< > wszystkie blogi

Pół roku minęło - szybkie podsumowanie.

29 marzec 2017
Wczoraj minęło dokładnie 6 miesięcy od pierwszego kroku postawionego na afrykańskiej ziemi. Naszła mnie chwila refleksji i muszę przyznać, że nadal jestem zachwycony Krainą (nie takiej, zbereźnicy) Tęczy.
Z ciekawszych wydarzeń, które mnie spotkały (lub zostały przeze mnie wygenerowane), to zakup mojego pierwszego samochodziku. Ciężko uznać Hyundai'a Atos Prime za pełnokrwisty samochód. Silnik 1.1 i 63 kucyki mechaniczne nie pozwalają na dzikie rajdowanie, acz w zastosowaniach miejskich sprawdza się nad wyraz dobrze. Zwłaszcza na zatłoczonych parkingach. Jednym z najmilszych zaskoczeń była prostota urzędowego przeniesienia praw własności pojazdu z poprzedniej właścicielki na mnie. Przez moje gapiostwo sprawa zajęła 2 dni, choć mogła się zmieścić w jednym. Ot nie wziąłem ze sobą zdjęć, które miałem schowane na taką okoliczność. Nie zrażając się jednak ponowiłem atak na urząd następnego dnia. Dość szybko uzyskałem, na podstawie paszportu i międzynarodowego prawa jazdy, Driving Permit i po ok. 3 godzinach siedzenia w kolejce (tak, siedzenia - kolejkowicze zapełniają rzędy krzeseł i tak uformowany wężyk przesuwa się, z dość ślamazarną prędkością, za każdym razem gdy pierwsza osoba w kolejce zostanie wywołana do jednego z okienek. Czas przerejestrowania samochodu na nowego właściciela to ok. 5 minut, a koszt całej operacji wyniósł R120 (ok. 35-40 zł) W Republice Południowej Afryki obowiązuje ruch lewostronny, co było źródłem pewnego rodzaju obaw na samym początku. Na szczęście okazało się, iż po kilku godzinach jazdy przestałem mylić kierunkowskaz z wycieraczkami. Reszta przepisów ruchu jest dość podobna, choć z drobnymi różnicami. Nie ma obowiązku jazdy na światłach w ciągu dnia, mimo to podczas pochmurnej aury wielu kierowców decyduje się na ich użycie w celu polepszenia swojej widoczności na drodze. Limit prędkości w terenie zabudowanym wynosi 60 km/h, niezabudowanym 100 km/h, a na autostradzie 120 km/h. Niestety od przyszłego roku wszystkie limity prędkości zostaną ograniczone o 20 km/h. Limit alkoholu w wydychanym powietrzu to 0,5 promila (tak, można tu legalnie prowadzić samochód po 1-2 piwach). Lokalne stacje benzynowe są "zautomatyzowane", tzn. podjeżdża się do dystrybutora, otwiera klapę wlewu paliwa, mówi obsłudze co chcemy i za ile, a potem wciskamy nalewającemu do ręki banknoty i odjeżdżamy. I to wszystko bez wysiadania z auta. Co do kierowców, to sprawa jest dyskusyjna. Potrafią nie wpuścić włączającego się do ruchu przez dobre naście minut, a kierowcy wspomnianych we wcześniejszym wpisie "taxi' wymuszają pierwszeństwo w miejscach w których nie szłoby się nawet spodziewać, że to możliwe, ale przynajmniej nie ma rowerzystów. Mógłbym też ponarzekać trochę na infrastrukturę drogową. Nie mam na myśli dziurawych dróg - w mieście stan ulic jest na dość dobrym poziomie - a raczej na rozplanowanie przestrzenne niektórych, zwłaszcza bardziej pagórkowatych dzielnic. Często po dość długim i stromym podjeździe trafiamy na skrzyżowanie bez świateł umieszczone na samym szczycie wzgórza, lub kilka metrów za nim. Na szczęście pierwszeństwo mają podjeżdżający, ale jest to raczej mało komfortowe rozwiązanie. Kolejnym miłym akcentem jaki mnie spotkał było pojawienie się w moim guesthousie "Małego Drania": Little Bastard jest wielkim fanem/ką (nie znam się, to się nie wypowiem) lokalnych przysmaków, głównie w postaci biltonga (suszonego mięsa) i sera typu cheddar. No i jest strasznym pieszczochem, choć czasem wychodzi z niego/niej diabelska natura i potrafi zdemolować kosz na śmieci w poszukiwaniu wspomnianego biltonga (lokalna suszona wołowina jest przyprawiona w wysokim stopniu, przez co zapach, którym przesiąknięte jest opakowanie potrafi utrzymywać się przez kilka dni). Niezmiennie jednak obecność zwierza cieszy i relaksuje, co pomaga odprężyć się po dniu w pracy. Problem zaczyna się rano, gdyż kot potrafi być pod samochodem szybciej ode mnie i czasem muszę się nagimnastykować, żeby wyekspediować go gdzieś, gdzie nie będzie groziło mu rozpłaszczenie. Oficjalnie obiecałem właścicielce, że jak będę się przeprowadzał i będę miał możliwość to Drania zabieram ze sobą. Zgodziła się. W jakimś stopniu rozwinąłem również swoją lokalną siatkę społeczną, co pozwoliło mi na poznanie (w dość ograniczonym stopniu) zasad "pięknego" sportu , jakim jest rugby. Poniżej zdjęcia z meczu ligi uniwersyteckiej. Impis (moja drużyna) rozgromili rywali z Rhodes University 31:13 i awansowali do półfinału ligi akademickiej. Z góry przepraszam za marną jakość, ale mój telefon ma problem ze zdjęciami nocnymi, a lustrzanki (jak na razie) nie planuję kupować. Udało mi się również znaleźć polskie produkty, które zostały ciepło przyjęte przez moich znajomych z RPA, Indii i Iranu:

Z racji częściowo muzułmańskiego zgrupowania większym powodzeniem cieszyły się ogórki i muszę przyznać, że nie zdziwiło mnie to w najmniejszym nawet stopniu. Udało mi się kupić bardzo porządne korniszony. Oczywiście 0,7l Wyborowej również pękło i zebrało całkiem niezłe noty wśród pijącej części towarzystwa. W każdej jednak beczce miodu musi się znaleźć łyżka dziegciu. Okolica w której aktualnie mieszkam przez 5 miesięcy była ostoją, bastionem sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Do czasu... W ciągu jednego tygodnia próbowano się dwukrotnie włamać na teren sąsiedniej posesji. Na szczęście oba włamania udaremniono, ale opieszałość policji i firmy ochroniarskiej nie pozwoliła na ujęcie sprawców. Ponadto podczas jednego z włamań do sąsiadów uszkodzeniu uległy donice z kwiatami i instalacja hydrauliczna naszego budynku. Uciekający włamywacz zauważył uchylone okienko w jednej z toalet na piętrze i próbował się do niego dostać po wspomnianych donicach i rurach. Na szczęście jedna z rurek nie wytrzymała i rano mogliśmy podziwiać całkiem urocze pobojowisko. mam nadzieję, że kawałek plastikowej doniczki utkwił mu tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Podsumowując więc: po pół roku mieszkania w Durbanie wciąż trzyma się mnie entuzjazm nowicjusza. I wciąż podtrzymuję to, że zostanę tu, jeśli tylko będę miał taką możliwość. Do upałów już się przyzwyczaiłem, choć nie mogę doczekać się chłodniejszych nocy. Ludzie w większości są mili i pomocni, a odkąd zgoliłem brodę nie słyszę głosów że wyglądam jak młodsza wersja Eugene Terre'blanche'a i przypadkowi (głównie czarni) ludzie na ulicy nie patrzą na mnie jakbym im robił apartheid przez 50 lat. Tu zdjęcie poglądowe:



Pan ze zdjęcia został porąbany za pomocą maczet na swojej farmie w 2011 roku. A ja cieszę się, że nie jestem już z nim identyfikowany, tylko i wyłącznie z racji wyglądu.

P.S. Ciekawostka: z racji tego, iż mieszkam w guesthousie (mam nadzieję, że już niedługo) spotykam różnych ludzi. Zauważyłem pewną zależność - czarni przyjeżdżający z townshipów (skupiska biedniejszej, głównie czarnej ludności powstające na obrzeżach większych ośrodków) bardzo często używają zwrotu "sir" zwracając się do białego lub do hindusa.
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi