<< >> wszystkie blogi

Skiosku&Pokiosku

bo rzeczywistość jest bardziej od fikcji, nawet ta pokioskowa

Rogacz

2015-03-03 13:56:00 · 3 komentarze
- Tata, ja chcę te cukierki!
- Które?
- Te o! - wskazuje palcem na prezerwatywy.
- To nie są cukierki.
- Jak nie są?! Mama takie ma!
- Mama? Gdzie?
- W torebce, jak szukałam chusteczek to znalazłam. I mi nie chciała dać!
- Takie? Na pewno?
- Tak. Takie z panią. Kupisz mi?
- Takich ci nie kupię. Wybierz inne.
Unikałam jego wzroku tak długo, jak się dało. Kiedy płacił, trzęsły mu się ręce, twarz miał czerwoną, a zęby zaciśnięte. Córeczka wyszła niezadowolona z paczką mentosów, przekonana, że "te z panią" na pewno są smaczniejsze.

Mamusie

2015-02-22 21:37:00 · 2 komentarze
Jako że praca w kiosku jest moim zajęciem dodatkowym, pracuję tam między 16.00 a 20.00. Pracuję też co drugi weekend przez cały dzień. Niektórzy stali klienci zdążyli się przyzwyczaić do tego rytmu.
W tę sobotę, gdzieś koło południa odwiedziła mnie matka trojaczków, jedna ze stałych klientek. Dwie dziewczynki i chłopiec mają prawie dwa latka i niespożyte pokłady energii oraz dorównującą im ciekawość, której towarzyszy niezwykła wręcz pomysłowość. Ojciec wesołej gromadki zarabia na pieluchy za granicą, więc mama zdana jest na siebie (o bliższej lub dalszej rodzinie jak dotąd nie słyszałam). Zamotana weszła z podwójnym wózkiem (i dwojgiem pasażerów) oraz jednym z trójki na ręku, zaparkowała, postawiła malucha na podłodze i powiedziała:
- Dobry wieczór.
- Dzień dobry. Czemu pani tak...
- O matko! Pani zawsze wieczorami, no to pewnie wieczór, myślę, a jeszcze obiadu nie było!
Pośmiałyśmy się z tego i czas naszej pogawędki wystarczył, by jedno z dzieci zdążyło rozpakować i zaczęło wchłaniać gumkę z ołówka.

Wdowa, matka nastoletniego jedynaka. Zachodzi z synem do kiosku wracając z cmentarza co niedziela. Ma dziwny sposób mówienia do swego dziecka, czego nie da się nie zauważyć.
- Czy kupię u pani długopis?
- Tak. Niebieski czy czarny?
- Czarny poproszę.
I zwracając się do chłopaka:
- Widziś? I tejaś mamusia będzie mogła jobić pisiu-pisiu!

Staruszek z zapałkami

2015-02-18 11:34:00 · 1 komentarz
Śmierdzi, ale nie alkoholem, nie tytoniem, tylko brudem, potem, moczem, bo ja wiem, czym jeszcze? Wygląda jak żul, kumpluje się z żulami, ale nie pije. Fenomen. Ma stare ubrania, które kiedyś musiały być drogie. Nosi długie włosy i brodę, którą najwyraźniej sam niedbale przystrzyga nożyczkami. Jest cichy i kulturalny.
Kupuje codziennie tylko zapałki. Kilka paczek. Na pytanie, które odważyłam się w końcu zadać: po co mu te zapałki, odpowiedział:
- Mam mieszkanie. Płacę czynsz. Ale wodę, światło i gaz dawno mi odcięli. Co trzeba, zrobię przed zmrokiem. Jak jest ciemno, zapalam zapałkę i sobie świecę pod nogi. Tyle mi wystarczy.
- Czemu pan nie zapali świeczki?
- Bo jeszcze nie umarłem! Nie mieszkam na cmentarzu.
Ludzi, którzy go znają mówią, że jest zbyt dumny, żeby pójść do opieki społecznej, albo poprosić swoje dzieci o pomoc.
Wczoraj kupiłam mu zapalniczkę. Nie podziękował. Za to po raz pierwszy spojrzał mi prosto w oczy i wyszedł.

Malkontent

2015-02-14 23:04:00 · 1 komentarz
Przychodzi co jakiś czas nie wiadomo, po co. Minę ma taką, jakby mu ciągle życie gównem śmierdziało. Zawsze coś skrytykuje, niezależnie po co przyszedł. A to program telewizyjny za drogi:
- Dwa złote! Dwa złote! Ja się pytam, tam takie ciekawe rzeczy, żeby ten papier tyle kosztował uczciwego człowieka?! I jeszcze ten chwyt, że tylko złoty dziewięćdziesiąt dziewięć. I tak mi pani pewnie grosza nie wyda. Wy tak zawsze: grosika będę winna!
A to kartka urodzinowa bez życzeń:
- Jak kupowałem, to nie pozwoliła mi pani zajrzeć. Ja myślałem, że tam są gotowe życzenia. Tyle czasu musiałem zmarnować, żeby te życzenia tam napisać! A ja bazgrzę, jak kura pazurem!
A to papierosy podrożały:
- Co to za kraj?! Nasi rządzący się karmią rakiem zwyczajnych ludzi! I po co ta akcyza większa? Byśmy wszyscy wyzdychali, by mieli spokój!
Tym razem poszło o zdrapki. Totalizator wypuścił nowe zdrapki za złotówkę o wdzięcznej nazwie "Kocham Cię". Taką też zdrapkę kupiła klientka, która stała sobie w kąciku i drapała, gdy wszedł Malkontent.
Rzucił okiem na zdrapkę, zapytał o nią i zaczął:
- To dziadostwo jest straszne, te zdrapki! Tu nie idzie wygrać! Po co to pieniądze tracić, to ja nie wiem. Przecież logiczne, że jak coś kosztuje tylko złotówkę, to więcej, jak złotówki nie wygram. No, niech mi pani da taką jedną zdrapkę, niech ja też przegram, stracę te pieniądze!
I kupił. I drapaniu towarzyszy narzekanie. I obsługując kolejnego klienta słyszę, że narzekanie cichnie. Podchodzi do mnie milcząc, podaje zdrapkę.
Zdrapał 15 zł. Wypłaciłam. Cichutko wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

Amant

2015-02-14 22:50:00 · 1 komentarz
Pan z pewnością bliżej 80-tki, a może tylko papierosy i niezdrowy tryb życia zniszczyły mu wygląd. Przyszedł zagrać w totka, a że dawno nie grał, wypytywał długo i szczegółowo. Na koniec sypnął żarcikiem o czarującej obsłudze (nie przytoczę tego żartu, zwyczajnie nie pamiętam). Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Wtedy się cofnął, chwycił za serce i krzyknął:
- Pani jest taka piękna! Pani ma uśmiech, jak moja Basia nieboszczka!
Najpierw się przestraszyłam, że mi tu na zawał schodzi, a uspokojona tym wyznaniem powiedziałam uśmiechając się jeszcze szerzej:
- Dziękuję.
A Amant dodał równie zachwycony, co przed chwilą:
- Też takie krzywe zęby miała! Toczka w toczkę jak pani!

Menażeria

2015-02-08 22:24:00 · 1 komentarz
Tytułem wstępu wyjaśnienie: szef wziął urlop i pracowałam w tym tygodniu codziennie od 6.00 do 20.00. Miałam więc sporo okazji do podziwiania różnorodnych egzemplarzy ludzkiego świata. A było co podziwiać!

- Jednego za cztery mi pani da i jeszcze stary chciał te.. no... gluty do papierosów.
- Co takiego?
- No, takie te papierowe gluty.
Oczywiście chodziło o gilzy.

Codziennie o 16.00 zamykałam kiosk na kilka minut, żeby pójść z utargiem do pobliskiego banku. Zwykle robi to szef, kiedy ja przychodzę do pracy. Tym razem poraziło mnie, co pewna stała klientka ma między uszami.
- Dlaczego pani zamyka?
- Idę do banku, zaraz wracam.
- A pan Piotrek nigdy nie zamyka.
- Tak, nie zamyka, bo gdy on idzie do banku, to ja już jestem w pracy.
- No. A pani zamyka.
- Tak, zamykam, bo nie ma mnie kto zastąpić.
- A pan Piotrek nigdy nie zamyka, nawet jak idzie do banku.
- Nie musi zamykać, bo ja wtedy pracuję, już pani mówiłam.
- Pani tak nie może zamykać. Ja z nim porozmawiam! Pan Piotrek nigdy nie zamyka!

Pstrokata papuga po czterdziestce.
- Proszę mi dać farbę do włosów w kolorze najbardziej zbliżonym do lisiego futra. Tylko żeby była taka ognisssta!
- Nie mamy chemii, proszę pani.
- Nie? To źle. Powinniście mieć. Pani by się przydało te nijakie włosy zafarbować, bo to, co pani ma na głowie jest okropne!
- Dlaczego mi pani nie da wygrać? Pani mi przynosi pecha. Niech się pani postara bardziej, bo ja tu przestanę przychodzić i stracicie klienta!
- Czemu pani się zamyka?
- Chcę zjeść obiad na zapleczu.
- To nie może pani obsługiwać i jeść?
Następnego dnia jadłam przy klientach.
- Czemu pani przy klientach je? Trzeba się na zapleczu napychać, a nie tak...
Nie dogodzi nikomu!
- Chciałem zapłacić rachunek.
- Proszę bardzo.
I zagląda mi w ekran. Patrzę pytającym wzrokiem.
- No co! Muszę widzieć, czy mi się pani do konta bankowego nie włamuje. Hakerzy są wszędzie!

Wnuczek

2015-02-08 22:13:00 · Skomentuj
Chłopiec, na oko pięcioletni i jego babcia.
- Babciubabciubabciubabciu! Baaabciu, co ty tam robisz, ja chcę zobaczyć.
- Cicho. Totka skreślam, żebyś miał na zabawki i te... gazetki.
- Baaabciu, ja też chcę.
- Ty nawet nie wiesz, jak to się robi, a za nami kolejka, teraz ci nie wytłumaczę. Kiedy indziej.
Mały nie przestaje mantrować "babciubabciubabciu", co wyraźnie irytuje stojących w kolejce. Po cichu podaję chłopcu kupon z ołówkiem i mówię, co ma zrobić. Zajęło mi to kilka sekund, a chłopiec ucichł.
Babcia podaje swój kupon, chłopiec też i po chwili patrzenia jej błagalnie w oczy wygrywa: babcia płaci za jego skreślenia. Mały wypalił:
- Jak wygram, to nie będzie pani musiała pracować, bo ja kupię ten cały kiosk i wszystkie zabawki, i wszystkie gazetki, i wszystkie batoniki będą moje!
Wróciła sama, w piątek rano. Mały trafił trójkę, a babcia - nic. Cóż, kiosku na razie nie kupi.

Chesterfield

2015-02-08 22:12:00 · Skomentuj
Starszy facet, raczej menel, ale z gatunku tych jeszcze kontaktowych, przychodził codziennie po dziesięciogramową paczkę tytoniu Chesterfielda. Przestał przychodzić i jakoś z początku nie zauważyłam. Myłam witrynę, gdy mnie zaczepił:
- Dzień dobry, pani kierowniczko! Trzeci tydzień nie palę, nie piję i patrz pani, jaki jestem teraz fajny! A świat jest piękny!
- Dzień dobry! Super, tak trzymać. A jak to się stało, że pan rzucił palenie? (Informację o piciu przemilczałam).
Tu usłyszałam historię, jak to mieszkał z bratem i ten brat zmarł "od nałogów" - jak on to ujął. Po pogrzebie było smutno pić samemu, to przestał. Jak nie pije, palić mu się nie chce. Ma za to dużo wolnego czasu, który spędza spacerując po całym mieście. Obliczył, że za zaoszczędzone na winie i tytoniu pieniądze może sobie sprawić wygodne buty, co też zrobił. Paradnie wyglądał w swoim "menelskim mundurze" i nowiutkich, bielusieńkich butach sportowych z bazaru. Trzymam za niego kciuki, żeby nie wrócił do dawnego sposobu na życie.

Narkoman

2015-01-29 22:23:00 · 1 komentarz
Kiosk, w którym pracuję stoi niedaleko kościoła, gdzie spotykają się różne grupy mniejszych i większych oszołomów. Są więc katolicy niedzielni, którzy raz w tygodniu grzecznie idą, stoją i wychodzą. Są katolicy codzienni, którzy każdego dnia powtarzają czynności tych niedzielnych. Są też katolicy totalni, których nieco się boję. Do tych ostatnich należy Narkoman.
Opowiedział mi kiedyś historię swojego życia, drukując ulotki nawołujące do prostowania ścieżek Pana, które to papierki rozdaje później przechodniom celem wątpliwie skutecznej ewangelizacji. Pochodzi z patologicznej rodziny, w szkole wpadł w nałóg, zaczął ćpać, trafił na odwyk, ćpanie zamienił na Miłość Jezusa. Codziennie gorliwie nawraca, czyli kręci się po ulicach, zaczepia ludzi i próbuje zagadywać o Zbawicielu. Wczoraj przyszedł drukować jakieś plakaty, pożyczył nożyczki, usiadł w kącie i zaczął wycinać. Był tak cicho, że zupełnie zapomniałam, że tam jest. Zaczęłam robić zwrot prasy i coś mi się nie zgadzało. Policzyłam ponownie - wszystko gra. Dla pewności policzyłam raz jeszcze i znów nie wyszło. Zwyczajnie i po ludzku rzuciłam "prostytutką" dla rozładowania napięcia, kiedy nagle go usłyszałam.
Narkoman zerwał się na równe nogi, niemal podbiegł do mnie i łapiąc za ramię zajrzał głęboko w oczy mówiąc:
- Czy wszystko w porządku?
- Tak, oczywiście. Bardzo przepraszam, zapomniałam, że pan tu jest. Po prostu coś mi się nie zgadza i...
- Pani cierpi! - nie pozwolił mi skończyć. - To demon!
- Pan przesadza. Jak pan skończył wycinanki, proszę oddać nożyczki.
Nożyczki oddał, pożegnał się i wyszedł. Wyszłam do toalety. Wracam, wchodzi stały klient:
- Niech się pani się zamyka, jak idzie na zaplecze, bo tu różne oszołomy chodzą wieczorami. Wchodzę, nikogo, a za drzwiami jakiś w kapturze stoi. To strach.
- Zaraz zobaczę, kto stoi i czemu.
Wyszłam po tablice reklamowe, które na noc zwijam do środka. Zerkam, stoi Narkoman.
- Czemu pan tu jeszcze stoi?
- Modlę się za pani duszę.
Tablice zwinęłam, skończyłam pracę, powiedziałam mu "Dobranoc" i poszłam do domu. Narkoman dalej stał pod sklepem. Może zostawiłam tam duszę? Muszę zapytać szefa, czy policzy mi to jako nadgodziny.

Kumulacyjno - weekendowi

2015-01-18 22:32:00 · 1 komentarz
Trzęsą mu się ręce, nie potrafię powiedzieć, czy to wina wieku czy specyfiku, który wchłonął jakiś czas temu, a którego opar drażni mi nos. Obsługuję więc na wdechu i staram się uwinąć.
- Żarówkę poproszę. Tylko taką do pokoju, nie do kuchni.
- Nie mam żarówek, proszę pana.
- A baterie masz?!
- Tak.
- To na chuj ci one, jak nie masz żarówek?!

Elegancki płaszcz, nieco brudne, ale drogie buty.
- Alkomat. Yyyy... Alkotest. Znaczy taki jednorazowy.
- Nie mamy takich w asortymencie.
- No taaak. A szkodaaa. Bo ja jutro i tak będę prowadził! I jak coś się stanie, to ja do gazet z tym pójdę, do telewizji, że to między innymi wina Kolportera!

Zwyczajny Janusz. Najzwyczajniejszy człowiek, który wszedł wprost z ulicy zwabiony magicznymi 23 milionami w totolotkowej kumulacji.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Czy pani jest dziewicą?
- Słucham?
- Nie przesłyszała się pani: pytałem, czy jest pani dziewicą.
- Toooo... prywatna sprawa, nie muszę panu odpowiadać, ale odpowiem, jak mi pan powie, czemu pan pyta.
Gość nie wyglądał na zainteresowanego moją osobą w jakiś szczególny sposób, a pytanie zadał, jakby mnie pytał o godzinę.
- Kiedyś mi wróżka wywróżyła, że zostanę milionerem z ręki dziewicy. I mnie dzisiaj olśniło! Idę tędy, patrzę na panią, taka młoda... Dodał człowiek dwa do dwóch i się człowiek zapytał. No i jak?
- Niestety, to nie o mnie ta wróżka mówiła.
- No nic, może innym razem.
I już wychodząc obraca się i pyta:
- A kto tu z panią jeszcze pracuje?
- Szef. I też nie jest dziewicą.

Moherowa babcia.
- Niech mnie pani rozmieni te 20 zł.
- Nie mogę, mam mało drobnych.
- No przecież tyle na tacę nie dam.
- To może niech pani z tacy weźmie resztę?
Kobieta się przeżegnała.
- Pani to chyba w kościele dawno nie była. By mi ludzie rękę odgryźli!

Dwie Turczynki.
- Do you speak English?
- How can I help you?
- Yyyy... tickets...
I podaje pendrive'a. Chyba bez znajomości angielskiego też by się dogadały z kimkolwiek innym, ale jak się okazało, zwiedziły cały Przemyśl w poszukiwaniu kogoś, kto wydrukuje im bilety i zna angielski. Gdzie ja mieszkam?!

Ksiądz.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Dzień dobry.
- Aaa - cha!
I wyszedł.

W sobotę wieczorem wszedł zapruty w pestkę. Stał, jak na kutrze rybackim w czasie sztormu. Nie znam się na skali Beauforta, ale sztorm był potężny! Podszedł do blatu i mrużąc jedno oko (na zmianę to prawe, to lewe) skreślił sześć liczb. Podał, sypnął monetą, zawinął blankiet i wyszedł.
Wrócił w niedzielę po południu.
- Dzień dobry! Trójkę mam! Trójczynę!
Nie poznałam go od razu, ale po chwili mnie oświeciło.
- Dzień dobry! Świetna wiadomość.
- Ja to skreślam zawsze te same liczby, ale wczoraj byłem trochę... zmęczony i skreśliłem jakieś inne. I trójkę mam! Trójczynę!
Cieszył się tą trójczyną, jak student po teoretycznie oblanym egzaminie. Mam nadzieję, że mu ta metoda nie wejdzie w krew.

Autor
O blogu
  • Kilka lat temu pracowałam na pół etatu w kiosku, a że ludzie są różne - przekonuję się o tym do dziś
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
Statsy bloga
  • Postów: 99
  • Komentarzy: 106
  • Odsłon: 66500

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi