Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
KoX Superbojownik od 5 listopada 2001
2008-01-31 03:37:30 Zgłoś
   Spośród wszystkich mechanicznych koni, jakie zna Ziemia, mój jest wyjątkowy. Pewnie! -- każdy miłośnik wierzchowców powiedziałby tak o swoim, ale mój jest wyjątkowy nie tylko dla mnie. To znaczy: byłby nie tylko dla mnie, gdyby ludzie wiedzieli, że jest inny niż wszystkie. Dobrze, nie będę więcej plątał, bo sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Wystarczy, że uwierzycie, iż mój koń jest jedyny taki na całym świecie.
   Zewnętrznie nic go nie wyróżnia i nikt, kto widzi mnie jadącego wierzchem, nie może nawet podejrzewać, że dosiadam ewenementu na skalę światową. Och! Wyobrażam sobie, że gdyby dostrzeżenie tego było możliwe na pierwszy, niechby chociaż na trzeci rzut oka, nie opędziłbym się od zainteresowanych.
   Na szczęście nikt się nigdy nie interesuje. Wszyscy mieszkańcy mijanych wiosek i miasteczek, którzy patrzą na mój środek transportu, nie dostrzegają tego; a przecież niejeden ma własnego mechanicznego rumaka. Ich oczy nie widzą wnętrza, wzrok prześlizguje się po poszyciu z wyklepanej blachy, która nie jest nawet chromowana i miejscami łapie już rdzę. Parę razy zdarzyło się, że chciałem ujawnić wyjątkowość Taranta, ale zawsze w porę się wstrzymywałem, wiedząc, że byłaby to dla niego wielka krzywda.

   Skłamałem. Był taki jeden chłopek, który okazał zainteresowanie. Podszedł z olejarką i napoił konia, gdy ja robiłem zakupy u jego żony. Mówię "żony", bo wtedy myślałem, że są małżeństwem, choć kobieta była -- nie ukrywam -- szpetna. Ale nie było w okolicy nikogo innego, a facet, jak wiadomo, musi czasem... No dobrze, mógł być bratem sklepikarki.
   Wyszedłem z ciemnego... A, do diabła! Był jej bratem. Tak, tak, tak. Brat i siostra, aha! Nie lubię kazirodztwa. Tfu!
   Wyszedłem z ciemnego sklepu, i gdy tylko wzrok na powrót przyzwyczaił się do jasności, zauważyłem, że ktoś zajmuje się czekającym w pełnym słońcu Tarantem.
   -- Hej! -- zakrzyknąłem. -- Co pan robi?
   Uśmiechnął się przepraszająco. -- Pański koń skrzypi w kolanie lewej nogi. To mu pomoże.
   Gotowałem się w sobie patrząc, jak ukochana maszyna ufnie chłepce z cudzej olejarki. -- To drzwi zaskrzypiały! -- warknąłem. -- Powinien pan nasmarować właśnie je.
   -- Niemożliwe. -- Nalał oleju na spracowaną dłoń i wtarł maź w pęcinę. Koń był bardzo spokojny; tak samo nieznajomy. -- Jak pan go nazwał?
   -- Tarant.
   -- Chyba wiem, dlaczego. -- Mrugnął okiem. Myślę, że wyczytał coś z mojego wzroku, gdyż cofnął się. -- A jak się nazywał, zanim zardzewiał?
   -- Tak samo.
   Gęba mu się rozdziawiła; chyba nie wiedział, co rzec. Gdy tak stał eksponując niepełne uzębienie, ochłonąłem nieco. Wstyd było trochę, że tak niegrzecznie potraktowałem bliźniego, który nic przecież nie zawinił.
   Może to owad albo niesiony wiatrem piach, a może po prostu ohydne przyzwyczajenie kazało mu splunąć prosto pod moją maszynę. -- Już takiego pan kupił?
   Czekał na odpowiedź, lecz po twarzy widać było, że sam wie najlepiej.
   -- Nie. Ja go zrobiłem. Własnoręcznie.
   Z satysfakcją pokiwał głową. -- Teraz rozumiem. Doskonale rozumiem.
   -- Co takiego?
   -- Sam kiedyś wykuwałem konie. Najlepsze konie w promieniu ośmiu dni drogi! Na pana miejscu nie nazwałbym go tak, bo to zła wróżba. Imię świadczy o koniu, wie pan? Jeśli koń nazywa sie Tarant, od razu wiadomo, że od tego zardzewieje.
   -- U mnie odwrotnie. Nazwałem go Tarant, bo od razu wiedziałem, że zardzewieje -- przyznałem. To był jeden z tych momentów, gdy niemal zdradziłem sekret, ponieważ chciałem szacunku dla swojej pracy.
   -- Za mało oleju -- autorytatywnie stwierdził rozmówca. -- Moje konie, nawet te najtańsze, nigdy nie rdzewiały. Nigdy.
   -- Cóż. Jestem tylko amatorem.
   -- To widać. -- Przyglądał się konstrukcji. -- Mam oko do tych rzeczy.
   Tak myślał, jednak nawet on nie poznał. Ucieszyłem się. Nie miałem pewności, że mówi prawdę -- o tych nierdzewiejących koniach, które niby kiedyś wytwarzał -- ale czemu miałby kłamać?
   -- Przepraszam. Zapomniałem kupić żelaznych opiłek -- przypomniałem sobie.
   Spojrzał jak na wariata. -- Dam panu grubodruciane zgrzebło elektryczne z domieszką tytanu, takie najtwardsze. Zjedzie pan rdzę, a i jakieś opiłki się zrobią. Z piachu wyciągniemy je magnesem przez gazetę. To co? Po co ma pan tracić pieniądze w sklepie?
   -- Nie, dziękuję. -- Wycofywałem się mając cały czas oko na cenne mienie.
   -- Znowu psujesz mi interes! -- zza mych pleców wydarła się kobieta. Głos miała nieprzyjemnie skrzekliwy i ogólnie pasujący do twarzy. -- Idź stąd!
   Tamten coś burknął. Ja nie usłyszałem, ale ona jak najbardziej. Na głowie miała dziwaczną konstrukcję z dwiema czaszami, dzięki którym chwytała dźwięki wprost do uszu. Okrągłe małżowiny czyniły z niej stłamszoną karykaturę myszki Miki.
   -- A ty jesteś skurwysynem! -- zakrzyknęła pod adresem tamtego i przeniosła wzrok na mnie. -- Zapraszam ponownie.
   Drzwi rzeczywiście były dobrze nasmarowane i nie skrzypiały. Wszedłem do środka i od razu zażądałem garści opiłek.
   -- Niech pan nie krzyczy, słyszę przecie -- syknęła dźwigając nadal sztuczne, wielkie uszy. Nie zorientowała się, że to nie moja wina.
   Postanowiłem wykorzystać okazję i zasięgnąć informacji. -- Czy pani mąż robił kiedyś konie? -- szepnąłem mając pewność, że tamten nie usłyszy. -- Z ciekawości pytam.
   -- Mąż!? A skądże! -- Prychnięcie było pełne pogardy. -- W życiu nie wyszłabym za koniokletę, a był kiedyś taki jeden...
   Patrząc na nią z bliska uznałem, że niektórzy konstruktorzy koni jednak mają szczęście do kobiet.
   -- Mój mąż był prawnikiem -- zaskrzeczała.
   O tak! Jest sprawiedliwość na tym świecie.
   -- To tamten skurwysyn, brat mój, składał konie. Umiał to robić, trzeba mu to przyznać. Nawet gdy jakiś pomylony nordyk zechciał konia z sześcioma nogami, to ten pierdoła takiego zrobił. Z sześcioma nogami!
   -- Aha. -- Zapłaciłem. -- Reszty nie trzeba. Dziękuję.
   -- Ale niech się pan nie spodziewa, że stary pajac cokolwiek jeszcze zmajstruje. Za bardzo lubił spawać bez maski i jest teraz prawie ślepy.
   -- Przykro mi.
   -- Znów pan krzyczy -- upomniała. -- A skurwysynowi się należało.
   Wróciłem do faceta, który orbitował wokół konia oglądając maszynę ze wszystkich stron. Nie wiedziałem, dlaczego odbieram jego zachowanie jako ze wszech miar drażniące, i z tego powodu jeszcze bardziej mną nosiło. -- Podejdź bliżej zadu -- pomyślałem złośliwie. -- Zobaczysz gwiazdki lepsze niż przy spawaniu.
   -- Ogon mógł pan zrobić lepszy -- stwierdził. Przyglądał się z bliska, jednak ciągle stał z boku.
   Zacisnąłem zęby. -- Wiem.
   -- To dobrze, że pan wie.
   -- Przepraszam, muszę jechać. -- Upchałem zakupy w pustym juku i skłamałem: -- Miło mi było.
   Chwycił za przegub dłoni. -- Co ona panu naopowiadała?
   Raz, dwa, trzy... dziesięć. -- Łagodnie oswobodziłem rękę z niezbyt mocnego uścisku. -- Powiedziała, że jest pan prawie ślepy.
   -- Proszę nie wierzyć tej kłamliwej suce. Czasami mówi, że jestem złodziejem, a to też nieprawda. Myślałem, że teraz też tak powiedziała i dlatego pan...
   -- Nie -- przerwałem. Kmiotek nie był wart zmęczenia pięści. -- Powiedziała tylko, że jest pan jej bratem.
   -- A, to w porządku. -- Szurnął nogą. -- Bo jestem.
   Nagle wydał się bezbronny jak ledwie narodzony szczeniak. Pamiętam, czułem zakłopotanie podnosząc temat szczegółowych relacji rodzinnych. Teraz, z perspektywy czasu oceniam, iż byłem za wścibski. -- Nazwała też pana, za przeproszeniem, skurwysynem. Jak siostra może mówić tak o bracie?
   -- Ona zawsze tak mówi. Tak naprawdę jej matka była większą kurwą niż moja. Nie wiem, czemu ojciec tykał się tej starej flądry.
   Od strony budynku zacharczało: -- Słyszałam!!!
   Wtedy pojąłem, że to, co brałem wcześniej za skrzypienie drzwi, było głosem sprzedawczyni. Jeśli kiedyś traficie do sklepiku, którego właścicielka wydaje dźwięki gorsze niż nieoliwione zawiasy, poznacie, że byłem tam i ja. Możecie też poznać ją po sztucznych uszach.
   Aha, pod żadnym pozorem nie kupujcie tam opiłków!
   Mężczyzna zbliżył się jeszcze bardziej i szepnął prosto do ucha owiewając mą głowę nieświeżym oddechem: -- Jej matka była brzydsza od mojej. Widać, nie?
   -- O, tak -- odpowiedziałem konspiracyjnym szeptem.
   Uśmiechał sie szeroko, gdy odjeżdżałem nasłuchując skrzypienia w nodze mechanicznego konia. Czy mówiłem już, że koń jest wyjątkowy?

   Znów skłamałem. Nie, nie o koniu. Koń jest wyjątkowy; kropka.
   Oszukałem, kiedy powiedziałem, że był tylko jeden, co się zainteresował. Był jeszcze inny, taki wąsaty, więc razem było ich dwóch. Ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek się spotkali; myślę, że nawet nie słyszeli o sobie.
   Ten drugi był gorszy, bo odkrył wyjątkowość Taranta. No, z drugiej strony był lepszy dokładnie z tego samego powodu -- miał oko. Może nigdy nie robił najlepszych koni w promieniu ośmiu dni drogi, ale poznał się na moim, a to o czymś świadczy. Och, musiał być dobry!
   I nie sypiał z własną siostrą, nawet z przyrodnią, a przynajmniej nic o tym nie wiem.
   Wyjeżdżałem właśnie z miasta -- jednego z tych, które nie zasługiwały nawet na to, bym zapamiętał, jak zwą się w lokalnym, bełkotliwym dialekcie -- kiedy z Tarantem zrównał się lśniący chromem konstrukt. Szedł cicho, jedynie hydraulika syczała miarowo, dlatego nie dostrzegłem jego obecności, aż do chwili gdy miriady kłujących oko, rozedrganych iskier zatańczyły na samiuśkim lewym brzegu pola widzenia. Słońce nagrzewało blachę aż trudno było usiedzieć -- jak na patelni! -- a teraz biło nie tylko z góry, ale i tysiącem refleksów z grzywy obcego konia.
   Momentalnie zwróciłem głowę.
   -- Dobry -- odezwał się wąsaty jeździec. Nie sądzę, że w ten sposób się przedstawił, choć faktycznie musiał być dobry; już to tłumaczyłem.
   -- Dzień dobry.
   Szliśmy stępa łeb w łeb -- prosto na zachód. Jeśli poruszacie się konno, żaden inny kierunek nie ma sensu. O ile południe czy północ można jeszcze wybaczyć, to gdybyście kiedyś skierowali rumaka na wschód, przeklnę was.
   Na wschód możecie jechać pociągiem.
   -- Ładnego ma pan wierzchowca -- cmoknął. Miał dziwne poczucie estetyki. Siedział na doskonałym koniu i komplementował rdzewiejącego Taranta, co od razu wydało się podejrzane.
   -- Chce się pan zamienić? -- zażartowałem.
   Na me nieszczęście nieznajomy wziął to poważnie. -- Owszem, chcę.
   -- Miło z pana strony, ale akurat ja nie chcę.
   Nawet się nie uśmiechnął. Podkręcił wąs. -- Wiem, dlaczego.
   -- Co?
   -- Wiem, dlaczego nie chce pan się zamienić. Powiedzieć?
   -- Dziękuję, nie trzeba. Sam wiem lepiej.
   Tarant człapał nieświadomy zagrożenia jadącego na grzbiecie sąsiedniej maszyny. Ciarki przeszły po plecach, gdy nieznajomy świszcząco wycedził: -- Znam pańską tajemnicę, panie... -- i wypowiedział nazwisko; moje prawdziwe nazwisko.
   Wtedy go zastrzeliłem. Paf!
   Ha ha! To dobre! Tarant -- koń rdzewiejący i stary -- nawet nie zmylił kroku, a tamten drugi spłoszył się, że aż zrzucił jeźdźca. Tak sobie myślę, że wąsatemu było już wszystko jedno, czy skręci sobie kark czy nie; miał przecież kulkę w sercu. Ale żył jeszcze chwilę, widział zachowanie obu koni i na pewno było mu przykro, że ten jego to taki tchórz.
   I to jest w tym najśmieszniejsze: mechaniczny koń okazał się prawdziwym tchórzem. Ja za to byłem dumny z Taranta. Nie tylko z tego powodu, że nie poniósł, ale i ogólnie. Zawsze byłem z niego dumny -- i z siebie, bo to ja go zrobiłem. Jest wyjątkowy.

   Pewnie teraz spodziewacie się, że w końcu powiem, na czym polega wyjątkowość konia. Znam takich jak Wy -- na pewno chcecie się dowiedzieć. Dobrze, powiem. Powiem, że musicie mieć mnie za durnia sądząc, że publicznie wyjawię sekret, w obronie którego zastrzeliłem człowieka -- całkiem dobrego człowieka, który nie sypiał z własną siostrą, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Ja durniem nie jestem, bo czy dureń umiałby zbudować mechaniczniego konia, który...?
   Myśleliście, że się teraz przypadkiem wygadam? Naiwniacy! Powiedziałem, że zabiłem -- to i tak dużo -- i na dodatek poradziłem, gdzie nie zaopatrywać się w opiłki. Doceńcie to.
   Jedynie Ty, która wyglądasz jak młoda indiańska sqaw, możesz jechać ze mną. Jeśli zasłużysz, poznasz tajemnicę. Wszystkim innym wystarczy wiedzieć, że mój koń jest wyjątkowy, jedyny taki na całym świecie.

--
Czajnik. Kupiłem czarny czajnik. Pojemność – dwa czterysta.
Pojemność – dwa czte… Sie-dem je-den ma do set-ki!
deuter
deuter Superbojownik od 21 lutego 2006 | Wołomin | GG: 3520913
2008-02-10 21:44:53 Zgłoś
Czuję się oszukany.

Tak - do końca liczyłem, że jednak się wygada.

--
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
zawieszona 4ever alone stosiedemdziesiąttysięcy od 3 grudnia 2007
2008-02-13 15:42:03 Zgłoś
przeczytałam 3 razy i też liczyłam ,że poznam na czym polega ta "wyjątkowość"
hehe

--
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj