<< >> wszystkie blogi

Skiosku&Pokiosku

bo rzeczywistość jest bardziej od fikcji, nawet ta pokioskowa

Zdyssskryminowany

2014-11-29 00:05:00 · 2 komentarze
- Pani da skarpetki. Męskie, białe.
- Nie mam skarpet.
- No męskie, mówię.
- Ale ja nie mam skarpet, proszę pana.
- No jak, widzę rajstopy pani ma.
- Mam. Ale skarpet nie mam.
- Dyssskryminacja! Baba se może kupić i założyć, a ja? Nic, niczego nie założę. Dyssskryminacja! To teraz mi pani powie, co ma pani takiego, dla równowagi, że sobie ja, że sobie mężczyzna może założyć, a kobieta nie?
- Prezerwatywy.

Zjarani

2014-11-26 21:17:00 · Skomentuj
Przyszli we dwóch, na oko po 19-21 lat, Kudłaty i Kaptur. Weszli i stoją. Prószył śnieg, więc mieli nieco mokre ubrania. Kapturowi na... kapturze śnieżek szybko stopniał, Kudłatemu na czerepie został. Stoją i się na siebie patrzą i cieszą obaj zmarznięte mordy, sama nie wiem czemu. Nagle Kaptur podchodzi do Kudłatego i zaczyna go lizać po włosach, chociaż ten się wyrywa. Chichoczą przy tym obaj dalej. Stoję i się patrzę, jeszcze nie zauważyłam z jakiego powodu te śmieszki. Kiedy przestają się szamotać, Kaptur tłumaczy Kudłatemu, że cukier puder miał na włosach i oooch, jaki słodki! Kudłaty poprawia wylizany fryz i w końcu patrzy na mnie. Oczka. To już wiem.
- Heeej. Totolotka. Można?
- Jasne.
I to byłby koniec mojego kontaktu z przybyszami z planety blanta, bo wtedy obaj zauważyli ekran od Keno. Na takim ekranie, wyświetlają się numery kolejnych losowań. Co pięć minut. Takie żółto - czerwone piłeczki sobie skaczą ku uciesze lub frustracji grającego. I złapali zawias. Sobie stoją, ludzie wchodzą, coś kupują, puszczają zakłady, omijają ich, a te zaczarowane istoty sobie stoją. Strrrasznie bym chciała wiedzieć, co widzieli. Nie zauważyłam, kiedy wyszli, było trochę ruchu. A może nie wyszli? Może zamienili się w trochę za wesołe piłeczki?

Marcelu

2014-11-23 09:29:00 · Skomentuj
Późne popołudnie, a że pracuję od bladego świtu, jestem już trochę zmęczona. Wchodzi kobieta z kolczykami w kilku miejscach. Ja rozumiem ideę piercingu, ale babka miała kółeczko w policzku. Takie zwyczajne kółeczko, jakie mi za dzieciaka mama wkładała, żeby dziurki nie zarosły; takie do ucha raczej. Za nią wchodzi Marcelu (tak się do niego zwracała, tak o nim mówiła) na oko coś między 2 a 3 lata. Pędzi do półki z gazetkami dla dzieci, bierze do łapy Pingwiny z Madagaskaru i majtając nimi matce po dolnych kończynach zaczyna:
- Mama, pingwiny, mama, pingwiny... (w zasadzie tylko do tego ograniczała się jego wypowiedź, jak mantra normalnie czy coś).
Matka ignorując dźwięki wydawane przez progeniturę (natężenie wzrasta) kupuje fajki, paczkę gum i zmierza do wyjścia. I tu zaczyna się komedia.
- Marcelu, zostaw. Idziemy. - Skutek żaden. Tym razem zwraca się do mnie:
- Marcelu kocha pingwinki. - I uśmiech. Znów do syna, że wychodzimy, znów zero reakcji. Zaczyna wydzierać mu gazetkę z rąk, na co gówniarz reaguje wprost proporcjonalnym do siły wyciem. Zaczyna mnie to już mocno złościć, przed wejściem stoją ludzie, którzy nie mogą wejść, bo Marcelu i jego mama blokują wejście.
W końcu ktoś nie wytrzymał i krzyczy:
- Na ręce go pani bierze i wynosi, bo mnie się spieszy!
Babka posłusznie bierze go na ręce i w tej samej chwili Marcelu od razu cichnie i łapie rodzicielkę za kolczyka. Ta zaczyna krzyczeć i puszcza dzieciaka na ziemię, gdzie ten ląduje kolczykiem w łapie i z bananem na upiornym ryjku. Co było dalej nie wiem, ważne że poszli. Coś mi się zdaje, że ten chwyt Marcelu wykonał nie pierwszy raz.

Licytatorka

2014-11-21 23:43:00 · 2 komentarze
Babka pod sześćdziesiątkę, zadbana taka, tylko ta mina, jakby się kwaśnych jabłek najadła.
- Jednego za trzy mi pani da. Boże, kiedyś człowiek wygrywał coś, cokolwiek, a teraz? Ja pani mówię, oni tam spisek mają w totolotku, żeby uczciwy, biedny człowiek nawet trójki nie trafił. Specjalnie tak!
Tekst słyszę nie po raz pierwszy, więc wyrozumiale się uśmiecham i mówię:
- Nie pani jedna nie ma szczęścia.
- No co pani! Ja to jestem najbardziej pechowa. Nie dość, że nie wygrywam, to jeszcze pieniądze zgubiłam, portmonetkę znaczy.
- To przykre, naprawdę.
- I proszę mi to skserować, te wyniki, bo do lekarza muszę zanieść, to w kartotekę wsadzi i mi nie da. Powiem pani, że te wyniki badań, co je robiłam na wątrobę to jestem pewna, że też nie będą w porządku.
- Choruje pani na wątrobę? Moja babcia się leczyła na woreczek żółciowy, kamienie, te sprawy. Taki kamień miała, jak wisienka.
- Jak wisienka? To ja miałam operację, to mnie, proszę pani wyciągnęli trzy takie, rozumie pani, trzy takie, jak wisienki!
- Ojej, no...
I zaczynamy rozmawiać o zdrowiu. Za każdym razem, gdy coś powiem, Licytatorka mnie przelicytowuje, że ona więcej, gorzej, bardziej, a na pewno już straszniej.
W końcu wyszła, a ja sobie pomyślałam, że gdyby rozmawiała z kimś, kto ją przebije, byłaby bardzo nieszczęśliwa.

Skuteczny

2014-11-17 22:14:00 · 3 komentarze
Tak nazwałam chłopaka, lat na oko 10, który przez pięć dni z rzędu przychodził z co raz to inną osobą. Schemat był ten sam. Dorosły wchodził, rozglądał się, Skuteczny za nim nawijając o gazecie i/lub czasopiśmie, którym najwyraźniej zainteresował wcześniej dorosłego, pokazywał je i jakby od niechcenia wskazywał na puszkę z kartami z piłkarzami za 45 zeta, że o, jaka fajna. Cztery dni słyszał, że "za drooogo". Ze starszą panią przyszedł po kalendarz z JPII. Z matką po plotkarskie cieniewsy. Z ojcem po kilo krzyżówek. Z wujkiem po CKM-a. Na końcu przyszedł z sąsiadem, zalanym w pestkę, którego interesowałam ja. Jeszcze mnie nie zdążył poznać, rączki by ucałował, "no chyba że usteczka pani nadstawi, pani się nie gniewa, człowiek się troszkę tego, ja to fajny chłop jestem, lepiej żartować, jak chorować, ha ha".
Skuteczny, któremu nikt z dotąd przyprowadzonych w tym celu dorosłych pudełka z kartami nie kupił, wyczaił temat i dodaje:
- No, sąsiad fajny chłop, porządny, a jaki bogaty!
Rzeczony sąsiad portfel wyciąga i chcąc się pochwalić wypala:
- No, młody, to co ci kupić, hę?
Skutecznemu dwa razy nie trzeba było powtarzać, położył pudełko na ladę i prawie słyszałam, jak przestał oddychać. I tu miałam dylemat: podać głośno cenę, czy wydać z tej stówki, którą Sąsiad położył na tackę. Pomyślałam, że lepiej, jak dzieciak dostanie te karty, a chłop tych 45 zł nie przepije. Z uśmiechem wydałam resztę, Skuteczny porwał pudełko i wybiegł ze sklepu. Dobroczyńca wciągnął powietrze przez zęby, schował resztę, cicho się pożegnał i wyszedł lekko otrzeźwiony, a może tylko mi się tak zdawało. Ciekawe, na kogo wyrośnie Skuteczny?

Łysy

2014-11-14 22:09:00 · Skomentuj
Łysy jest niski i... łysy. Spokojny, smutny typ. Przychodzi wieczorem, często z psem, malutkim pekińczykiem. Zestaw codziennie ten sam:
- Małego i fajki.
Rzadko wygrywa. Psa lubię zaczepić, poczochrać. Podobno mało kto dostąpił tego zaszczytu, bo gadzina ludzi się boi, to jazgocze przy najmniejszej próbie głaskania. Mnie lubi. Wiem, że mi czasem Łysy w dekolt żurawia zapuszcza, jak się schylam, ale co tam, byleby ze smyczą przychodził, mam z tego przyjemność, niech on też ma z tego jakiś profit.
Najpierw wszedł Łysy, za nim inny klient. Łysy jak zawsze:
- Dobry wieczór. Małego i fajki.
Podaję, płaci, codzienna porcja pieszczot dla psa. Łysy się pożegnał, wyszedł. Kolej na gościa za nim.
- Ja też chcę małego.
Niezręczna cisza.
- Małego lotka bym chciał. Bo małego to ja mam dużego i nie chcę mieć małego, znaczy... Da mi pani?
Nie dam! Moja konsternacja. Załapałam po chwili.
- Wie pan co? Złoty dwadzieścia pięć i kończmy, bo to idzie w ciekawą stronę.
Wychodząc zaplątał się kurtką w klamkę.

Zabobonny

2014-11-13 18:27:00 · Skomentuj
Nie wiem, nawet nie śmiem się domyślać, z jakiej planety pochodzi. Nosi dziecięcą, dzianinową czapkę, której nie zdejmuje niezależnie od pory roku. Raz w tygodniu puszcza dużego lotka. Powiedział, że przychodzi tutaj, bo przy drzwiach wiszą dzwoneczki, które oczyszczają energię tego pomieszczenia. Dodatkowo ma dla niego znaczenie fakt, że jestem kobietą. No i że maszynka stoi po mojej lewej, czyli lewą ręką wrzucam to, co przyniesie.
Kiedy użyłam raz prawej ręki, zbulwersowany wykrzyczał:
- Tak źle mi pani życzy?!
Od tej pory się pilnuję. Ma specjalną kopertkę na blankiety, zabazgrał ją symbolami pomyślności. Jak dotąd nie wygrywa. Twierdzi, że to jest taka kumulacja i że w końcu trafi. Przyzwyczaiłam się do tego, że totolotki mają swoje wierzenia i rytuały, jednak jego system prosi się o zarejestrowanie jako wyznanie. Może rzeczywiście czeka go ta kumulacja? Na Marsie.

Pobożna

2014-11-12 23:15:00 · Skomentuj
Babina w chusteczce, szkła na nosie, dość grube, żeby ten nos mocno zniekształcić. I ten zapach sama nie wiem, czego: krówek, świnek, starej pierzyny? Rzuca we mnie pozaginanym modlitewnikiem.
- Magnifikat.
- Ale że... skserować pani mam, tak?
- Znajdzie.
Teoretycznie powinnam jej oddać książeczkę, niech sobie sama znajdzie, jednak ludzi nie ma, nudzę się, to niech będzie, byle by szybciej wyszła, bo zwyczajnie śmierdzi.
Szukam. Nie znajduję.
- Tu nie ma.
- Źle szuka! Poszuka jeszcze, to znajdzie!
Szuka. Szukam ja, babina cmoka i zerka na zegarek. Minuta, dwie.
- No nie ma.
Zmarszczki w okolicy czoła pogłębiają się. Znaczy myśli. Procesowi towarzyszy cmokanie przeplatane z zerkaniem na zegarek.
Eureka!
- Bedzie pod "Uwielbiaj"! No, szuka, bo się na nabożeństwo spóźnię.
Jest. Kseruję, a że ułańska fantazja księdza redaktora poniosła i zrobił coś leciutko ponad format A5, to się bawię w dopasowywanie.
Babina przestępując z nogi na nogę mruczy pod nosem i się ostro niecierpliwi.
Minuta, dwie, trzy. Kartka dwie, trzy. Oddaję klientce, ta płaci, chowa modlitewnik, zerka na zegarek, potem na mnie, na zegarek, na mnie, runda trzecia, sama nie wiem, czas na mojej twarzy sprawdza i krzyczy:
- No i się, kurwa, spóźniłam!!!


Dmuchawiec przedszkolny

0218-05-12 08:00:00 · Skomentuj
Wiecie, co to karta lojalościowa? Taki plastik, dzięki któremu sobie mogłam kupić cukierniczkę taniej. Ile taniej i dalej o karcie nie będzie, bo nikt mi za to nie płaci. No. Wracam ze sklepu obładowana zakupami, mijam stadion na którym grupa przedszkolaków trzyma jakieś baloniki. Moje dziecko też do przedszkola chodziło, spacery dla zdrowia, te sprawy, uśmiech na ryjku sam jakoś na to wspomnienie zakwita, a tu baloniki kolorowe... Siaty w rękach, karta na spodzie jednej z siat. Pac! Słyszę i zerkam. Karta na chodniku, Się cofam, stawiam bezpiecznie, żeby się żadna nie wywróciła (kto lubi otwierać spienione piwo?) i patrzę, jak dzieciak pada.
Autor
O blogu
  • Kilka lat temu pracowałam na pół etatu w kiosku, a że ludzie są różne - przekonuję się o tym do dziś
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
Statsy bloga
  • Postów: 99
  • Komentarzy: 106
  • Odsłon: 66462

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi