<< >> wszystkie blogi

Skiosku&Pokiosku

bo rzeczywistość jest bardziej od fikcji, nawet ta pokioskowa

Niedoładowana

2015-01-09 09:06:00 · Skomentuj
Pani po sześćdziesiątce, niemłoda już, ale jeszcze nie taka znowu stara, żeby wiekiem usprawiedliwiać to, co zrobiła.
- Daj mnie pani doładowanie do Playa za 10.
Kładzie obok drukarki telefon, zaczyna grzebać w torebce.
Drukuję, kładę na bilonownicę, czekam.
Pani grzebie w torebce, zakłada okulary, wyciąga portfel, otwiera, kładzie pieniądze, zamyka portfel, zabiera wydruk z doładowaniem, zabiera telefon, chowa okulary i wychodzi.
Następnego dnia przychodzi niezadowolona.
- Jak mnie pani to doładowanie dała, że ja dalej nic na koncie nie mam?! Jakieś zepsute było!
- A to mi się jeszcze nie zdarzyło, ale proszę przynieść, zareklamujemy.
- Wyrzuciłam. Daj mnie pani jeszcze raz za dziesięć.
Kolejność czynności dokładnie jak wyżej, z tym, że zamiast wyjść, klientka bierze telefon do ręki i dzwoni. Patrzy na mnie i znów pretensje:
- To też nie działa! Pani tu nie powinno być, pani mnie oszukała! Oddawaj pieniądze!!!
- Chwileczkę, o co chodzi? Sprzedałam pani doładowanie za 10 zł, a pani nawet nie doładowała telefonu.
- Ja nie doładowałam?! To pani mnie nie doładowała! Przecieżem położyła telefon, jak należy.
Tu złapałam zawias, ale uśmiech na twarzy chłopaka stojącego za Niedoładowaną skierował moje myślenie na te rzadziej odwiedzane, niekonwencjonalne i absurdalne ścieżki.
- Proszę pani, to jest zwyczajne nieporozumienie. Ja sprzedaję kod doładowujący, a pani musi go wpisać w telefon, bo tak to działa. To, że mi pani położy telefon koło drukarki w żaden sposób nie doładuje pani konta.
Klientka nie spuszcza z tonu:
- Co mnie pani pierdoły opowiada?! Ja tu tak zawsze robię i telefon jest doładowany! Ten pan to umie takie rzeczy, a pani jest oszustka!
Zabrała telefon, doładowanie i wyszła trzaskając drzwiami.

Następnego dnia, kiedy opowiedziałam szefowi tę historię powiedział, że wie, o którą klientkę chodzi i że zawsze tej pani doładowuje telefon sam, kiedy ona grzebie w torebce w poszukiwaniu okularów i portfela. Kiedy przyszła do kiosku pierwszy raz, była z córką, która poprosiła o pomoc niedowidzącej mimo okularów mamie. Ot, i cała magia!

Palacz

2015-01-02 22:58:00 · 2 komentarze
- Poproszę tytoń Chesterfielda za 5,50, bletki i filterki. A, i jeszcze zapalniczkę do tego. Jakąś tanią,
- Zapalniczkę mam za 3,59. Będzie?
- Za ile?! Nie, no za droga.
- Dać panu pudełko zapałek?
- Nie, dziękuję, zapałki są niezdrowe. Mają tę, no... siarkę. I jak się człowiek zaciągnie od takiej dopiero co zapalonej, to jest niezdrowo dla płuc.

Czepek

2014-12-31 19:14:00 · 2 komentarze
Nie potrafię sobie przypomnieć, jak ta babka wyglądała, bo zapamiętałam jedno: czepek na głowie. Taki, jakich dzisiaj nikt już nie nosi, bo moda na nie umarła wraz z siostrami Brontë. Poza tym ubrana normalnie, babina jakich pełno, płaszcz koloru nieokreślonego, szalik jakiś pewnie mieć musiała - nie przypomnę sobie. Na zapleczu do domu zbiera się szef, który zerka na oczepioną klientkę ze źle skrywanym zdziwieniem, rozbawieniem.
Twarz spod czepka pyta, po ile ta kartka świąteczna, bo może w przecenie, skoro już po świętach, to on by na przyszły rok kupiła.
Jako że nie zapamiętuję cen wszystkich towarów, które znajdują się na stanie, bo nie mam takiego obowiązku, uprzejmie proszę (na tyle uprzejmie, na ile moje szeroko otwarte oczy i opadająca ze zdziwienia szczęka mi pozwalają), żeby kartkę podała, to sprawdzę cenę czytnikiem.
- Pani nie zna cen towarów? Jak to?
- Widzi pani, ile tu jest tych kartek, są od różnych producentów, nie mają tej samej ceny, więc nie wiem, ile ta konkretna kosztuje. Zawsze mogę sprawdzić, jeśli pani pozwoli.
- Ale to jest jakieś nieporozumienie, że pani tu pracuje! To jest skandal!
W tym momencie przed panią staje szef i pyta, co się pani nie spodobało. Ta tłumaczy mu, o co chodzi (wiem, że dobrze słyszał i widzę, jak próbuje patrzeć jej w oczy, a nie na dziwaczne nakrycie głowy, bawi mnie to jak cholera!).
- Ja też nie wiem, ile ta kartka kosztuje. Nikt tu tego nie musi wiedzieć, ceny są do sprawdzenia, tak jak pracownica pani powiedziała. Jeśli jest pani zainteresowana kupieniem, proszę podać kartkę, a jeśli nie, to poproszę następną osobę w kolejce, bo się coraz dłuższa robi.
- Ale to jest...
Szef nie dał jej dokończyć:
- Czy pani wie, co pani ma w torebce i ile co kosztowało?
Konsternacja czepialskiej trwa sekundę, bo odparowuje:
- Ja nie muszę. Mam demencję!
I odmaszerowała. Z kartką w dłoni, którą to zdobycz odebrał jej szef tuż przy drzwiach. Od kiedy demencja upoważnia do kradzieży?

Mąż swojej żony

2014-12-22 22:45:00 · 2 komentarze
Weszli trzaskając drzwiami. Typowa para małżeńska po sześćdziesiątce, tacy Janusze, jakich pełno. On obładowany siatkami, wyraźnie zmęczony; ona wprost od fryzjera i kosmetyczki - czarne resztki z przyciętej grzywki przylepiły jej się do mocno upudrowanej twarzy, koło ucha straszyła źle zmyta farba do włosów, a w dłoniach ze świeżo pomalowanymi na krwisty kolor paznokciami ostrożnie trzymała małą torebkę).
Ona podchodzi do stojaka z kartkami świątecznymi i przebiera głośno komentując, która kartka dla kogo. Obsługując innych klientów słyszę strzępki zdań: "...bo lubi małe dzieci, to ten Jezusek...", "...nie ma śniegu, to chociaż na kartce niech będzie...", "w zeszłym roku nam wysłali podobną, to chyba lubią...".
On w tym czasie stawia siatki na podłodze, przeciąga się i jestem pewna, że przytakuje nawet nie słuchając.
W końcu ona daje mu wybrane kartki do ręki z poleceniem:
- Zapłać.
Doczłapał do lady, kupił, wrócił, bez słowa oddał. Podniósł wszystkie siatki z podłogi oprócz jednej, obrócił się, puścił do mnie oko, ona otworzyła drzwi i wyszli. Po chwili wrócił. Postawił siatki, zerknął za okno, na drzwi i zza pazuchy wyciągnął malutką butelczynę czystej. Uniósł do góry w moją stronę i mocno pociągnął. Zakręcił, schował, wziął tym razem wszystkie siatki w ręce i wychodząc rzucił:
- Sekret udanych świąt!

Przedświąteczni kilenci

2014-12-21 12:22:00 · 1 komentarz
- Ma pani płytę na święta?
- Chodzi pani o kolędy?
- Nie, kolędy są stare, mnie chodzi o te, no... kristmassongi! Najlepiej karaoke!

- Proszę mi powiedzieć, jak państwo macie otwarte w święta
- Dwudziestego czwartego będzie otwarte do czternastej, w sobotę i niedzielę to już normalnie.
- A w drugi dzień świąt?
- Nie pracujemy w drugi dzień świąt.
- Na pewno?
- Na pewno.
- To dobrze. Bo wie pani, brat przyjeżdża z rodziną, znaczy z córką. A ta córka przywiezie narzeczonego i myśmy go chcieli sprawdzić, ile on potrafi wypić. Jak będzie trzymał fason, to się może żenić. Tylko że ja się martwię, żeby on z nami nie zagrał nieczysto i nie naszprycował się tabletkami od bólu głowy, tych młodzieżowych napojów z bykiem nie napił, pani wie, o czym mówię. To zamknięte. To dobrze. Najbliżej to by musiał jechać autem, a przecież nie wsiądzie za kółko.

- Ma pani coś dla Mikołaja?
- Nie rozumiem.
- No za Mikołaja się muszę przebrać.
- Niestety, nie.
- A co tu jest jeszcze otwarte o tej porze w pobliżu?
- Spożywczy na placu.
- Za daleko. Da mi pani dwie paczki chusteczek higienicznych, to brodę zrobię. I Papier kolorowy, taki z klejem, jak jest. I paczkę zapałek.
- Jak pan chce z tego brodę zrobić?
- Będę improwizował, a jak się nie spodoba, to ich podpalę!

Pani z reklamówką. Z reklamówki ostro kapie. Inny klient zwrócił jej uwagę: - Cieknie pani reklamówka.
- Bo tam karp jest kupiłam.
- Żywy?
- Nieee, martwy, ale tak się jeszcze ruszał, jak go do reklamówki pchali, że poprosiłam o trochę wody, bo jak on jeszcze żyje, to żeby się nie męczył.

Niezdecydowany

2014-12-16 15:33:00 · Skomentuj
Jako że początek nowego roku blisko, dostajemy kalendarze. Mnóstwo kalendarzy. Codziennie. Jakby Kolporter uważał, że tłumy klientów pytają tylko o kalendarze i kupują po kilka na raz. Jest więc w czym wybierać.
Pan pod sześćdziesiątkę, zwyczajny taki.
- Dzień dobry. Macie kalendarze?
(Nie, kurwa, to co zalega na całym sklepie to jakieś karteczki z liczbami, a menadżer miał kaprys je nam wcisnąć, nie są na sprzedaż i nie wyglądają jak kalendarze!)
- Oczywiście. Jakiego pan szuka? Ściennego, kieszonkowego, a może na biurko?
- Wie pani, ja nie wiem. Pani mi pokaże, co ma, to wybiorę.
Wychodzę naprzeciw potrzebom klienta, znaczy zza lady i wskazuję dłonią (nie palcem - zgodnie z zaleceniami menadżera) kalendarze. Po tym tańcu wracam na miejsce czekając na werdykt jury.
Cisza.
- Dobrze. Może pomogę panu podjąć decyzję. Do czego będzie pan używał tego kalendarza?
- Do sprawdzania daty.
- No tak, głupio się pytam. Będzie pan nosił ten kalendarz ze sobą, czy raczej będzie go potrzebował tylko w domu?
- W domu.
- Na ścianę czy na biurko?
- Nie mam biurka, co pani. Na ścianę. W kuchni.
- Lubi pan codziennie zdzierać karteczki czy woli pan widok całego miesiąca?
- Dawno nie miałem takiego na zdzieranie. Może być taki.
- Więc zostają nam te, o, tu.
Na stojaku wywalone: Rodzinny, Familijny (oprócz obrazka na okładce niczym się nie różnią), Zielarza, Ogrodnika i Działkowca (jak poprzednie), Urody, Katolika, Kulinarny i Kuchenny (znów brak różnic).
Klient znów zastygł w bezruchu.
- Za duży wybór pani ma.
- Czym pan się na co dzień zajmuje? Które tematy z tych tu pana interesują?
- Mam rodzinę, działkę, lubię, jak mi żona dobrze zgotuje i chodzę do kościoła. Ale do kościoła to nie codziennie, tylko w niedzielę, to ten odpada. I Zielarza też.
Widzę, że panu idzie coraz lepiej, a że wszedł kolejny klient, zostawiam Niezdecydowanego przed stojakiem.
Zerkam na niego obsługując kolejną osobę, i kolejną, i kolejną...
W końcu podszedł do kasy. Z pustymi rękami.
- Ja sobie przypomniałem, że mam kalendarz w telefonie! A pani bardzo dziękuję. Do widzenia!
- Do widzenia. Co dla pani?
- Chciałabym kupić kalendarz, tylko jeszcze nie wiem, jaki...

Poeta

2014-12-10 21:30:00 · 5 komentarzy
Pan Żul, mocno sponiewierany, z tym rodzajem błysku w oku, który świadczy o tym, że to, co teraz usłyszę, będzie dowcipne.
- Kierowniczko, ja broń Boże na wino!
- Tak?
- A tak. Ja się kocham w literaturze.
- W literaturze?
- W poezji. Zwłaszcza w poezji.
- Acha.
- No. I ja jestem takim początkującym poetą, a poeta, wiadomo, żeby był dobrym poetą, musi mieć w życiu przesrane, nie? I ja mam.
- Nooo... nie rozumiem. Wiersz mi pan zadeklamuje czy jak?
- Ale skąd! Ja taki początkujący jestem, że żadnego jeszcze nie napisałem. Ale jak napiszę... Jak napiszę...
- To mi pan przeczyta?
- A jak nie dożyję?
- A czemu pan ma nie dożyć?
- Bo ja mam w życiu przesrane, już mówiłem.
- A jakaś konkluzja będzie z tej naszej rozmowy?
- Kierowniczko, poratuje pani ludzkość i zainwestuje w literaturę? Złotówkę chociaaaż...

Nie poratowałam. Jeszcze by mu ta złotówka poprawiła standard życiowy i nie napisałby żadnego wiersza. Ja się na mecenasa sztuki nie nadaję.

Pan Żul

2014-12-07 18:19:00 · Skomentuj
Się dowiedziałam, że jednak niedobra jestem; pewnie dlatego Mikołaj niczego mi nie przyniósł.
Niedziela, więc kończę o 14, teoretycznie. Praktycznie o 13.50 przyszedł zamotany facet kserować dokumenty, bo jutro rozprawa. Czytam, ważne rzeczy, ma facet przesrane, to zostanę dłużej, co tam. W nagrodę poczuję się lepszym człowiekiem.
Była 14.25, zmywałam podłogę, kiedy do kiosku wszurał się Pan Żul. Kasa zamknięta, rozliczona, dzień zamknięty, utarg spakowany, światła pogaszone, a ja uroczo mopem wywijam, ale co tam, nie zawadzi zapytać:
- Pani kierowniczko, papierosy najtańsze jakie pani ma?
- Niczego już panu nie sprzedam, mnie tu nie ma już od prawie pół godziny.
- Pani sprzeeeda, ja w potrzebie jestem.
- Pan nie rozumie, ja już wychodzę, tylko podłogę skończę zmywać.
- Nie pomoże mi pani?
-Niestety. Przykro mi.
- O ty kurwo niedobra!!! - zaczął Pan Żul, a ja skończyłam zmywać, zamknęłam drzwi i poszłam do domu. Rzucał jeszcze różnymi kwiatkami, jak dziewczynka na Boże Ciało, ale nie reagowałam. To był męczący weekend.

Kuchareczka

2014-12-06 22:08:00 · Skomentuj
Stała klientka, która codziennie po coś przychodzi, czasem nawet bez pretekstu. Mieszka w kamienicy obok. Z mężem. Późno wyszła za mąż, a że mieszkała z matką, jakoś tak wyszło, że nie nauczyła się gotować. Teraz nadrabia zaległości przeglądając wszelkiego rodzaju Przyślij-przepisy, Przepisy-czytelników i inną tego rodzaju makulaturę kulinarną. Przyszła do mnie z rana i pochwaliła się zakupami:
- Tu obok kupiłam płucka, te są świeże, pani powącha.
Nie wącham. Nie znoszę podrobów.
- Kupuję codziennie.
- Ale... ale że płucka codziennie?
- Tak. Mój lubi pierogi z płuckami, a to się tak łatwo robi.
- No, skoro lubi... Codziennie? Od jak dawna?
- A od poniedziałku. Tak mu posmakowały, się ucieszyłam i mu powiedziałam, że będzie jadł, ile będzie chciał, a potem mam fajny przepis na cielęcinę w galarecie, co ją już raz robiłam.
Po południu przychodzi jej mąż. Rozgląda się, wyraźnie czeka, aż zostanie ze mną w sklepie sam.
- Mogę w czymś pomóc?
- Moja tu była, gadała z panią.
- Tak. Jak tam pierożki z płuckami? Tym razem równie smaczne, czy z dnia na dzień smaczniejsze żona robi?
- Ja właśnie w tej sprawie. Pani jej powie, żeby przestała. Ja już nie mogę.
- Nie rozumiem. Niech pan jej powie...
- Nie umiem. Będzie smutna, a potem zrobi tę, no... cielęcinę, wstrętną taką, łe! Niech jej pani coś podrzuci, przepis jakiś, to może się przestanę telepać, jak ona fartuch w kuchni zakłada.
I poszedł. Zastanawiam się, co by tu jej pokazać, kiedy przyjdzie w poniedziałek, bo jutro... Jutro dobrego męża czekają pierogi z płuckami.

Zapominalski

2014-12-02 22:39:00 · Skomentuj
Na pewno przed trzydziestką. Dziwny, chaotyczny typ. Za rękę prowadził dziecko, chłopca, ja bym mu dała dwa latka, nie więcej. Wolniutko weszli, niespiesznie się rozglądają. Mały podszedł do lady z napojami i wytargał Kubusia. Zaniósł go tacie. Tata zapłacił za napój, za dużego lotka i poprosił dwa bilety do strefy miejsko - podmiejskiej, jeden normalny i jeden ulgowy. Po czym... wyszedł. Sam. Mały zajęty piciem patrzył za nim i nie reagował. Za drzwiami zobaczyłam zaparkowany samochód na awaryjnych, tu nie wolno się zatrzymywać, ale ludzie i tak to robią. Pomyślałam więc, że poszedł do tego samochodu i zaraz wróci, skoro Mały tak spokojnie stoi. I stoi. I stoi. Całkiem sporo już wypił, zamknął butelkę, popatrzył na mnie i stoi.
- A twój tata to gdzie się podział?
Mały popatrzył i stoi, jak stał. Kurczę, nie wiem. Inne dziecko by się zaniepokoiło, nawet wpadło w histerię, że go tak rodzic opuścił, a ten nic. Co jest?! Zanim zdążyłam pomyśleć, co tu robić, drzwi otwiera rzeczony tata:
- ...zusmaria, dziecka zapomniałem. Chodź! Idziemy!
Mały podał mu rączkę i wolniutko, wolniutko wyszli. Po reakcji synka wnioskuję, że to nie był pierwszy raz.

Autor
O blogu
  • Kilka lat temu pracowałam na pół etatu w kiosku, a że ludzie są różne - przekonuję się o tym do dziś
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
Statsy bloga
  • Postów: 99
  • Komentarzy: 106
  • Odsłon: 66505

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi