Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Mariana przygody na Wyspach, czyli Polak potrafi...

47 363  
10   50  
Kliknij i zobacz więcej!Temat budzi niemałe kontrowersje. Część osób uważa, że lepiej przemilczeć takie historie żeby wstydu nie robić, a część uważa, że jak najbardziej należy piętnować... Kto ma racje? Oceńcie sami...

Mam osobliwe szczęście żyć na Wyspach prawie trzy lata. I niemalże trzy lata w (niezbyt częstym na szczęście) towarzystwie pewnego rodaka, pracującego w tej samej co i ja firmie. Dla potrzeb niniejszej opowieści nazwijmy go Marianem (tak, od sławetnego Mariana Paździocha...), zaś miasto w którym mieszkam "Paździochowo". Chciałbym opowiedzieć kilka historii z jego życia, których byłem bezpośrednim świadkiem, a czasem i uczestnikiem, pokazujących jak dziwnym (pokręconym??) i chciwym być można.
Sprowadził się tutaj kilka miesięcy po mnie, ściągnięty do pracy przez polską agencję. Ponieważ przyjechał do Paździochowa nie mając załatwionej żadnej kwatery, załatwiłem mu pokój w pensjonacie w którym sam mieszkałem...

Przygoda pierwsza, czyli jak poprawić sobie mieszkanko...

Ponieważ w pensjonacie było kilkanaście pokoi głównie dwu- i więcej-osobowych zaś jednoosobowych tylko dwa, to jasna sprawa, że jako pierwszy, zająłem pokój wygodniejszy i choć nieco mniejszy, to o prawie 100 funtów tańszy. Jemu natomiast "załatwiłem" (czyli uzgodniłem z miejscowymi włascicielami hotelu) drugi z pokoi, uznając, że tak czy owak wyświadczam nieznanemu jeszcze rodakowi jakąś przysługę, pomagając znaleźć dach nad głową. Zamieszkał. Niesamodzielny jak dziecko, z angielskim na poziomie trzylatka ("jes", "noł", i "fakju"...) i z absolutnym brakiem znajomości miejscowych realiów.
 
Mój pokój wzbudzał jego absolutną zazdrość. Choć mniejszy, to jednak fajniejszy i (przede wszystkim) tańszy. Po przeliczeniu wszystkich możliwych cen na złotówki i porównaniu ich z ówczesnymi polskimi realiami, wyszło mu czarno na białym, że przepłaca za swój pokój w porównaniu do mojego tyle, że miałby wynajęte mieszkanie w Polsce za samą różnicę w cenie, zaś na właścicieli hotelu zaczął spoglądać jak na złoczyńców, bandytów i złodziei.
Tak więc stało się któregoś dnia, że wyjechałem do PL na regularny, tygodniowy urlop. Tradycyjnie posprzątałem pokój, zostawiłem wiadomość właścicielom, że wrócę za tydzień i pojechałem.
Po tygodniu wróciłem z PL własnym autem, bo uznałem za niezbędne używanie auta w celu dojazdu do pracy (w końcu komu chciałoby się dojeżdżać rowerem codzień po 9km w jedną stronę...??). Jakież było moje zdziwienie, gdy nie znalazłem klucza do pokoju w recepcji na dole. Hm... Leżał za to klucz do pokoju Mariana. Cóż, chyba go nie ma, a ja muszę się gdzieś na chwilę rozpakować i zaczekać na właścicieli, by odebrać mój klucz i wejść do swojego pokoju. Poszedłem, pukam - nikt nie otwiera, więc otwieram, patrzę.... i nie wierzę. Mariana nie ma, za to są tam moje rzeczy. MOJE RZECZY W JEGO POKOJU??!!??!! Sprawę wyjaśnił natychmiast Marian, wyłażąc z mojego dotychczasowego pokoju z głupawym uśmiechem na twarzy, że "zamiana musiała się odbyć, bo właściciele tak chcieli i ponoć nawet ze mną to uzgodnili..." Oczywiście oni o niczym ze mną nie rozmawiali, i następnego dnia odpowiedzieli mi tylko, że Marian im wydukał, że sprawa jest ze mną przez niego uzgodniona i sam wszystko załatwił, przeniósł i przeprowadził.... Ot i zapłata za moją pomoc.
Postanowiłem zdecydowanie nie wchodzić z nim w żadne interesy. I miałem nadzieję, że Bozia go za to kiedyś pokarze.

Przygoda druga, czyli Marian oszczędny...

Jest oszczędny. Aż do bólu. Wiadomo, że jedynymi dozwolonymi do zakupu artykułami są te z Tesco z białymi naklejkami (Tesco value), lub tez ich zamienniki z Lidla czy Aldi. Wszystko skrupulatnie policzone, przeliczone, zjedzone do końca, bez marnowania czegokolwiek. Swego czasu zapytałem go po co mu cała bateria niemalże pustych (ale nie pustych!!!) słoików, otwartych puszek i innych resztek jedzenia w pokoju, na co z niezmąconym spokojem odpowiedział mi, że u niego jedzenie się nie marnuje, bo to oznaczałoby wyrzucone pieniądze, choćby to było nawet 5 pensów...
Któregoś dnia rano nie przyszedł do pracy. Zadzwonił tylko i ledwo żywym głosem wymamrotał, że źle się czuje i nie jest w stanie przyjechać do pracy. Drugiego dnia to samo. Dopiero na trzeci dzień okazało się, że się Marian zatruł swoimi resztkami, przeżył dwie doby nieustającego rozwolnienia i wymiotów jednocześnie... Stracił dwie dniówki, około 200 funtów, no ale nie zmarnował jedzenia za 35 pensów (jakiś pasztet chyba to był)...

Przygoda trzecia, czyli kupujemy auto...

Nadeszła chwila, że Marian postanowił zakupić pierwszy w nowym, angielskim życiu samochód. Stało się to po 4 miesiącach dojeżdżania do pracy rowerem i wstawania o 3-45 nad ranem, by być w pracy o 5-00. Miałem już za sobą półtoramiesięczny okres podwożenia go codzień do i z pracy, bo "skoro ja jadę, to mogę i jego za darmo przy okazji podwieźć". Wszystko fajnie, tyle że kończyliśmy o różnych godzinach (każdy jeździ swoją ciężarówką), więc ja zwyczajnie jechałem z powrotem do domu, a on dzwonił do mnie z bazy godzinę, czy dwie później z zapytaniem gdzie jestem, bo on na mnie przecież czeka. Wsiadałem więc w auto i jechałem po niego, mając nadzieję, że doczekam się podobnych przysług z jego strony, gdy już wreszcie kupi wymarzone auto....
Nadeszła więc ta wiekopomna chwila, gdy Marian obwieścił, że ma odłożony kapitał i właśnie dojrzał do zakupu auta. Mając na uwadze jego angielski, obdzwoniłem kilka ogłoszeń i znalazłem auto, które mu pasowało. Fajne, niezjeżdżone i za śmieszne 500 funtów. Pojechaliśmy. Obejrzane, stargowane, zostało zakupione.
Niestety na drugi dzień okazało się, że auto nie posiada tylnej półki (to był hatchback, pokrywa powinna zasłaniać zawartość bagażnika przed postronnymi stanowiąc jednocześnie tylną półkę za siedzeniami). Ja nie zwróciłem na to żadnej uwagi, zaś Marian zaatakował mnie, że w sumie to moja wina, bo nie dopatrzyłem się(!!!)... Zadzwoniłem, dopytałem się sprzedającego, czy nie ma rzeczonej pokrywy gdzieś niechcący w garażu no i okazało się, że jest! Pojechaliśmy więc wieczorem, Marian mocno niezadowolony, że musiał trwonić pieniądze na paliwo na dojazd prawie 19 km sprawdza półkę i niczym rozjuszony dzik szarżuje na Anglika z rykiem (oczywiście po polsku), że "PRZECIEŻ KU**A TO NIE TA POKRYWA!!! Ten bronił się, że nie wiedział, znalazł taką w garażu i myślał, że to ta.... Odpowiedzią były bluzgi, "fucki" i... plucie biednemu Anglikowi pod nogi wraz z żądaniem zwrotu pieniędzy wydanych na paliwo za przejazd... Zapadłem się ze wstydu pod ziemię...
No ale skoro jest juz auto, czas by moje auto odstawić na przysłowiowe "kołki" i poczuć się jak hrabia, wożony do i z pracy codzień. Pierwszy dzień poczekałem godzinę po pracy i zostałem zabrany, drugi dzień podobnie, zaś na trzeci zdziwiłem się, że Marian już skończył pracę i najwyraźniej pojechał do domu. Dzwonię do niego więc i mówię, że tym razem to ja czekam na niego na bazie i oczekuję transportu. Odpowiedź mnie omal nie zabiła: " No to masz problem, bo ja jestem już w domu i musisz sobie znależć sam jakiś transport, bo nie będę wydawał pieniędzy na paliwo, by Cię przywieźć z pracy..!!!" A że ja wydawałem jeżdżąc po niego przez półtora miesiąca właściwie codziennie, to było dobrze...
Postanawiam ABSOLUTNIE nie pomagać chamowi nigdy więcej nigdzie i w niczym.

Przygoda czwarta, czyli po pół roku auto Mariana nie przeszło przeglądu technicznego i trzeba kupić nowe auto...

Nauczony poprzednimi przygodami natychmiast odmawiam jakiejkolwiek pomocy w zakupie, tłumacząć się czymkolwiek. Mam gdzieś jego problemy i nie chcę o niczym wiedzieć. Niemniej jednak spotykam go codzień rano w pracy i chcąc niechcąc wysłuchuję relacji z jego poszukiwań kolejnego "auta marzeń"... Po tygodniu któregoś dnia rano słyszę, że JEST!! Stargowane, zostało zaliczkowane, a auto w sumie za psie pieniądze, więc "sprzedający to głupek, bo jeszcze przegląd techniczny za darmo zrobi!" No to fajnie, myślę sobie, da mi spokój. Planowany odbiór auta miał się odbyć po południu, Marian zadowolony, że zrobił niemalże interes życia poszedł po auto. Dalsze wydarzenia znam tylko z jego własnej relacji, więc przytoczę jak pamiętam: "No i wyobraź sobie, że daję ciulowi kasę, piszemy papiery, no i po wszystkim wyłażę z auta pooglądać nowy nabytek i widzę... że maska i błotnik nadają się wyłącznie do pomalowania. Więc natychmiast wydarłem się, że mnie naciągnął, no bo co to jest?!?!?! A tamten najspokojniej w świecie, że skoro ma już zapłacone, to już jest nie jego problem, ale jeśli Marian auta nie chce, to on je zabierze z powrotem do domu, a pieniądze są już i tak w jego kieszeni, więc..." Okazało się, że mój przecwany przyjaciel przechytrzył wszystkich i dnia poprzedniego auto oglądał w nocy.... Niczego nie zauważył.... I tak się stał właścicielem auta co prawda z nowym przeglądem technicznym, ale nadającego się w sumie wyłącznie do malowania. W dodatku okazało się, że zasadniczo silnik też do remontu, bo kulawą pracę miał bardzo i strach było go ruszać...
Wyłem dwa dni. Ze śmiechu oczywiście.

c.d.n.
1

Oglądany: 47363x | Komentarzy: 50 | Okejek: 10 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

04.07

03.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało