Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Hyde Park V > O piratach słów kilka – część I
Shameus
Shameus Bojownik od 20 lipca 2012 | MegaCity One
2020-03-01 16:46:36 Zgłoś
Współczesny świat mediów wykreował wizerunek pirata na romantycznego rozrabiakę, który prowadził hulaszczy tryb życia i pławił się w bogactwie tak wielkim, że część złupionych skarbów musiał zakopać na bezludnej wyspie. Taki model przedstawiały od lat książki, następnie filmy i gry. Ot, żyje sobie przystojny jegomość i prowadzi ekipę odważnych ludzi w przygody, o których tylko pieśni pochwalne tworzyć.

Ale życie pirata dalekie było od tego romantyzmu. Było krótkie, nędzne i raczej nie warte stronicy, a już o pieśniach czy filmach nie wspominając.

Aby naświetlić ten nędzny i krótki żywot pirata, najpierw warto zapoznać się z tym, czym w istocie był ten zawód. Piractwo jako proceder powstało, gdy pierwsze większe jednostki morskie opuściły porty, więc jest to zajęcie równie stare, co historia transportu wodnego. A dlaczego? Małe łódki przewoziły tyle towaru co duży wóz, więc nie warto było tworzyć wyprawy na taki „skarb”, gdyż znalezienie poszukiwanej łajby mogłoby zająć zbyt wiele czasu, natomiast duża jednostka to pływająca hurtownia towarów pozbawiona zazwyczaj eskorty, które miały karawany lądowe. Na morzu samotny statek był niemal bezbronny wobec napaści piratów, toteż stawał się łatwym łupem. I taki tok myślenia przyświecał morskim złodziejom, których historycy nazwali piratami. Złota era morskich grabieżców przypadła na XVI i XVII wiek, gdy handel pomiędzy Europą a Indiami oraz Chinami rozkwitał w najlepsze.

Samo pojęcie pirat zawiera w sobie kilka znaczeń, w zależności co pirat czynił i jak postępował. Napaści morskie bez podłoża politycznego to zwyczajne kaperstwo, grabież statków na mocy nadanych prawy – w czym dominowały potęgo morskie Portugalii, Holandii, Hiszpanii, Anglii i Francji – to korsarstwo, zaś walka z kompanią (domena Francji) to flibustierstwo... Byli też rajderzy, szukający szczęścia na własną rękę i nie zrzeszeni w żadnej gildii. Tak więc członek załogi, który aspirował do bycia piratem, miał całkiem spory wybór odnośnie rodzaju „działalności”.

Zawód – pirat?

Zanim gościa powiesili za bycie piratem, nie miał on wpisane w papierach „pirat”, ani też nie skończył studiów w tym kierunku. Skąd więc brali się piraci? W portach rekrutowało się przyszłych złodziei z najsilniejszych ochotników, mamiąc ich fortuną. Najczęściej obiecano część łupów, sławę, zaszczyty. Ale wiadomo, kasa – a raczej ogromna ilość kasy – to najlepsza moneta przetargowa, więc chętnych nie brakowało. Piratów rekrutowało się spośród drwali, kowali, młynarzy, cieśli, żołnierzy i więźniów. Kto zdrowy i silny, mógł się zaokrętować i szykować swoją kabzę na złoto. Zbieranina ludzi na jednostkach pirackich czyniła taki okręt miejscem bardzo nieprzyjemnym, a dyscyplina i dobre dowodzenie stanowiło klucz do sukcesu. Jedno łączyło wszystkich przyszłych piratów – musieli dobrze umieć liczyć. Cokolwiek by powiedzieć o dawnych czasach, to papierologia na okrętach – także pirackich – była najistotniejszą częścią działalności wszystkich piratów (ale o tym później).
Jedną cechą wspólną osób zaokrętowanych była odwaga. I to nie taka, że sobie tam chwilę „pokozaczą”, ale taka prawdziwa, wręcz szalona i każdy pirat, który wrócił żywy z wyprawy był bardzo poważanym jegomościem, a jeśli do tego wrócił z zyskiem..., no to już całkiem pierwsza klasa.

Na wyprawę czas

Zorganizowanie wyprawy pirackiej w jakiejkolwiek formie to było poważne przedsięwzięcie, takie z gatunku „założenie firmy przy tym to mały pryszcz”. Wiecie, w dzisiejszych czasach koleś ma jakiś pomysł, szuka inwestorów i jeśli pomysł się spodoba, to otrzyma granty na przyszłą firmę. Czasami pomysł wymaga ogromnych pieniędzy a widmo porażki jest spore, więc o inwestorów trudno. Wyprawa piracka to impreza o skali zbudowania sieci marketów w całym kraju. Taki to wielki i ryzykowny biznes.

Przede wszystkim potrzebna była łajba. Czyli pływająca jednostka na tyle sprawna, że zdołałaby dogonić cokolwiek na wodzie. I nie mogła być mała, a o wyporności pozwalającej na ograbienie co najmniej kilku jednostek, tak aby zapełnić ładownie łupami lub ewentualnie przyciągnąć zdobytą jednostkę jako pryz. Zakup malutkiego jachtu w tej chwili kosztuje krocie, a zakup okrętu o dobrym tonażu był wydatkiem ogromnym i stać na takie fanaberie było tylko nielicznych magnatów, zazwyczaj wspieranych przez lokalnych włodarzy albo samych władców danego państwa. Już tutaj widać skalę wydatków, a to dopiero wierzchołek tej piramidy kosztów!

Następnie należało zatrudnić załogę. I najlepiej zacząć od dowódcy. Kapitan musiał być piekielnie doświadczonym człowiekiem o nienagannej reputacji oraz niebywałej charyzmie. Pierwsze dwie cechy miały zagwarantować inwestorom, że powierzony okręt nie przepadnie przy najbliższej burzy lub nie zostanie spieniężony w dalekim porcie, trzecia cecha miała zagwarantować, że załoga nie „uwolni” kapitana na środku oceanu w przypadku niepowodzeń. Oczywiście zdarzali się Misiewicze wśród kapitanów, wepchani na stanowiska przez konotacje lub protekcję kogoś z „góry”, ale takie przypadki stanowiły promil wypraw. I najczęściej kończyły się źle – w czym prym wiedli Portugalczycy.

Gdy mieliśmy na pokładzie Rudobrodego, dobierał on (najczęściej) swoich oficerów. Byli to ludzie, z którymi służył od dawna, więc miał do nich pełne zaufanie. Ale żeby nie było zbyt łatwo, kapitan i jego świta często otrzymywali „pierwszego” lub nawigatora z przydziału, czyli był to człowiek wystawiony przez inwestorów. I czas na tych, co pokład szorują...

Wiecie już, kim byli piraci. Zbieraniną osób, którym tylko kasa w głowie. I tę kasę dla nich trzeba było mieć, choćby się waliło i paliło. Dlatego, zanim okręt piracki dopadł swoją pierwszą ofiarę, należało zabezpieczyć skarbiec z żołdem na kilka miesięcy w przód. W przeciwnym razie bunt murowany a kapitan i jego świta zostaje puszczony „wolno”.

Do tego dochodził prowiant, okup (gdyby okręt musiał cumować we wrogim porcie pewne sprawy dało się załatwić okupem), broń, amunicja, mapy, grog, trzoda itd... Jak się bierze na kwadrat pięćdziesięciu chłopa to trzeba im zapchać pyski, choćby przez pierwsze dwa miesiące.

Jak już widzicie, zorganizowanie pirackiej wyprawy było ogromnym wyzwaniem finansowym i logistycznym. Zbudowanie „Gawrona” to przy tym pikuś..., a nie... czekaj...

Krótkie jest życie pirata... I marne.

Filmy nauczyły nas, że każdy pirat to złoczyńca, któremu szubienica pisana. Pisana, a i owszem. Ale nie wtedy, gdy pirat działał dla nas lub w zmowie z nami. Tylko wówczas, gdy pirat nie był „nasz”. A „nie naszych” było stosunkowo niewiele, a raczej bardzo malutko. Niemal każdy kapitan miał nad sobą kogoś z większym biurkiem, czyli mocodawcę. Gdzieś trzeba było refować bukszpryt, oczyścić kadłub, uzupełnić zapasy, zmienić żagle i dać odpocząć załodze. Te przyjazne porty nie były przyjazne za darmo; płatna protekcja kosztowała, więc kapitanowie, o ile nie działali na mocy listów korsarskich dających immunitet w portach sprzymierzonych, musieli dzielić się łupami ze swoimi protektorami. Częstą i niepisaną zasadą było to co znamy chociażby z sejmu „możesz kraść, ale nie daj się złapać”. Więc jak nie szubienica, to co?
Proza życia w dawnych czasach, czyli nieznana siła natury, nieznane wody, nieznane tereny i choroby. Ta mieszanka była wrogiem każdego marynarza, a jeszcze bardziej uderzała w piratów. Jednostki pirackie wypływały w rejsy trwające nawet ponad rok – wiecie, brak radarów i GPSa utrudniał znalezienie innych statków, a ich szlaki były bardzo często zmieniane, gdy na akwenie pojawił się wrogi okręt. Dlatego korsarze zawracali do portów tylko z dwóch powodów: ładownie pełne lub puste. Takie długie rejsy zbierały srogie żniwo: szerzył się szkorbut, gruźlica, choroby zakaźne spowodowane kontaktami z ludźmi, choroby weneryczne. Lista jest długa, jednak niezmiennym faktem jest iż 30% stanu załogi okrętu nie dożywało pełnego roku na morzu. Czasami te liczby były znacznie większe i zdarzały się wyprawy, w trakcie których choroby zabrały nawet 80% stanu załogi. Jeśli pirata szlag nie trafił w wyniku choroby, miał spore szanse na zejście z tego świata w walce. Zdobycie statku wymagało abordażu, czyli wejścia na pokład upolowanej jednostki i bywało, że akcja ta nie kończyła się pokojowo. Walka była wkalkulowanym w zawód ryzykiem. Był jeszcze alkoholizm. Butelka rumu, śpiew i morze... Znacie tę scenkę. Alkohol był konsumowany w ściśle określonych warunkach, racjonowany przez kapitana i trzymany także jako karta przetargowa na „chudsze czasy”, które zazwyczaj następowały. Pijana załoga zazwyczaj mniej się denerwowała, czuła rozluźnienie, jednak długotrwała głodówka i wyniszczenie organizmu w połączeniu z kilkudniowym chlaństwem miała opłakane skutki i ten fakt także nie sprzyjał stanom załóg. Cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko...

Jeśli pirat nie padł od choroby, nie poległ w walce i nie zapił się na śmierć z nudów oraz głodu, miał jeszcze spore szanse na śmierć z przyczyn naturalnych... naturalnych rzecz jasna dla tego zawodu, czyli powikłania po buncie. Długotrwałe przebywanie na wodzie w poszukiwaniu skarbów ma to do siebie, że trzeba te skarby znaleźć, a wszelkie niepowodzenia im dłużej trwają, tym większe niezadowolenie budują wśród załogi. Gdy diabli wzięli dziesiątą część stanu z powodu chorób, to nikt nie cieszył się, że przypadnie mu większa dola z żołdu, ale liczył, za ile czasu przyjdzie po niego kostucha. Bunty na okrętach były chlebem powszednim. Zazwyczaj buntowano się przeciwko dowódcy, czyli kapitanowi. Gdy bunt się udał kapitan był puszczany „wolno”. Jeśli nie, buntownicy zostali puszczeni „wolno”. W tym pierwszym przypadku jednostka z buntownikami miała marne szanse na bezpieczne zawinięcie do portu (bez kapitana, kurna?!) więc załoga przerzucała się na rajderstwo, znajdowała bezludną wyspę, a potem to już wiecie, co się działo.
Puszczenie „wolno” to rzecz honorowa dla pirata. Żaden szanujący się pirat, czy to oficer czy zwykły majtek nie zabiłby innego pirata, dlatego zdrajców na morzu wkładano do szalupy i bez wioseł, takielunku, kompasu oraz jedzenia puszczano na wolność. Wiadomo, jak to się kończyło, no ale w dzienniku okrętowym lepiej napisać „ucieczka” niż „bunt”...

Epickie pojedynki morskie?

W filmach i książkach, owszem. Na morzu do starć jakie znamy z X muzy dochodziło bardzo, bardzo rzadko. Wiecie, trzeba mieć armatę (tudzież działo spiżowe), a działo kosztowało majątek i nie dało się go zdobyć w „każdym sklepie z armatami”, tylko trzeba było je pozyskać od inwestorów. Najczęściej okręty pirackie miały jedno działo pełniące rolę straszaka, większe jednostki fundowane przez królów posiadały górny pokład w armatach, ale tych było niewiele. Owszem, państwa wystawiały potężne jednostki korsarskie ale nie uczestniczyły one w epickich pojedynkach, a to z tego powodu, że jak ktoś zobaczył galeon najeżony działami, to natychmiast poddawał się. O tym za chwilę.

Walki nie wyglądały też zbyt często tak, jak znamy z filmów. Jednym sposobem zdobycia jednostki był abordaż. I tutaj można temat zamknąć albo przytoczyć kilka faktów raczej oczywistych, ale pewnie klasy tej, o których większość z was powie „no, kurna, faktycznie”...

Celem okrętów pirackich było pozyskanie ładunku z innych statków, najczęściej kupieckich, więc załoga była liczna (na wypadek chorób, walk, buntów – trzeba było mieć „zapasowych” ludzi), natomiast jednostki kupieckie bazowały na handlu, a tam dominowała stara i aktualna zasada czyli cięcie kosztów. A główny koszt stanowił zakup okrętu (tudzież wynajem) i zaokrętowanie załogi. Jeśli kogoś śmieszy fakt, że łódź motorowa o wyporności 150 ton napada na zbiornikowiec o wyporności 60000 ton i czyni to z sukcesem, to mniej więcej tak to wyglądało w złotej erze piractwa. Gdy do „ofiary” zbliżał się na krótki dystans inny okręt, to z rzadka załoga gotowała się do walki. Jak już wspomniałem wcześniej, przygotowanie statku do wyprawy to była ogromna inwestycja, więc stali za nią inwestorzy i kapitan najzwyczajniej w świecie był ubezpieczony na taką ewentualność, dlatego oddawanie łupów bez walki (z zachowaniem życia!) stanowiło częsty proceder. Ktoś, kto zdecydował się jednak na ochronę dóbr, a został pokonany, musiał się liczyć z ostrym sądem z rąk piratów. Tak, zgadliście – taka załoga była puszczana „wolno”. A przynajmniej ci, którzy abordaż przeżyli.

Porachuje... albo już czas panowie.

Umiejętność liczenia była niepożądaną cechą wśród załogi, jednak każdy pirat ją posiadał, aby nie dać się oszukać. Kontrakt otrzymywali oficerowie – był on podpisany z inwestorami. Na tym papierze kapitan gwarantował przekazanie części łupów na rzecz zleceniodawców, za co otrzymywał na starcie specjalne przywileje. Jaka to była część? Wszystko zależało od tego, gdzie dana jednostka miała „grasować”, lecz im dalsza wyprawa, tym większy udział przypadał inwestorom. Jak już wiecie, inwestorem mógł być sam król lub królowa, więc papierologia była stosowana na długi czas nim podniesiono kotwicę. Udziały kapitana stanowiły największą część zysków, często trzy dziesiąte całości zysków, reszta przypadała załodze. I tutaj najśmieszniejsza część piractwa. Panie z US lubią to... pieprzone papiery!

Tak, od zarania żeglugi papiery były piekielnie ważną częścią transportu morskiego. Wiecie... jakiś Janusz zakłada firmie WodTrans to sobie może robić ze swoją Omegą co chce, ale jak ten sam Janusz zatrudnia się w ChinaExport i dostaje pod opiekę kontenerowiec, to jakoś trzeba go kontrolować. Handel nie wyglądał inaczej wtedy: podatki, cła, embarga i wszystkie te piękne, kochane przez nas słowa obowiązywały wtedy, a żeby nie dać się skroić, wszystko było notowane i zapisywane. Zapisywane dlatego, aby Janusz nie okantował portu, do którego przybył, żeby nie wyrolował swoich inwestorów i pracowników, i żeby nie został ograbiony podczas kontroli morskiej przez inną jednostkę z nastawionego negatywnie państwa/miasta/regionu, który tylko szuka pretekstu, aby położyć łapę na darmowym towarze. Już rozumiecie, dlaczego na statkach wszystko było ładnie opisane... i miało to dwie strony medalu.

Piraci musieli umieć liczyć. Gdy już dopadli łup, wiedzieli czego ile noszą, jaką to może mieć wartość, i jak zostanie podzielone. Zapełnione ładownie cieszą oko każdego morskiego złodzieja, jednak najważniejsze było, ile z tego dostanie. I tutaj kolejna zabawna rzecz: kapitan rozliczał się z mocodawcami i inwestorami nie na podstawie zgrabionych dóbr, ale listów przewozowych zabranych ze statków, które były porównywane ze łupami w ładowni. Żołd wypłacany na bieżąco w trakcie żeglugi był skrupulatnie księgowany w papierach. I co robili bardziej cwani kapitanowie napadniętych jednostek? Ano niszczyli księgi i dokumenty towarowe (trolling level: najwyżej puszczą mnie wolno) utrudniając tym samym zarządzanie łupem a często nawet identyfikację towaru. Raz jeden kapitan, zwany najgłupszym piratem wszechczasów, wypuścił statek handlowy wypełniony po burty cyną, której było ponad dziewięćset ton. Dopiero w porcie uświadomiono go, że ta cyna to jednak srebro...
Rozliczanie odbywało się na morzu, kiedy płacono bieżący żołd a w przypadku szczęśliwego powrotu, na lądzie, gdzie wypłacano zakontraktowaną część. To w tym momencie dobrze zarabiający pirat stawał się majętny. Jak bardzo majętny? Przeciętny rejs zapewniał mu bezpieczną emeryturę. Dla niego, dzieci i wnuków. Taka wygrana w totka, tylko że bardziej. Znana przypowieść mówi o francuskim piracie, kapitanie z biednej rodziny, który niedawno wrócił z wielkiej wyprawy korsarskiej z równie wielkimi sukcesami. Poprosił o rękę córkę wielkiego arystokraty wywodzącego się ze środowisk królewskich. Ojciec zgodził się, pod warunkiem że wniesie posag. Kapitan zaoferował trzy miliony liwrów, na co otrzymał odpowiedź, że ma to być osiem milionów liwrów. Kapitan odparł „zgoda”, wypłynął na kolejną wyprawę trwającą dwa lata i wrócił z żądaną gotówką. Za tę kwotę można było wówczas kupić całe miasteczko z ziemią, ludźmi, końmi, fabrykami...



--
I am the law!
oiko
oiko Superbojowniczka od 22 stycznia 2010 | Livorno
2020-03-01 16:53:59 Zgłoś
:shameus
Ja się ostatnio dowiedziałam, że piraci nosili złote kolczyki po to, żeby w przypadku śmierci na trumnę i pogrzeb było

--
https://www.facebook.com/lunaefragmenta/?ref=bookmarks
Shameus
Shameus Bojownik od 20 lipca 2012 | MegaCity One
2020-03-01 17:01:56 Zgłoś
tak było - też o tym napiszę


--
I am the law!
lujeran
lujeran exSuperbojownik od 29 lipca 2004 | Kotenhafen
2020-03-01 17:43:48 Zgłoś
Była kiedyś taka książka "Historia najsłynniejszych piratów, ich zbrodnicze wyczyny i rabunki" napisana przez jakiegoś kapitana Johnsona w XVIII wieku. "Jakiegoś", bo ponoć pod tym pseudonimem krył się Daniel Defoe.
Rzecz o tyle wartościowa, że pisana w czasie kiedy te sprawy były jeszcze "żywe". Warto zajrzeć.

--
https://www.youtube.com/watch?v=o9YLVfbHHOU
idolzbaru
idolzbaru Bojownik od 31 stycznia 2006 | Katowice/Grodziec
2020-03-01 17:53:33 Zgłoś
Był jeszcze William Dampier

--
maroo9
maroo9 Superbojownik od 10 maja 2003 | Co chwilę gdzie indziej, głównie w Niderlandii :)
2020-03-01 18:36:38 Zgłoś

Hmmm... to chyba dobry czas, żeby znowu Risena zainstalować .

--
Z bycia osłem - już wyrosłem. :)
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Nathalie Superbojowniczka od 12 grudnia 2003 | tam gdzie ropa i kowboje | GG: 1474865
2020-03-01 19:01:40 Zgłoś
Eh, człowiek sobie wyobraża bitwy morskie, pojedynki na pokładzie i tajne mapy a tu inwestorzy, księgowi, ubezpieczenia i papierologia ;)

A tak poza tym - na główną to

--
"I'm afraid you've become mad with power," "Of course I am! Have you ever tried to go mad without power? It's boring. No one listens to you!" - Simpsons, The Movie
Wooster
Wooster Superbojownik od 15 kwietnia 2004
2020-03-01 19:05:50 Zgłoś
..
Ostatnio edytowany: 2020-03-01 19:07:31

--
somsiad
somsiad Superbojownik od 10 kwietnia 2002 | Pacanova
2020-03-01 19:28:19 Zgłoś

--
Tango Alpha Xray Alpha Tango India Oscar November India Sierra Tango Hotel Echo Foxtrot Tango
Peppone
Peppone Nowy Ruski od 19 marca 2003 | Warszawa
2020-03-01 19:46:17 Zgłoś
Aż mi się "Karaibska Krucjata" Marcina Mortki przypomniała. Lekko, sprawnie napisana opowieść piracka, inspirowana, jak sądzę, sesją RPG. Klimatyczna, w sam raz doprawiona szczyptą magii.


--
Pracuj u podstaw. Zaminuj fundamenty systemu. Wszelkie prawa do treści wrzutów zastrzeżone
Nie namawiam do łamania prawa. Namawiam do zmiany konstytucji tak, aby pewne czyny stały się legalne.
Gogosiek
Gogosiek Superbojowniczka od 27 sierpnia 2011
2020-03-01 19:58:07 Zgłoś
Świetnie się czyta, tylko jak dla mnie trochę za dużo politycznych wstawek

--
"Raz się żyje! Na szczęście..."
Cieciu
Cieciu Bułgarski Łącznik od 1 września 2004 | Warszawa | GG: ...
2020-03-01 20:07:05 Zgłoś
, cudna jest ta książka

--
Kosovo je Srce Srbije !! "Ovo je ovde Balkan mirisni cvet totalno nerazumljiv za ceo svet" Folklor, legendy i historia Bułgarii. Po mojemu.
tomasz35
tomasz35 Jankes od 1 kwietnia 2003 | chicagoland | GG: 7554452
2020-03-01 20:18:54 Zgłoś

Tylko może trzeba było bardziej uwypuklić różnicę pomiędzy kaprami, korsarzami, a piratami



ps. a nawiasem - chyba ju sporo ludzi tutaj rzyga politpostami
Ostatnio edytowany: 2020-03-01 20:19:12

--
Brązowe noski są na świecie :)
lukashero
lukashero Fejk od 21 marca 2003 | dokladnie 222 km od Swinoujscia.na polnocn.
2020-03-01 22:40:00 Zgłoś
fajne

--
Lepiej spróbowac, niz nie spróbowac i żałować.
brood_k
brood_k Superbojownik od 11 marca 2010 | Poznań
2020-03-02 13:55:16 Zgłoś
O takie hape nic nie robiłem. Na główną od razu!

--
Kwartet ProForma
Sensoria
BKD
Shameus
Shameus Bojownik od 20 lipca 2012 | MegaCity One
2020-03-14 20:10:16 Zgłoś
Część II:

https://joemonster.org/phorum/read.php?f=15&t=2678806

--
I am the law!
Forum > Hyde Park V > O piratach słów kilka – część I
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj