowała cisza, jakby nikogo nie było. Znalazłem ręcznik i poszedłem do łazienki. Zmyłem z siebie zaschniętą krew i wszedłem do kuchni. Stanąłem przed kuchenką elektryczną by zrobić sobie herbatę, gdy usłyszałem śmiech.
- Co młokosie głodny jesteś. - To był ten sam głos, który słyszałem po wypadku - Może zrobić ci kanapkę?! - Ponownie rozległ się śmiech. Odwróciłem się przestraszony i spojrzałem na mężczyznę siedzącego na kanapie zanoszącego się ze śmiechu. Był dobrze zbudowanym, ciemnym blondynem, o falowanych sięgających do ramion włosach. Ubrany w przeciętne ciuchy. - Wyglądasz uroczo w tym ręczniczku, który ledwie przykrywa ci pupę.
- Kim jesteś?- Zapytałem i stanąłem za szafką kuchenną.
- Jestem twoim wybawcą drogie dziecko. To ja uratowałem twój zgrabny tyłeczek przed spłonięciem w porannym słoneczku i tyle informacji na mój temat powinno ci wystarczyć.
- Skąd wiesz, kim jestem? Znów usłyszałem śmiech.
- Widzisz jak ty mało wiesz!... Kto jest twoim ojcem?
- Joachim Waśkowski.
- O! Joachim? Jesteś tego pewien?
- Tak, a co?
- Jesteś młodym, wentru. Arystokracją w śród wampirów a nie wiedziałeś nawet, że my nie możemy pić herbaty, czy jeść chleba. Joachim schodzi na psy! Jak mógł zostawić samego szczeniaka, który nie wie nic o życiu?
- Nie byłem sam.
- Ach mówisz o tej dwójce, która wyskoczyła z auta i zostawiła cię samego tuż przed świtem.
- To nic im się nie stało!?
- Nie, ale lepiej martw się o siebie, bo czuje, jaki jesteś głodny. Straciłeś dużo krwi. Idź zapoluj, jest jeszcze wcześnie, dużo ludzi plącze się po ulicach.
- Nie jestem aż tak głodny. Nie będę pił ludzkiej krwi.
- Wegetarianin!- Wykrzykną mężczyzna i wybuchł śmiechem - Jeśli czegoś nie zjesz zwariujesz!
- Nie będę pił ludzkiej krwi!!! Jak masz na imię?
- Nie wiem czy ci powiedzieć. Imię wampira to bardzo ważna rzecz.Rayan. Mówię ci tylko, dlatego, że podoba mi się twój upór. Jesteś śmieszny i przystojny.
- Nie gustuje w facetach! - Rayan złapał się za głowę.
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć. U nas nie ma rozróżnienia płci, my nie kochamy się tak jak ludzie. Ten akt jest wykonywany przez wzajemne picie swej krwi i przyczynia się do odczuwania jeszcze silniejszych przeżyć niż orgazm. Ale jest także minus, lub plus, jak kto uważa. Powoduje zacieśnianie się więzów krwi, stajemy się wtedy bardziej uzależnieni, i przywiązani do siebie niż po zawarciu sakramentu małżeństwa, gdzie wypowiadane są słowa a tu czyny.
- Jestem głodny, tracę nad sobą panowanie!
- Więc chodź ze mną na polowanie. Pewnie tego też nie umiesz, pokaże ci.
- Nie. Już dwa dni temu omal nie zabiłem człowieka i nie chce tego powtórzyć.
- Ostatni raz jadłeś dwa dni temu!? Weź się w garść i chodź jeść, straciłeś dużo krwi i nie dożyjesz jutra, jeśli sobie nie pojesz. Po co ja cię ratowałem, żebyś mi tu padł i na robił smrodu!?
- Nie chcę!
- To są tylko ludzie, ale jak nie, to nie. Ja wychodzę zanim rzucisz się na mnie.
Zawróciło mi się w głowie i ledwie zdążyłem złapać się szafki by nie upaść na podłogę i nie roztrzaskać znowu głowy. Rayan wyszedł zamykając za sobą drzwi. Moje zęby znów się wydłużyły. Zacząłem chodzić po mieszkaniu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Obijałem się po ścianach tłukąc głową, co popadnie. Uderzałem rękoma po podłodze pełny wściekłości. Czułem ból poranionego ciała, lecz nie potrafiłem się powstrzymać.
Biegałem tak kilka godzin, aż całkiem opadłem z sił. Drzwi mieszkania otworzyły się i jak przez mgłę zobaczyłem stojącego w nich Rayana. Był wściekły a w ręce trzymał jakiś słoik, zacząłem czołgać się w jego stronę, z chęcią wyssania go do ostatniej kropli. Kopną mnie odpychając od siebie i przytrzymał mnie nogą. Pochylił się nade mną, wlewając mi do ust kilka kropli swej krwi. Czułem się niezwykle pobudzony i podniecony. Odzyskiwałem siły, gdy ponownie mnie odepchną i wyszedł z domu. Znów nabrałem sił do krzyku i szaleńczej gonitwy, uderzałem całym ciężarem ciała w drzwi, przez które przed momentem wyszedł wampir, lecz one nie chciały mi ulec. Niczym pies zacząłem węszyć po domu, aż natknąłem się na słoik. Gwałtownym ruchem odkręciłem wieczko i wypiłem zawartość, zmęczony padłem na podłogę. Ocknąłem się, gdy Rayan obmywał moje rany.
- Dlaczego to robisz?- Zapytałem, lecz nie usłyszałem odpowiedzi- Dlaczego mi pomagasz, czemu dałeś mi swoją krew i uciekłeś?
- Musiałem wyjść. Jestem silny, ale w szale zapewne zdołałbyś mnie zabić. Już ci powiedziałem, czemu cię uratowałem. Podobasz mi się.
- Ale czemu dałeś mi swoją krew a nie tą ze słoika?
- Ludzka krew byłaby za słaba, byłeś zbyt wycieńczony, a poza tym wydaje mi się, że ci się podobało!- Uśmiechną się pod nosem.
- Bardzo! A czy mógłbym...- Przechylił głowę odsłaniając szyje i dodał - Pij, ale pamiętaj, co ci powiedziałem, to jest jak małżeństwo, a jeśli nie chcesz się ze mną wiązać nie rób tego. Ten akt wiąże wampiry na wieki, i w ten sposób przekazuje ci moją siłę.
- Pragnę tego!- Odrzekłem i zanurzyłem zęby w jego szyi. Czułem, że ekstaza rozsadza moją głowę i krąży po całym ciele, wytryskując ze mnie. Rayan odepchną mnie delikatnie, ułożył moją głowę na swoich kolanach i zrobił to samo. Uczucie jeszcze nabrało mocy.
Obudziłem się następnego wieczoru przytulony do niego. Czułem się niezwykle dziwnie tuląc mężczyznę, jednak coś mówiło mi, że tak jest dobrze. W łazience znalazłem nożyczki i ściąłem włosy, które zapuszczałem przez wiele lat. Dumny z siebie wszedłem do kuchni, aby sprawdzić czy to prawda, że nie potrafimy jeść. Znalazłem kawałek starego, suchego chleba i zjadłem go. Nie czułem smaku, a w chwili, gdy trafił do żołądka zrobiło mi się niedobrze i zwróciłem go w tej samej postaci w jakiej połknąłem. Spojrzałem na łóżko, w którym spędziłem noc. Było puste. Gdzie on jest? -Pomyślałem i zacząłem chodzić po domu. Drzwi, które wczoraj były zaryglowane teraz lekko się uchyliły. Zajrzałem do środka. Dobiegała stamtąd cicha muzyka, a na małym dywaniku klęczał zupełnie nagi Rayan wypowiadający melodyjnie brzmiące słowa w nieznanym mi języku. Pokuj pomalowany był na czarno z białym sufitem i ogromnym wężem namalowanym na ścianie. Wszedłem cicho do środka, aby przyglądnąć się, co on robi. Stanąłem na wprost niego. Zapadł w trans, a oczy jego nabrały fosforyzującego zielonego koloru, a źrenice zrobiły się podłużne i pionowe. Zrobiłem kilka kroków do tyłu, potknąłem się o wazon stojący na podłodze i upadłem. Wazon zakołysał się i upadł robiąc przy tym niesamowity huk. W tym momencie Rayan sykną niczym wąż i rzucił się w moją stronę.
- To ty! Co tu robisz?! - Leżałem w bezruchu na ziemi a on tuż nade mną. - Mogłem ci zrobić krzywdę. - Wyciągnął do mnie rękę by pomóc mi wstać. Podniosłem się o własnych siłach i wyszedłem z pokoju. Podszedłem do okna, by zaczerpnąć oddech świeżego powietrza. Na zewnątrz lekko prószył śnieg.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem. - Delikatnie szepną kładąc mi rękę na ramieniu. Odsunąłem się i przeszedłem na drugi koniec pokoju. - Przepraszam, ale sam się o to prosiłeś. Do tego pokoju nikt nigdy nie wchodził oprócz mnie!
- Jesteś nienormalny! – Wykrzyknąłem - Kim ty właściwie jesteś?
- Jestem wyznawcą Seta, tak jak ty jesteś Wentru, nie bój się, nic ci nie grozi z mojej strony. Wyznawcy Seta to taki sam klan jak inne. Mamy jednak dużo mniej członków niż inne wampirze rodziny. Ubierz się jakoś porządnie, moje ubrania powinny na ciebie pasować. Wychodzimy.
- Ja nigdzie się z tobą nie wybieram!
- Nie dyskutuj ze mną! Zachowujesz się jak baba. Idziemy na spotkanie, które odbywa się, co tydzień i jest obowiązkowe dla wszystkich.
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Rayan otworzył i wziął jakiś list.
- Do ciebie. - Podał mi zwykłą, mała, białą kopertę ze znakiem czarnej róży- Wychodzi na to, że ojciec przypomniał sobie o tobie.
- Czego on może chcieć?
- Przeczytaj to zobaczysz. - Spuścił głowę i wyszedł do kuchni tak jakby wiedział, co jest w środku.
Otworzyłem list, lecz to, co w nim przeczytałem wcale mi się nie spodobało.
W prawdzie jesteś jeszcze młodym wampirem, ale musisz poznać kilka podstawowych zasad naszego prawa: Za szkody wyrządzone przez ciebie odpowiadam ja, ale wedle swego uznania mogę wymierzać ci kary. Nie masz prawa tworzyć potomków bez zgody swego ojca, ani czynić sobie ludzi podwładnymi. Chcę byś jeszcze tej nocy stawił się u mnie i godnie reprezentował swój klan wyglądem i zachowaniem. Nie masz prawa wiązać się z wyznawcami seta, bo tego zabrania nasz kodeks. Jeżeli nie zastosujesz się do moich poleceń, zostaniesz wykluczony z naszej społeczności. Staniesz się najpodlejszym z wampirów: pariasem.

JOACHIM W.

Przepełniony wściekłością zmiąłem i rzuciłem kartkę o ziemie.
- Lepiej zastosuj się do jego rad.
- Ani mi się śni. Mam rezygnować ze wszystkiego dla jakiegoś głupiego kodeksu, napisanego przez jakiegoś ogarniętego żądzą władzy bufona. Już raz odebrał mi wszystko, co kochałem i ceniłem, a teraz znów chce to zrobić. Po moim trupie!
- To akurat jest wykonalne. Bycie pariasem nie jest łatwe. Nie ma wtedy nikogo, kto mógłby się za tobą wstawić.
- Wcale nie prosiłem go o to życie. Już od tygodnia bym nie żył, a moja matka pochowałaby mnie tak jak się chowa ludzi.
- Zastanów się, co ty mówisz! Ile ty masz lat, najwyżej 20. Całe życie jeszcze przed tobą!
- Cóż to za życie jako trup. Nigdy więcej nie zobaczę już ludzi, których kochałem. Ani wschodu, ani zachodu słońca nad morzem. - Łzy popłynęły mi po policzkach. - Co komu z takiego życia!?
- To niesamowite. - Podszedł do mnie i podał mi chusteczkę. - Pierwszy raz widzę wampira, który potrafi płakać. Już wiem skąd w tobie tyle ludzkich uczuć. W czasie przemienienia coś musiało pójść nie tak. Zostało w tobie trochę człowieczeństwa. Idź teraz na spotkanie z ojcem i wypełnij jego wole!
- Po co? By zakazał mi kontaktów z tobą?
- Nie. On dopilnuje by tak się stało.
- Ja już zadecydowałem. Zostaje.
- Teraz żałuje, że pozwoliłem ci się ze mną związać. Wpakowałem cię w kłopoty, ale skoro chcesz ryzykować chodźmy tam gdzie mieliśmy iść!- Objął mnie ramieniem i zanurzył we mnie zęby a następnie pozwolił mi zrobić to samo.
Szliśmy około godziny po lekko zaśnieżonych ulicach. Na reklamach sklepowych można było już zobaczyć choinki i bombki, kolorowe migocące światełka i mimo późnej godziny mężczyzn przebranych za świętych Mikołajów. Był 1 grudnia i coraz bardziej można było odczuć atmosferę zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Całą drogę przeszliśmy w milczeniu, jakby rozumiał, że nie mam ochoty teraz o niczym rozmawiać. W końcu dotarliśmy do małego murowanego domku. Weszliśmy do środka. To było coś w rodzaju knajpy. Wszędzie unosił się dym z papierosów i marihuany. Ludzie kręcili się tam i z powrotem.. Rayan wszedł pierwszy, a ja tuż za nim. Co rusz ktoś się z nami witał, jak gdyby był tu stałym bywalcem. Usiadł przy barze i zaczął rozmawiać z kelnerką. Rozejrzałem się po ciasnym wnętrzu speluny. Ludzie kątem oka przyglądali się mi, ale nikt mnie nie zaczepiał. Siedzieli tu punkowy razem ze skinami, murzyni i Indianie grali w karty niczym jedna wielka rodzina, każdy inny wszyscy równi, życiu nie widziałem takiego miejsca nikt się nie bił i nie wyklinał, ciche rozmowy i głośne śmiechy. Poczułem jak ktoś objął mnie w pasie i przytulił się .
- Shelly to Ty!? - Zobaczyłem znajomą twarz - Co ty tu robisz?
- Raczej, co ty tu robisz? Myślałam...
Neo cały czas cię szuka, chodźmy do niego, na pewno się ucieszy.
Rayan zerkną na mnie jakby mnie pilnował, a potem zajął się rozmową. Weszliśmy w głąb wąskiego korytarza słabo oświetlonego migoczącymi świetlówkami.
- Co to za miejsce? - Zapytałem.
- To taka swego typu oaza, tu spotykamy się my i zwykli śmiertelnicy. Nikt nikomu nie robi krzywdy jak już zresztą pewnie zauważyłeś. A w ogóle jak tu trafiłeś?
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, gdyż doszliśmy do Noego stojącego z jakimś niskim, szczupłym, wyglądającego na niezwykle poważnego i skupionego mężczyzną.
- Neo – krzyknęła - Patrz, kogo znalazłam. Neo odwrócił twarz w naszą stronę przerywając chyba bardzo ważną rozmowę. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nareszcie się znalazłeś. Szukałem cię po całym mieście, a tak w ogóle to się tu wziąłeś? A może wolę nie wiedzieć. Poznaj Jonatana, to jest nasz "strażnik prawa"; właśnie rozmawialiśmy o tobie. Ojciec chce byś natychmiast stawił się u niego.
- Wiem.
- Dobrze ci radzę, lepiej go posłuchaj.
- Nie mam dziś czasu, może jutro się wybiorę.
- Uparty smarkacz. - Usłyszałem od mężczyzny stojącego obok nas - Ty chyba nie znasz swojego ojca. Ale poniekąd dobrze, że masz własne zdanie, choć znając życie drogo będzie cię to kosztować.
- Romeo! - Usłyszałem głos mojego towarzysza.
- Musze już iść - Rzuciłem i zostawiłem towarzystwo. Zaciekawiona Shelly poszła za mną.
- Uważaj, z kim się zadajesz - Powiedział groźnie, Rayan prowadząc mnie do stolika w kącie sali - Nasz świat jest bardzo skomplikowany. Tu nie możesz ufać każdej napotkanej osobie, a jemu na pewno nie.
- Dlaczego?
- Niebawem się dowiesz.
Usiedliśmy przy stoliku, Rayan zamówił mi coś dziwnie wyglądającego do picia, chwile później przysiadła się do nas Shelly. Wziąłem łyk różowo-zielonego napoju i w tym samym momencie świeczki stanęły mi w oczach. Rayan delikatnie się uśmiechną, a dziewczyna z niedowierzaniem krzyknęła
- Cos ty mu dał do picia?
- Krwawa mery, będzie łatwiejszy - Zaśmiał się głośno.
Shelly również napiła się tego trunku i zaczęła się krztusić.
- Co to takiego? – Zapytałem.
- Kozia krew z domieszką mleka i dużą ilością spirytusu. Wypij, postawi cię na nogi.
- Nie mam ochoty raczej bym cos zjadł.
- To wyjdź na ulice i upoluj sobie jakiegoś świętego Mikołaja -Roześmiała się.
- On jest wegetarianinem, nie wiem czy święci są ludźmi czy zwierzętami, więc raczej nie polecam.
- Macie się, z czego śmiać. – Prychnąłem - To, co wy robicie bezbronnym ludziom jest okropne!
- Oni nic nie czują, nasze zęby mają coś takiego jak jad komara. Dopiero po chwili pojawia się w miejscu ugryzienia małe zaczerwienienie.
- Ja jednak podziękuje za tą przyjemność.
- Jak sobie chcesz mój drogi, ale ja nie będę cię więcej ratował - Dodał Rayan - Tylko krew człowieka, albo wampira jest dla nas pełnowartościowa, a żerowanie na "naszych" jest zabronione i karalne. Idź sobie do baru i coś zamów.
- Na przykład herbatę ekspresową - Wszyscy wybuchli śmiechem. Patrzyłem na nich nie rozumiejąc, o czym mówią, lecz bałem się zapytać żeby nie wyjść na głupca.
- Przestańcie mu dokuczać!- Powiedziała Shelly- Ja ci kupię, a Neo wytłumaczy ci ten głupi dowcip.
- No, więc przychodzi wampirek do baru i staje w kolejce. Jeden prosi gorącą krew, drugi gorącą krew, trzeci to samo, a mały gorącą wodę. Wszyscy patrzą zdziwieni na niego. Wyciąga z kieszeni zużyty tampon i zanurza go w szklance - Ja wolę ekspresową!
Poczułem się nieswojo w tym towarzystwie, niczym dziecko zgubione w wielkim mieście. Spuściłem wzrok wpatrując się w szklankę krwi stojącą przede mną. Rayanowi chyba zrobiło się głupio, więc położył mi rękę na ramieniu, aby dodać mi otuchy. Nagle cała sala zamarła. Na środku stał poważny Jonatan uderzający łyżeczką w dno szklanki, a wszyscy patrzyli na niego w skupieniu.
- Spotkaliśmy się tutaj, bo mam wam coś ważnego do zakomunikowania – mówił - Ze wschodu zmierza do nas duża grupa dzikich pariasów. Grozi nam ogromne niebezpieczeństwo. Liczą około 200 osób i zagryzają wszystko, co napotkają za swej drodze. Do tej pory żadne miasto nie zdołało im się oprzeć. Spodziewamy się, że dotrą do nas za 7-8 dni. Być morze ich liczba się zmniejszy, ale możliwe jest również, że przyłączy się do nich jeszcze trochę młodych buntowników. Ustanowiliśmy całkowity zakaz stwarzania potomków. Jeszcze dziś odbędzie się narada starszyzny, i wtedy też dokonamy ostatecznych postanowień. Zarządzam kolejne zebranie jutru o godzinie 23 w tym samym miejscu. Każdy, kto nie stawi się na zebraniu, zostanie potraktowany jak potencjalne zagrożenie tak jak bezklanowcy. Wiecie, co to oznacza.
Przemawiał długo, a przez cały ten czas nawet nie mrugną okiem. Jeszcze chwile po jego wyjściu panowała cisza, później rozpoczęły się szepty. Moi towarzysze popatrzyli bez słowa po sobie i jak na zawołanie wstali z miejsc i skierowali się w stronę wyjścia. Nie rozumiałem, co się dzieje, lecz czułem, że ich miny nie wróżą nic dobrego. Dołączyłem do nich. Rayan włożył ręce do kieszeni, a jego włosy częściowo zakryły mu twarz. Spojrzałem w jego kierunku, jego oczy znów nabrały przedziwnego koloru. Przez chwile szliśmy w milczeniu, poczym postanowiłem przerwać głuchą cisze.
- O czym on mówił? - Zapytałem, ale moje słowa odbiły się echem- Nie rozumiem. O co tu chodzi?
- 550 lat temu zdążyła się podobna sytuacja.- Zaczął - Banda młodych, rozgniewanych pariasów uderzyła na Londyn. Byliśmy zupełnie nie przygotowani na ich atak. Zagryzali wszystkich, których napotkali, a co gorsza atakowali nie tylko wampiry, ale także ludzi.
- Dlaczego co gorsza?
- Ponieważ przeszło pół miasta zginęło podczas nocnego natarcia. Starszyzna musiała się sporo natrudzić by wytłumaczyć śmierć setek ludzi, tak by nikt nie dowiedział się o naszym istnieniu. Wymyślono, więc, że w mieście panuje ospa wietrzna i poddano je kwarantannie. W tym czasie zatarto ślady mordu. Byłem wtedy tak młody, jak ty teraz. Matka ukryła mnie w tajemnych podziemiach naszego klasztoru, który cudem ocalał.
Doszliśmy do bloku, w którym mieszkał.
- Wchodź! - To było ostatnie słowo, które usłyszałem tej nocy. Myśli nie dawały mi spokoju, a on zamkną się w swym pokoju. Nie wiem nawet, kiedy zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy zegar wybijał właśnie dziewiętnastą. Rozejrzałem się dookoła za moim współlokatorem. Jego posłanie było nie ruszone a z zakazanego pokoju dochodziła muzyka. Usiadłem na wprost ogromnego telewizora i zobaczyłem w nim swoje odbicie z tak samo długimi włosami jak przed ścięciem. Włączyłem telewizor, w którym nadawane były akurat informacje. Spiker mówił o planowanym ataku terrorystycznym na Londyn, a przypuszczalny atak ma nastąpić za tydzień, może dwa.
- Jak widzisz, - Rayan położył mi ręce na ramionach i zsuną je po moich piersiach - nasza starszyzna zaczęła już działać nim ktokolwiek się spostrzegł. Dziś poznamy ich wielki plan obrony, lub ataku - Powiedział z przekąsem.
- Przestraszyłeś mnie!
- Czemu jesteś taki strachliwy Romusiu? W moim towarzystwie możesz czuć się bezpieczny jak nigdzie. Nie straszne ci będą żadne nocne zmory.
- Przestań! - Gwałtownie podniosłem się z kanapy - Wcale mnie to nie bawi w przeciwności do ciebie.
- Nie czas ronić łzy nad rozlanym mlekiem paniczu. - Podszedł do mnie i objął mnie w pasie. - Cóż nam zostało w naszym wiecznym żywocie prócz teraźniejszej chwili. Życie jest piękne, więc łap go nim uleci jak waniliowa chmurka na błękitnym niebie. - Przytulił się mocno i otarł się o moje ucho szeptają - Kochaj życie jakim jest ludzie tak szybko odchodzą. - Roześmiał się cicho.
- Ty na prawdę jesteś nienormalny! - Spróbowałem go odepchnąć, lecz uścisk się mocniej zazębił. - Puszczaj wariacie. To boli! - Zwolnił uścisk tak, że mogłem się wydostać. -Co ci się stało, że masz taki wspaniały humor? - Zapytałem ironicznie. Dlaczego nie położyłeś się spać?
- Modliłem się całą noc. - Jego głos ponownie spoważniał. - To jest dla mnie najważniejsze, daje mi siłę i nadzieje.
- To wampiry potrafią się modlić?
- Owszem. Każdy musi w coś wierzyć inaczej staje się rośliną .
- Przepraszam cię za moje zachowanie, ale ja w przeciwności do ciebie boję się tego, co może się stać. - Ponownie mnie przytulił. - Nie bardzo wiem, o co chodzi, ani jak możemy się bronić, ale wiem, że strach w tym momencie jest całkiem na miejscu.
- Na prawdę nie masz się, czym martwić na zapas. Może nawet do niczego nie dojdzie. Przeżyłem już wiele lat i wiem jak wygląda świat, przynajmniej tak mi się wydaje. Nie powiedziałem ci jeszcze, bo myślałem, że nie będzie ci to potrzebne, iż każdy z nas zgodnie ze swoim klanem ma tak zwane dary, czyli zdolności nie dane śmiertelnym. Ty również w chwili przemienia dostałeś je w prezencie od Kaina, naszego boga i stwórcy.
- Jak to?
- Nie przerywaj! Tak jak ty zapewne wierzyłeś w Boga Jedynego i jego Syna, tak i my, a przynajmniej większość z nas wierzy w Kaina. Dobry i sprawiedliwy Bóg stworzył dwóch braci Kaina i Abla, lecz bardziej upodobał sobie Abla i jemu błogosławił wszystkie poczynania. Kain poczuł się odtrącony i upokarzany przez brata. Pewnego wieczoru, gdy Abel położył się spać, Kain wziął nuż wykonany ze srebra i wbił go w serce brata. Bóg zdenerwował się tym, i chcąc go ukarać nakazał mu żyć w wiecznym mroku. Jedyne, co mogło go zabić było srebro, które zostało pokryte grubą warstwą skał, tak, aby nie zdołał go wydobyć, oraz słońce, przed którym wszczepił mu przeraźliwy lęk. Jedynym pożywieniem, jakie przyjmował jego organizm stała się ludzka krew, a żeby nie dał rady się zagłodzić Bóg dał mu instynkt drapieżcy, ten, który zdążyłeś już odczuć. Jedyną rzeczą, której Bóg nie przewidział było to, że Kain poczuje się samotny i zechce powołać do życia podobnych sobie. Tak powstali jego potomkowie, których nazwał wampirami. Jak chrześcijanie mają swoją księgę zwaną BIBLIĄ tak my mamy AILBIBE.W ziemi świętej ukryte są zwoje papirusu i kamienne płyty, gdzie zapisane są nasze dzieje.
- To nie możliwe!
- A jednak.
- Więc dlaczego twoja rodzina nazywa się wyznawcy Seta, a nie Kaina?
- Mój klan wywodzi się z Egiptu i my wierzymy, że to Set na przekór Horusowi stworzył pierwszego wampira, a życie wieczne miało być wyróżnienie a nie karą. Dał nam nadprzyrodzone siły, lecz dawno temu wampiry pokłóciły się i ustaliły niepisany podział na klany. Powstało cztery, a każda z rodzin wzięła dla siebie inny dar. W ten sposób ja mam zdolności podobne do węża np. zmiennocieplność, mimo, iż jestem martwy, a ty telekinezę. Koniec na dziś tych opowieści. Weź ode mnie z szafy jakieś porządne ubranie i ściągnij te potargane dżinsy.
- Wychodzimy gdzieś? Jest dopiero 20,30
- My nie, ty tak. Idziesz do ojca.
- Jakim prawem mi rozkazujesz!?
- Nie rozkazuje tylko radzę. Teraz rozpocznie się polowanie na pariasów. Wisi nad nami groźba wojny, a każdy wampir bez rodziny zostanie wzięty za potencjalne zagrożenie. Jeśli nie stawisz się u Joachima sam wyśle list gończy.
Poszedłem się przebrać, a gdy wróciłem Rayan leżał rozłożony na łóżku.
- Tak lepiej przystojniaczku. - Powiedział i puścił mi oczko.
- Idź ty świnio. - Pokiwałem głową. - Jak mam tam trafić skoro nawet nie znam adresu?
- Czym ty się znowu martwisz! Zamówiłem dla ciebie specjalną taksówkę. Wystarczy, że powiesz, do kogo chcesz jechać a na pewno zawiezie cię w dobra miejsce. Masz jeszcze dziesięć minut, więc mamy czas na małe, co nieco.
- Nie.
- To cię odpręży, bo jesteś strasznie spięty, a poza tym seks ma doskonałe działanie na cerę.
- Ty na prawdę jesteś nie normalny!
- Wiem. - Roześmiał się. - I za to mnie kochasz robaczku!
- Pożyczę sobie twojej kurtki.
- Dobrze, musisz dbać o siebie, by nie przeziębić swego martwego ciała. - Ponownie się roześmiał. - Spotkamy się tam gdzie wczoraj. Mam nadzieje. - mrukną tak bym nie usłyszał.
Zszedłem na dół, gdzie stała już żółta taksówka. Wsiadłem do środka i tak jak polecił mi Rayan powiedziałem, do kogo chce jechać. Przejeżdżaliśmy przez zaśnieżone miasto. W oknach budynków świeciły się światła. Przez uchylone okno dochodziły mnie śpiewy pieśni Bożonarodzeniowych i płacze nowonarodzonych dzieci. Pomyślałem o mamie, która została sama, tuż przed zbliżającymi się świętami. Myślałem też, co będzie, jeśli Joachim każe mi zostawić Rayana. Próbowałem sobie ułożyć w myślach linie obroni, gdy samochód zatrzymał się na parkingu koło domu. Wiódł do niego długi chodnik otoczony żywopłotem z wysokich świerków. Stanąłem przed dużymi, metalowymi drzwiami i wcisnąłem dzwonek. Drzwi otworzyła mi brunetka ok.160 centymetrów wzrostu ubrana w czarny żakiecik i mini spódniczkę.
- Witaj paniczu! Pan już czeka, proszę za mną. – Powiedziała.
Wpuściła mnie do środka i zaryglowała drzwi. Przez kilka minut podążałem za nią oglądając kołysającą się spódniczkę ledwie zakrywającą pośladki i odsłaniając długie zgrabne nogi. Szliśmy przez prawe skrzydło budynku, aby zatrzymać się przed jednymi drzwiami. Zapukała w nie delikatnie. Drzwi same się otworzyły. Wszedłem od środka. Joachim siedział przy topornym, dębowym biurku, na którym leżały mapy, prawdopodobnie Londynu.
- Witaj synu. Długo kazałeś na siebie czekać, lecz skoro już się pojawiłeś to usiądź! - Nie podoba mi się to, co robisz. Wiem, że nie poznałeś jeszcze naszego prawa, ale to nie usprawiedliwia twojego zachowania. Jesteśmy największym i najmocniejszym klanem wśród nieśmiertelnych, co niesie również ze sobą pewne konsekwencje. Mamy regulamin, którego każdy nasz członek musi bezwzględnie przestrzegać. Mówi on na przykład o szacunku do ojca i zakazie wiązania się z pariasami i wyznawcami seta. Napijesz się czegoś? - Wtrącił ni stąd ni zowąd. -Przepraszam, ale jestem bardzo zajęty, mam za dużo spraw na głowie.
- Nie , dziękuje.
- Wracając do tematu. Słyszałeś już na pewno o prawdopodobnej wojnie. Chce byś zastosował się do moich rad, a raczej nakazów. Zapewnię cię wtedy bezpieczne schronienie z dala od miasta i co najważniejsze nie staniesz się bezklanowcem...
- Dziękuję bardzo za troskę. - Przerwałem mu w pół zdania. - ale musze ci się przeciwstawić. Rayan wytłumaczył mi, czym w tym momencie grozi zostanie pariasem i to on kazał mi tu przyjść. - Na twarzy Joachima malowało się zaskoczenie - Jestem ci wdzięczny za wszystko ale jeśli zechcesz mnie wykląć trudno. Za dużo ode mnie żądasz. Nie mogę zostawić człowieka, z którym związałem się więzami krwi a poza tym chcę razem z nim bronić mojego miasta
- Wiedziałem, że będą z tobą kłopoty. Jesteś zbyt uparty a ja nie mam teraz czasu prostować twojego charakteru. Zrobisz, co zechcesz, ale ta walka może okazać się dla ciebie śmiertelna. Zostaniesz moim synem tylko dlatego że podoba mi się twój upór i ku memu zaskoczeniu zaimponował mi ten twój setowiec . Mimo iż prawo zakazuje tego rodzaju związków udam że nic na ten temat nie wiem . Jedno tylko pytanie czy powiedział ci również, dlaczego nasze klany tak się nie zgadzają?
- Tak , chodzi o Ailbibe.
- Musi mu na tobie bardzo zależeć, ewentualnie jest głupszy niż myślałem mówiąc ci o swojej religii. Jeśli coś ci się stanie podczas bitwy a on jakimś cudem ocaleje własnoręcznie go zabije. Uprzedź go o tym. Jeżeli zmienisz zdanie staw się u mnie najpóźniej w sobotę do godziny 3.30.W innym wypadku chcę cię tu widzieć po starciu. Nie łudź się, że unikniemy wojny i przemyśl to dobrze. Masz tu telefon chcę być z tobą w kontakcie a teraz idź na zebranie będzie tam Neo on nauczy cię korzystać ze zdolności, które ci ofiarowałem. Później wyciągnę konsekwencje z twojego zachowania! Zacznij jeść, bo nawet dzikusy nie będą potrzebne by cię unicestwić. Przed domem czeka na ciebie samochód, idź już.
Wyszedłem z gabinetu ojca i odetchnąłem z ulgą byłem z siebie dumny, wbrew temu, co mówił Rayan udało mi się przeciwstawić ojcu i jeszcze żyje. Samochód podwiózł mnie pod same drzwi restauracji, wysiadłem z auta i zwróciłem się w stronę wejścia, gdy poczułem mocny uścisk na prawym ramieniu. Gwałtownie odwróciłem głowę w stronę ręki. Jonatan twardo popatrzył mi w oczy
- Będę twoim cieniem a każde słowo, które padnie z twoich ust nie obejdzie się bez echa. - Przeszły mnie dreszcze - Miej się na baczności bo każdy fałszywy ruch może cię zniszczyć .Już ja o to zadbam Romeo, Van Black.
- Zostaw go. - Syknął Rayan ściągając rękę mężczyzny z mojego barku. -Trzymaj się od nas z daleka on jest ze mną..
- I tu błąd - Roześmiał się głośno mężczyzna.
- Dobrze ci radzę niech tylko włos spadnie ci z głowy...
- To co? Wiesz dobrze, że nie masz prawa nawet palcem mnie tknąć.
-Wiesz dobrze gdzie mam wasze prawo.
- Co twoja nowa dziwka nie umie się sama bronić?! – Warknął .
W tym momencie oczy Rayana mocno zalśniły i rzucił się w stronę Jonatana, zaczęli się tarmosić i okładać pięściami. Mimo iż mój towarzysz był dużo wyższy i postawniejszy walka wyglądała na wyrównaną podbiegłem do nich by ich rozdzielić, gdy niespodziewanie wstali i otrzepali ubrania. Rzucili jeszcze sobie po spojrzeniu i powiedzieli coś w dziwnym świszczącym języku. Rayan pchnął mnie w stronę drzwi, obejrzałem się za siebie, ale po Jonatanie nie było ani śladu.
- Co on chciał ode mnie? - Odpowiedź nie padła. Weszliśmy do środka i usiedliśmy przy tym samym stoliku, przy który Neo i Shelly siedzieli już chyba od dłuższej chwili. Mężczyźni poszeptali coś ze sobą a chwile po tym Rayan wyszedł.
- Co się mu stało? – zapytała Shely.
- Daj spokój to nie nasza sprawa - Odpowiedział jej Neo.
- Czasami jest dobrze nic nie wiedzieć.
- A może ty wytłumaczysz mi, co chciał ode mnie ten facet? - Zapytałem.
- Nie. Ja nic nie wiem, a poza tym to jest sprawa pomiędzy waszą trójką, ja się nie wtrącam.
Rayan wrócił do stolika. Miał podbite oko i kilka zadrapań na twarzy. Chciałem go zapytać, lecz on mnie uprzedził.
- Myślałem, że zostaniesz u ojca. Mam nadzieje, że nie zrobiłeś nic głupiego smarkaczu.
Opowiedziałem im moją rozmowę z Joachimem, co mój braciszek podsumował:
- Albo staruszek zmiękł albo masz u niego jakieś fory! Ja byłem tak samo głupi i uparty jak ty, ale nade mną ani chwili się nie zastanawiał tylko wyrzucił na zbity pysk. Teraz jestem Ganrelem, czyli dzieckiem lasu. Przeszło 50 lat starałem się odbudować jego zaufanie i dopiero niedługo przed twoimi narodzinami mi się to udało. - Skierował wzrok w kierunku mężczyzny siedzącego u mego boku. - Awansowałeś na prywatnego goryla naszego szczeniaczka, a ja stałem się nauczycielem. - Roześmiał się i wziął duży łyk Krwawej Mery. -Wole moja fuchę, mam trochę większe, szansę na przeżycie. Tak prawdę mówiąc to ty Sehelly też powinnaś się udać w bezpieczne miejsce. - Powiedział stanowczo.
- Ani mi się śni, chyba że pójdziesz ze mną.
- Może wszyscy gdzieś wyjedziemy. - Dodał ironicznie Rayan.- Niech wykończą całe miasto a my wrócimy posprzątać.
- Coś nie widać naszego najmądrzejszego strażnika, jest już prawie północ, jak taki ideał może się spóźniać.
- O, co mu chodziło? - Nareszcie udało mi się spytać.
- No cóż mamy ze sobą trochę spraw do wyjaśnienia, ale tym razem posunął się za daleko, to są nasze porachunki i nie ma prawa mieszać cię do tego.
- Co to za dziwny język, w którym rozmawialiście?
- To czeski.
Jonatan pojawił się na sali, na której zapanowała grobowa cisza. Usiadł na barze i zmierzył wszystkich wzrokiem lekko odkaszlną i zaczął przemawiać.
- Zapewne większość z was oglądała dziś wiadomości, starszyzna podała informacje o zagrożeniu terrorystycznym by zamaskować jakoś to, co ma się wydarzyć. Wszyscy, którzy zostaną wyznaczeni przez swoje klany do ewakuacji mają stawić się w wyznaczone przez nich miejsca najpóźniej do 23. w sobotę. Inni będą musieli polegać na niewielkim asortymencie broni i własnych zębach by powstrzymać natarcie. Zostaniecie podzieleni na 4 grupy. - Rzucił mapy kelnerce i burkną. - Rozdaj. Każda grupa ma przydzieloną inną cześć miasta. Te grupy dzielą się na 4 pod grupy. Na mapie zaznaczone są miejsca strategiczne dla miasta i to tam będziecie musieli się udać. Za dwa dni w miejscu, w którym siedzę pojawią się listy, na których zostaniecie przyporządkowani do dzielnic, a także informacja o miejscu odbioru broni. - Zeskoczył z baru i skierował się w naszą stronę. Podszedł do mnie, pociągną za koszule i pchną w stronę wyjścia. Rayan poderwał się z miejsca, lecz Neo zatrzymał go.
- Daj spokój poradzi sobie. Jeśli będziesz ciągle go bronił Jonatan nigdy nie da mu spokoju.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie pchną mnie tak, że wpadłem twarzą w śnieg. Wstałem, otrzepałem się i stanąłem przed kurduplem. Miał nie więcej niż 165 centymetrów. Wzrostu. Dumny i wściekły patrzyłem mu prosto w oczy. Wiedziałem, że nie mam prawa go pierwszy uderzyć, więc cierpliwie czekałem na jego ruch. Pchną mnie a następnie kopną w klatkę piersiową tak że zrobiłem kilka kroków do tyłu, lecz udało mi się utrzymać równowagę. Kopnąłem go w twarz i rzuciłem się na niego z chęcią dokończenia dzieła. Leżałem na zaskoczonym Jonatanie, a zęby wyciągnęły mi się z dziąseł, gdy usłyszałem głos za plecami:
- Tak nie można!
Wstałem by mój przeciwnik zdołał się podnieść. Odchylił długi ciemny płaszcz, zza którego połyskiwał srebrzyście długi miecz. Zanim zdołał go wyciągnąć wyrwałem z płotu deskę i przyłożyłem mu w głowę. Spadł na twarz. Przetoczyłem go nogą i unieruchomiłem.
- Jestem Romeo Van Black, a moim ojcem jest Joachim Waśkowski. Czy tego chcesz, czy nie należy mi się szacunek nawet od takiego śmiecia jak ty? - Poderwał się by pomścić zniewagę, lecz mężczyzna ubrany w ciemny frak, koszule ze złotymi guzikami i połyskującymi w świetle latarni butami powstrzymał go, mówiąc:
- Odejdź! - A następnie zwrócił się do mnie. - Zapewniam cię, że nigdy więcej nie spotka cię żadne niebezpieczeństwo, ani obelga ze strony tego wampira. Wyciągną w moją stronę rękę z wizytówką (Karll Czerniakow i numer telefonu ) - Zgłoś się do mnie jutro przed północą, a co się tyczy ciebie, masz natychmiast stawić się u Joachima. - Kiwną głową i odszedł. Stałem zaskoczony, tak samo jak postacie zgromadzone do koła. Podbiegła do mnie Schelly i przytuliła się, zaraz za nią dołączył Neo z Rayanem. Wszyscy mieli przedziwne miny.
- O co tu chodzi? - Zwróciłem się do nich z pytaniem - Kim on jest?
- Lepiej nie pytaj! - Rayan popatrzył na moją podrapaną twarz, chwycił mnie za kark i pociągną w stronę domu. - Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Widzisz, Karll to jeden z najstarszych i najbardziej wpływowych wentru. Pochodzi z Rosji, a dokładnie z archipelagu Guag. Żyje już ponad 1500 lat, należy do starszyzny i nie ma jeszcze żadnego wampira, któremu udałoby się mu sprzeciwić. Chyba nikt tego nawet nie próbował. Ma władze niemalże nad wszystkimi klanami.
- Więc dlaczego zainteresował się mną?
- Nie wiem i nie rozumie tego, choć bardzo bym chciał. Zapewne prowadziła go tu groźba wojny, lecz na prawie nie rozumie co może chcieć od ciebie. Być może spodobała mu się wasza walka, a może go rozgniewała, ale jestem przekonany, że tym razem Jonatchan nie wyjdzie na tym zbyt dobrze, skoro został wezwany do twego ojca. Może spodobało mu się twoje typowo wentrowskie rozegranie sytuacji, dumny i wyrafinowany sposób zaznaczenia, że nie jesteś zwykłą hołotą, lecz arystokracją, i poniżenie przeciwnika. Jutro się przekonamy, a teraz muszę coś zjeść. - Popatrzył w stronie żebraków siedzących na brzegu rzeki. - Chodź, bo znowu dostaniesz szału.
- Już coś powiedziałem na ten temat!
- A ja na prawdę nie będą cię więcej ratować. Rób, co chcesz, lecz musisz wreszcie nauczyć się dbać o siebie.
Patrzyłem jak się delektował, co wzmagało mój głód. Usiadłem na przystani rybackiej gdzie poczułem zapach świeżej krwi. Spojrzał w dół, na wodzie unosiły się zwłoki młodej kobiety. Zeskoczyłem na dół i wyciągnąłem ciało na brzeg, wbiłem zęby w jej szyje i zacząłem ssać. Smakowała okropnie, gorzko- kwaśno, ale uśmierzyło mój głód. Rayan stał na molu i zanosił się ze śmiechu.
- Słyszałem już o wegetarianach, ale takiego motywu jeszcze nikt nie sprzedał. Hiena cmentarna! - Krzykną rozbawiony.- Wracajmy do domu już prawie świt.
Poczułem lekkie trącenie.
- Żyjesz szturchał mnie
- Tak. - Wybękotałem ledwie żywy
- Coś jest nie tak! Źle się czujesz?
- Okropnie. Jest mi niedobrze i boli mnie głowa. to chyba po tej wczorajszej kolacji.
- Całkiem możliwe, bo jesteś w kolorze pietruszki i to lekko popsutej. Wstawaj trzeba coś z tobą zrobić. - Zaprowadził mnie do łazienki i wrzucił do wanny z zimną wodą. Wyszedł do pokoju i rozmawiał z kimś przez telefon w tym swoim syczącym języku. Wrócił do mnie i starał się utrzymać mnie przytomnego, co chwile spoglądając na zegarek.
Ktoś wszedł do mieszkania, lecz nie udało mi dostrzec, kto bo obraz był zamazany. Rozmawiali o czymś podniesionymi głosami. Wyciągnęli mnie z wanny, ułożyli na podłodze, a łysy mężczyzna rozerwał mi koszule i poprzyklejał coś do piersi.
Otworzyłem oczy. Obaj panowie stali nade mną z nieciekawymi minami.
- Co się dzieje? - Zapytałem.
- Masz więcej szczęścia niż rozumu.- Mrukną Rayan i przytulił mnie.
- To ja już pójdę!
- Zaczekaj Marcel. Muszę ci podziękować, znowu mam u ciebie dług wdzięczności.
- Nie pieprz! Cieszę się, że mogłem ci pomóc, a raczej temu młodemu. - Wstałem i podeszlem do nich, lekko się kołysząc. - Na następny raz uważaj, co jesz.
- Dziękuje i przepraszam za kłopot. Przypuszczam, że to z mego powodu pan tu jest.
- Owszem, z twego powodu, ale to nie mi dziękuj, lecz Rajanowi. To on w samą porę zadzwonił do mnie i ofiarował ci dużo swojej krwi. Zatrułeś się krwią umarlaka, przez co w twoim organizmie było mnóstwo toksyn, więc musieliśmy zrobić ci swego rodzaju transfuzje krwi. Jeszcze jakiś czas będziesz dochodził do siebie, ale wszystko będzie dobrze.
- Jeszcze raz panu dziękuję.
- Mam na imię Marcel. Zapomniałem wam powiedzieć, że teraz posiadasz te same dary, które posiada twój wybawca. Tak Rayanie, można powiedzieć, że jesteś teraz w dwóch osobach. Jego ból będzie twoim bólem i na odwrót. To jest coś ponad ojca i syna, gdzie ojciec oddaje kilka kropli swej krwi.
- To on już nie jest wentru?
- Jest, ale zaledwie w połowie. Teraz jeszcze mocniej będziecie przeżywać każde zbliżenie. Powinniście się teraz położyć i odpocząć, a ja przyniosę wam coś do jedzenia.
Rayan zerkną na zegarek.
- Jest już 23,10, a ty przed północą miałeś być u Karlla.
- Zupełnie o tym zapomniałem. Zostańcie w domu, a ja lecę!
- Przykro mi, ale latać jeszcze nie umiesz, więc będziesz musiał zdać się na moją pomoc. A ty zostań w domu i odpocznij. – Powiedział Marcel.
- Tak jest braciszku!
Podjechaliśmy pod wskazany adres. Marcel zatrzymał się przed wejściem do małego hoteliku.
- To na pewno tu? - Rzuciłem zaskoczony.
- Tak, jeżeli ten adres jest właściwy.
Wytoczyłem się z auta i chwiejnym krokiem weszłam do śmierdzącego budynku. W recepcji skierowano mnie na ostatnie piętro. Przeszedłem długi obskurny korytarz i wyszłam na schody mijając po drodze kilka karaluchów. Otworzyłem drzwi łączące klatkę schodową z trzecim piętrem, a w drzwiach stanęło dwóch wysokich mężczyzn w ciemnych okularach. Przyglądnęli mi się uważnie, a jeden z nich odezwał się:
- Czego tu szukasz!?- Podałem mu wizytówkę , którą uważnie obejrzał i poszedł gdzieś z nią, po chwili wrócił i wpuścił mnie do środka. Prowadzili mnie idąc równo z mym krokiem po czerwonym dywanie, aż do drzwi które same się otworzyły.
- Wejdź, usiądź. - Mężczyzna wskazał mi miejsce przy biurku, uniósł dłoń i drzwi się zamknęły. - Jesteś punktualny, lubię to. - Usiadł na przeciw mnie.
- Po co mnie tu wezwałeś? – Zapytałem.
- I odważny. – Dodał. - Jesteś jeszcze młody, więc wybaczę ci zuchwałość, lecz nie odzywaj się póki ci nie pozwolę. Wracając do twego pytania, chcę, abyś został moim pomocnikiem. Wiem, że nie jesteś pełnej krwi wentru, czuję to, jednak wiem również, że jesteś niezwykle inteligentny i masz dar, którego my nie mamy. Żyje w tobie człowiek, co nie raz przysporzy ci sporo kłopotów. - Strzelił palcami i na stole pojawił się duży kielich krwi. - Pij, to nie jest ludzka krew, a wzbogacona o potrzebne ci do życia składniki. U nas już dawno zanikł ludzki instynkt, więc jesteś jedynym ogniwem łączącym te dwa światy. Obdaruję cię swą opieką i wieloma względami, lecz nie chce słyszeć odmowy.
- Dobrze, ale mam jeden warunek. - Powiedziałem stanowczo, aby ukryć strach.
- Ty mi stawiasz warunki! - Wstał z miejsca i zamilkł. Zrobiło mi się gorąco. - Jesteś odważniejszy niż myślałem. Wiesz jak może się skończyć twoje żądanie!?
- Wiem i boje się.
- Mogę cię zabić w każdej chwili, lecz nie wiem, dlaczego bawisz mnie i intrygujesz. Czego chcesz?
- Chce żebyś objął swą opieką również mego przyjaciela.
- Wiele żądasz i wysoko się cenisz. Setowcy nigdy nie byli uznawani za prawowity klan.
- Tak jak żydzi za chrześcijan, a jednak ich wiara ma wspólne korzenie.
- W dodatku jesteś sprytny. Joachim dokonał wyśmienitego wyboru. - Karll lekko się uśmiechną. - Zgadzam się na twój warunek, ale ja też stawiam swój. Będziesz na każde moje zawołanie, nawet gdybyś miał przemierzyć cały świat na moje widzimisie.
- No to dobiliśmy targu.
- Więc popatrz na tą mapę. To Londyn, a tu w tej chwili znajdują się buntownicy. Przewodzi nimi jakiś człowiek, więc może tobie uda się przewidzieć gdzie uderzą.
Spojrzałem na mapę i chwile pomyślałem, w brew logice wydawało mi się, że nie będą przechodzić przez żadne okoliczne miasta, ani nie zaatakują z północy gdzie jest główne skupisko wampirów.
- Uderzą z południa. – Powiedziałem. - Tam znajduje się najwięcej bezbronnych ludzi. Przejdą obrzeżami miasta i uderzą od wschodniej strony Tamizy.
- Przecież to głupie. Nie ma tam żadnych strategicznych punktów.
- Wiem, ale tak mówi mi intuicja. Stawiam, że ich przywódca prowadzi ich do Londynu z osobistych pobudek.
- Dobrze zaryzykuje. Możesz już iść i módl się jeśli potrafisz byś miał racje. Weź ten proszek i syp go do wrzątku tak jak parzy się herbata. To jest ten sam specyfik, który właśnie wypiłeś. Starczy na około dwanaście miesiący. Nie masz prawa nikomu udzielać informacji o sprawach które tu poruszyliśmy.
- Zapomniałem dodać. Uderzą pojutrze omijając kilka mniejszych miast.
Marcel nadal czekał. Wsiadłem do auta a on zerkną na zegarek.
- Dłużej się nie dało? Masz niewyraźną minę, ale żyjesz. Gratulacje.
Dojechaliśmy do domu. Rayan stał w oknie.
- Już się bałem...
- Nic nie mów. - Szepnąłem.
- Zobaczymy się jutro. - Powiedział Marcel zamykając za sobą drzwi.
- Czego on od ciebie chciał ?
Opowiedziałem mu o naszej rozmowie. Siedział jakby zobaczył ducha.
- Jesteś bardziej szalony niż ja. Po co tak ryzykowałeś. Podpisałeś właśnie pakt z diabłem. Podszedł do okna i zasłonił grube zasłony.
Obudziłem się sam w łużku. Podeszłem do pokoju gdzie zwykł przesiadywać i usłyszałem przyciszoną rozmowę Rayana z Marcelem.
- Nie mogę zostawić go teraz samego.
- Wiesz dobrze, że nie możesz zabrać go ze sobą. Karl was znajdzie i zabije. To pewne!
- To, co mam zrobić?
- Wyjedz sam jak będzie spał.
- To wykluczone musimy przełożyć ten wyjazd.
- Pomyśl trochę za, dużo ryzykujesz.
- Nie zmienię zdania, jest zbyt bezbronny! - Zadzwonił mi telefon, co przerwało ich rozmowę. Odebrałem a w słuchawce usłyszałem głos Karla.
- Spotkajmy się za 30 minut w parku.
- Już się obudziłeś? Kto to? - Zapytał bez większego zainteresowania Rayan.
- Powiem ci jak wrócę!
Ubrałem się i wybiegłem z domu. Dotarłem do parku, gdzie na zaśnieżonej ławce siedział mężczyzna. Zwolniłem krok i zbliżyłem się do niego.
- Miałeś racje. – Usłyszałem. - W bardzo szybkim tempie zbliżają się do południowych granic miasta. Obawiam się, że nic nie zdążymy zrobić.
- Potrzebujemy jedynie dużo pieniędzy i dobrej organizacji.- Rzuciłem. - Jutro jest 5 grudzień, a w nocy z 5 na 6 grudnia jest dzień Świętego Mikołaja. Możemy zorganizować przyjęcie dla mieszkającej w tym rejonie biedoty i wywieść ich za północną granice miasta. W ten sposób zajmiemy ich domy.
- To nie głupi pomysł.- Odszedł bez słowa. Wróciłem do domu. Rayan siedział w tym samym miejscu, w którym widziałem go przed moim wyjściem.
- Co ci jest? – Zapytałem - Jesteś jakiś dziwny?
- Nie chce o tym rozmawiać!
- Wiem , ale chciałbym usłyszeć to od ciebie nim znikniesz. Słyszałem rano waszą rozmowę i miałem nadzieje że sam mi o tym powiesz, ale nic się na to nie zanosi. Jest mi przykro, że coś przede mną ukrywasz.
- Nic nie ukrywam, bo nigdzie nie jadę. Nie jest to tak pilne, żeby nie mogło poczekać te parę dni, aż rozprawimy się z tą bandą.
- To stanie się jutro.
- Skąd wiesz?
- Rozmawiałem przed chwilą z Karlem i okazało się, że miałem racje. Ominęli kilka małych miasteczek i dotarli już prawie do południowych granic Londynu.
- Przecież tam jest jedna wielka melina. Zginą tam wszyscy ludzie co do jednego!
- Nie, jeżeli mój plan się powiedzie, zostaną ewakuowani , a my zajmiemy ich miejsca.
Zadzwonił telefon i po szybkiej rozmowie Rayan oznajmił mi , że idziemy na spotkanie. Około godziny 22 byliśmy już na miejscu. Gdy wchodziliśmy do środka ktoś klepną mnie w ramie. Rayan brzydko popatrzył na stojącego za nami Jonathana , a ten skłonił się nam i powiedział:
- Nie wiem jak to zrobiłeś , ale jestem na twoje rozkazy. - Te słowa trudno przechodziły mu przez gardło.
Popatrzyliśmy na siebie i bez słowa usiedliśmy przy naszym stoliku. Wszyscy zgromadzeni z niecierpliwością czekali na to co się stanie. Jonathan wszedł i zaczął opowiadać o planach, które ja już dobrze znałem.
- Tu są mapy. - Powiedział. Miasto było podzielone na dwa kolory. Czerwony obejmował południową część miasta, a żółty wschodni brzeg Tamizy. - Każdy z was dostanie kartę z kolorem i numerem budynku jeśli będzie czerwona. Ci którzy zostaną z szarą kartą zajmą miejsca na szarym polu czyli od wewnątrz miasta, aby dopilnować , że żaden z najeźdźców nie ujdzie żywy. Pomoc jest już w drodze. Zasilą one nas na żółtych i szarych polach. Czerwone karty dostaną najstarsi i najsilniejsi , by powstrzymać pierwszą fale. - Barmanka zaczęła roznosić zaplombowane koperty podpisane imieniem i nazwiskiem. - Chciałbym dodać, że nie wolno wymieniać się kartami. Cała nasza czwórka miała w tym momencie przed sobą swój los. Rajan szybkim ruchem otworzył swoją i wyciągną z niej czerwoną kartę, następnie Neo, Shelly i ja. Para smutno zerknęła na siebie.
- Chcą nas rozdzielić. - Szlochała cicho Shely.
- Jaką masz ? – Zapytałem ją.
- Szarą. - Szybkim ruchem ręki zamieniłem koperty z Neo, tak by nikt nie widział.
- Zdawało ci się. - Neo wyciągną z koperty szarą kartę. Rajan popatrzył na mnie zabójczym wzrokiem i wyciągną moją czerwoną karteczkę.
- Nie zgadzam się!
- A ja nie proszę o zgodę.
Bałem się odwrócić kartę , żeby nie zobaczyć innego numeru niż ten który leżał obok mnie. Zamknąłem oczy i prosiłem by był ten sam. Poczułem zawirowanie powietrza, a ktoś na środku sali zaczął coś wykrzykiwać. Popatrzyłem przed siebie. Na wprost mnie leżały numery 21A i 21B. Rajan jeszcze raz pokiwał głową pokazując swoje niezadowolenie, a Jonathan znowu zaczął mówić.
- Starszyzna nie weźmie udziału w bitwie, zadbają o to , by śmiertelni przespali spokojnie noc. Wszyscy z kolorowymi kartami dostaną teraz trochę srebrnych kołków i broni, a pozostali muszą liczyć na własne siły, lub na to, że większość zostanie zgładzona nim dotrą do nich.
- To było bardzo nie przemyślane posunięcie. - Wściekły towarzysz zwrócił mi uwagę. - A poza tym popełniłeś przestępstwo. W oazie nie wolno korzystać z darów.
- Nie zrobiłem tego specjalnie, nie wiedziałem nawet, że coś takiego potrafię.
- Wiem, to jest akurat dobry znak! - Podeszła do nas dziewczynka wyglądająca mniej więcej na piętnaście lat.
- Karll mnie przysłał. Mam cię uczyć. - Rayan chyba całkiem się załamał.
- Co ty tu robisz Lucy?
- O to samo mogę zapytać ciebie. Tak jak słyszałeś, będę uczyć tego młodzieńca. Mam cały dzisiejszy dzień na przekazanie mu mojej wiedzy.
- To może być trudne.
- Dlaczego? Z tego co zobaczyłam jest zdolny, gdy na czymś mu zależy, a w tym momencie chyba tak jest. Wiecie chyba, że po tym czego dziś dokonałeś, jeśli jeden z was zginie drugi podzieli jego los. Nie traćmy więc czasu, niedaleko stąd jest opuszczona hala fabryczna. Wydaje mi się, iż będzie to odpowiednie miejsce. Chodź z nami pomożesz mi.
Doszliśmy na miejsce a oni całą drogę rozmawiali, jakby znali się od wieków.
- Wejdź i spróbuj się odprężyć. - powiedziała delikatnie i wyciągnęła z plecaka karimaty i kredę. Ułożyła je na podłodze i narysowała ogromny pentagram - Odpręż się inaczej nic z t

--
deuter
deuter Superbojownik od 21 lutego 2006 | Wołomin | GG: 3520913
2008-08-05 13:07:59 Zgłoś
kłujący, durze, żeźbione, pokuj, spojżał

To z samego początku, skutecznie odstrasza od czytania, a przecież firefox ma słownik, (zgaduję, że opera też).

--
sunnivva
sunnivva Pokapoka od 10 lipca 2006 | with a little drop of poison
2008-08-06 11:15:15 Zgłoś
"Do pomieszczenia wpadało światło przez okno, durze wysokie i szczupłe przyozdobione grubymi kotarami rzucając."

Mógłby ktoś na polski przetłumaczyć to i parę innych?

--
Jest dla mnie przewidziane specjalne miejsce w piekle. Tron
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
KoX Superbojownik od 5 listopada 2001
2008-08-11 03:42:52 Zgłoś
Całkiem spory kawałek tekstu. Wszystkim, którzy przeczytali w całości, gratuluję. Autorze! Czy jesteś wśród nich? Pytam, gdyż odnoszę wrażenie, że nie przeczytałeś własnego tekstu.


Błędów ortograficznych jest dużo. Korzystaj ze słownika, choćby z automatycznej korekty, bo taki pokuj wywołuje ból zębów. Niestety automatyczna korekta nie wszędzie Cię poratuje. Uwierz, że potworki w rodzaju wyciągną z kieszeni garnituru scyzoryk i nacią nim kciuk albo Idź teraz na spotkanie z ojcem i wypełnij jego wole prowadzą wyobraźnię czytelnika prosto do szaleństwa, w którym coś dziwnego dzieje się z pietruszką, a bohater wskakuje komuś w tarczycę -- a przecież żaden wyraz z osobna błędny nie jest. Aha, jeszcze coś: jeśli nie obrazisz się po tym, co zaraz napiszę, proszę w kolejnym opowiadaniu opisać kapsułkę będącą bliską mi Warmią (to w nawiązaniu do Podała mi jakąś kapsułkę. - To pomorze).


Dowodem na to, że piszesz niechlujnie, są mutujące imiona: Rayan, Rajan; Shelly, Shely, Schelly, Sehelly. Rozumiem, że osoba nieobeznana z ortografią nie dostrzeże własnych błędów w pospolitych wyrazach, ale tutaj sytuacja jest inna -- to Ty decydujesz, kto jak się nazywa.


Zanim posunę się w krytyce, powiem, co uważam za zaletę. Podoba mi się, że stworzyłeś fabułę obejmującą więcej niż dwie, trzy sceny. Opowiadasz historię -- to dobrze. Tylko dlaczego rzecz urywa się w środku zdania? (Może osiągnąłeś ograniczenie forum na długość pojedynczego wpisu? Jeśli rzeczywiście obcięło fragment, daj znać.)


Sama historia mnie nie znudziła, jednak zużyłem sporo siły woli, żeby nie przerwać czytania. Męczysz czytelnika. Nie chodzi tylko o odrzucające błędy ortograficzne, lecz o technikę pisarską, styl i konstrukcję. Przykłady niżej.

Niejednokrotnie ciężko się domyślić, kto wygłasza daną kwestię. To z powodu niezachowania powszechnej konwencji. Weźmy fragment:
- Wiem, to jest akurat dobry znak! - Podeszła do nas dziewczynka wyglądająca mniej więcej na piętnaście lat.
- Karll mnie przysłał. Mam cię uczyć. - Rayan chyba całkiem się załamał.
- Co ty tu robisz Lucy?

Nie znając kontekstu przypisałbym pierwsze zdanie dziewczynce, drugie Rayanowi, a trzecie komuś innemu niż Rayan. Żeby powiedzieć to, co -- jak sądzę -- chciałeś, należy napisać jakoś tak:
- Wiem, to jest akurat dobry znak!
Podeszła do nas dziewczynka wyglądająca mniej więcej na piętnaście lat.
- Karll mnie przysłał. Mam cię uczyć.
Rayan chyba całkiem się załamał. - Co ty tu robisz, Lucy?

Przyswoić konwencję (jak i ortografię) można czytając dobre książki. Nie zawadzi też przeczytanie własnego tekstu tak, jakby się czytało obcy tekst przed publicznością; wtedy idzie poznać, gdzie wypada przejść do następnej linijki i gdzie postawić przecinki.

Właśnie, przecinki i ogólnie znaki interpunkcyjne. Powiedz, Autorze, czymże jest słowo serce we fragmencie sprawdź twoje serce nie bije -- podmiotem czy dopełnieniem? Może być jednym albo drugim:
Sprawdź serce. Nie bije.
Sprawdź. Serce nie bije.
Sens w obu zdaniach jest podobny, ale ważniejsze, że w ogóle jest, podczas gdy sprawdź serce nie bije to jakiś bełkot. Oczywiście postać może tak powiedzieć, jednak czy naprawdę chodziło o to, że dystyngowany wampir nie umie złożyć sensownie brzmiącego zdania?
Są miejsca, gdzie ewidentnie brakuje przecinków. Nie będę wymieniał. Pamiętaj, że nawet jeśli czytelnik bez problemu domyśli się, gdzie powinien być przecinek, zrobi to dopiero przeczytawszy parę wyrazów po newralgicznym miejscu. Źle, gdy odkrywa się nagle, że trzy słowa przeczytane przed chwilą są niespodziewanym początkiem nowego zdania podrzędnego. A gdyby czytać na głos? -- trzebaby wypowiedzieć i zaakcentować całe zdanie od początku!
Zauważyłem też przegięcie w drugą stronę:
Miał nie więcej niż 165 centymetrów. Wzrostu.
Aż pomyślałem: -- Niewiarygodne! A sądziłem, że obwodu w pasie.

Czasami trudno było mi nadążyć za tempem. Bohater jechał to tu, to tam, zamieniając w każdym miejscu po kilka zdań w słabo określony otoczeniu. Przesadzam, lecz niewiele -- hotelik, dom, park, dom, spotkanie... Może warto dzielić tekst na króciutkie rozdziały (jak u Vonneguta)?
Znowuż tam, gdzie starasz się dokładniej opisać miejsce akcji, tworzysz cuda. Pokój, w którym główna postać budzi się po raz pierwszy jako wampir! Wpierw czytelnik dowiaduje się, że jeszcze ciemno, a mimo to do pokoju wpada światło; pomieszczenie jest olbrzymie i puste, a zaraz pojawia się (także olbrzymie) łoże, krzesło, później szafa; pokój jest mroczny, oświetlany przez małe lampki; na końcu światło wpadające przez okno okazuje się być wzięte z Księżyca. Proszę teraz sobie po kolei wyobrazić: ciemność, choć światło wpada do pokoju -- pustego, choć jest tam olbrzymie łoże, krzesło i szafa; i jeszcze małe lampki rozświetlają mrok istniejący mimo światła -- wpadającego mimo ciemności. Ale to i tak nie ma znaczenia, gdyż w takim oświetleniu można stwierdzić, że biel koszul jest śnieżna (w odróżnieniu od bieli nieśnieżnej czyli po prostu białej), a oczy błękitne.

Na koniec zwracam uwagę na zaimki zaśmiecające tekst. Zobacz komentarz tutaj i odnieś choćby do tego:
Położyłem się na łóżku, żeby zebrać myśli, które pędziły mi przez głowę robiąc olbrzymi huk. Czułem się słaby i zagubiony, a cisza panująca do koła potęgowała mój strach.

--
Czajnik. Kupiłem czarny czajnik. Pojemność – dwa czterysta.
Pojemność – dwa czte… Sie-dem je-den ma do set-ki!
xepher
xepher Bojownik od 27 czerwca 2008 | Nowy Sacz | GG: 6531815
2008-09-05 19:57:42 Zgłoś
dzieki za ta opinie chyba tego mi bylo trzeba zwieram dupe i biore sie za poprawki

--
Forum > Półmisek Literata > cóś ciekawego? ee nie; nie czytac tego!!
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj