Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Medyczne opowieści doktora Cornugona XIV

33 963  
15   24  
Tutaj nie klikaj!Dzisiaj opowieści medyczne troszkę inne niż zazwyczaj, bo poświęcone jednej osobie. Ale za to jakiej! Poznajcie Siostrę Kunegundę...

Różne przykre rzeczy jakie mnie ostatnio spotykają skłaniają mnie do refleksji, wspomnień i innych przemyśleń. W ramach tego naszło mnie również na wspomnienia o pewnej "pomocnej dłoni" Oczywiście imię bohaterki i kilka detali z opowieści zostało zmienionych, ale najbardziej istotne fakty przytaczam poniżej...

Pielęgniarkę Kunegundę znałem od 3 roku studiów. Wysoka, raczej brzydka, z taką jakąś kanciastą twarzą, o włosach siwo blond i z ochrypłym głosem wydobywającym się ze zdartego gardła. Jakoś tak się działo, że spotykałem ją na studiach, miałem staże w klinikach w których pracowała, przez pewien okres pracowałem z nią w zespole, a także spotykałem się z nią na zjazdach, sympozjach i wreszcie na imprezach. Żałuję jednak, że nigdy nie miałem okazji rozmawiać z nią bezpośrednio…


1.
Wieczór na oddziale chirurgicznym, ostry dyżur w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Na izbę przyjęć wpada dwóch ludzi, z wyglądu kibice Cracovii, obaj na lekki haju. Jeden podtrzymuje drugiego barkiem, ale obaj poruszają się dość żwawo. Lekarz przyjmujący uprzejmie pyta: "co jest?”, na co pada bardzo kulturalna (jak na godzinę, stopień upojenia i wygląd dresiarzy) odpowiedź: "Przepraszam Panie Doktorze, ale chyba sobie coś wbiłem w brzuch pod żebro”.

Położywszy delikwenta na stole i rozdziawszy go nieco z zainteresowaniem spojrzeliśmy na to coś, co okazało się być nożem sprężynowym. Na niezadane pytanie (samo spojrzenie wystarczyło) usłyszeliśmy jak go zobaczył, że leży taki biedny i bezpański to się pochylił by się nim zaopiekować, a tu się potknął i upadł wprost na ten nóż, który oczywiście tak sobie leżał otwarty. Wszyscy oczywiście wierzyliśmy w tę opowieść, co nie zmieniało faktu, że chory musiał jechać na blok celem usunięcia ciała stałego oraz kontroli uszkodzeń. Będąc praktykantem zapytałem mego opiekuna czy mogę iść na salę operacyjną, na co usłyszałem, że mamy jeszcze godzinę spędzić na izbę przyjęć. Potem możemy iść. Na widok mojej zbolałej miny stwierdził, że i tak godzina co najmniej minie zanim gościa przygotują, znieczulą, położą i zaczną kroić. Znieczulenia w owym czasie wykonywano za pomocą znieczulacza dożylnego, który wprowadzał delikwenta w stan błogości, by następnie po zaintubowaniu kontynuować znieczulenie gazową formą podtlenku azotu.

Kolejna godzina wlokła się jak flaki z olejem na kontroli żylaka odbytu, wyciąganiu kolejnej rzeczy z odbytu, która tam nie powinna być oraz szyciu pewnej panienki, która – jak stwierdziła – zacięła się brzytwą przy goleniu, i tak trzy razy…

Wreszcie przyszedł zmiennik z kolejnym ofiarnym praktykantem, i nasza para mogła wreszcie się udać na wielce oczekiwany blok operacyjny. Mycie, przebieranie się, już tylko śluza i ostatnie drzwi do otwarcia, już niemal wchodzimy…

Nie weszliśmy. Zamurowało nas w drzwiach. Pierwsze co zobaczyłem to Kunegunda turlikająca się po podłodze ze śmiechu, wydająca jakieś nieartykowałe dźwięki. Nad nią przy stole dwóch operatorów słaniając się ze śmiechu na nogach usiłuje zatamować krwawienie. Instrumentariuszka z nożyczkami w ręku, chichrając się histerycznie usiłuje sobie trafić w nitkę by ją przeciąć – do każdego podejścia robiąc słuszny rozbieg, i wybuchając śmiechem przy każdym "pudle”. Stażyści turlając się ze śmiechu po podłodze zaglądają pielęgniarkom pod spódnice przy obustronnej radości. Słowem: no coś tu jest chyba trochę nie tak! Miałem już pytać czy tak zawsze wyglądają zabiegi operacyjne,  gdy mój opiekun, będący bardzo dobrym lekarzem wystartował z piskiem podeszew na wykładzinie. Szybko wpadł do pokoju i wyłączył dopływ znieczulacza, włączając wentylację na max, a następnie szybko sprawdzając stan pacjenta. Efekty ulatniającego się z nieszczelnej aparatury do znieczulenia (zafundowanej onegdaj przez samego Sekretarza PZPR Edwarda Gierka) podtlenku azotu – w mniejszych stężeniach zwanym gazem rozweselającym - zaczęły się rozmywać i życie powoli wróciło do normy.

Jedynie Kunegunda wymagała przebrania, bo zrobiła wszystko, co można zrobić ze śmiechu, poza umarciem…


2.
Siostra Kunegunda w ramach przysposobienia do jakiegoś egzaminu była z kolei wiele lat później u mnie na praktyce. Do jej obowiązków należało zbieranie wstępnego wywiadu od pacjentów i ich dalsza segregacja do którego lekarza i na jakie badanie mają trafić. Akurat wspomagałem kolegę ginekologa (który mnie prosił o konsultację kardiologiczną pacjentki) gdy na wózku wjeżdża pacjentka. W pierwszej chwili odnieśliśmy wrażenie, że to jakiś transport z archiwum, gdyż spod sterty zdjęć i klisz rentgenowskich pacjentki w ogóle nie było widać. Po odgruzowaniu jej z nadmiaru sztywnych folii, zaczęliśmy je przeglądać. Szybko okazało się, że pacjentka w ramach ekscesów narciarskich w wieku po-przekwitaniowym doznała rozległego urazu stawu kolanowego, łąkotek, kości udowej, kilku mięśni wraz z pochewkami ścięgnistymi, a na dodatek wieloodłamowego złamania. Całość została już trzykrotnie zoperowana w ciągu ostatniego roku, a następnie wielokrotnie kontrolowana co również dowiedzieliśmy się z fotek. Nie wiedząc jednak dalej co się stało, że pacjentkę pourazowo-traumatologiczną ma konsultować internista-kardiolog do spółki z ginekologiem-położnikiem, zagadnęliśmy uprzejmie pacjentkę "ale o co chodzi??”

Pacjentka podała nam karteczkę od Kunegundy na której stało jak byk:
"Stan po operacji ŁECHTACZKI kolana prawego i POCHWY mięśni obu kończyn dolnych”


3.
Impreza po zakończeniu programu naukowego sponsorowanego przez jedną z firm. Rzadka okazjo by zjeść i wypić masę frykasów na których normalnego lekarza nie stać. No i przebywać i uczyć się zasad savoir-vivre’u wprost od Ojców Założycieli klinik i szpitali. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu jeden z profesorów przychodzi na raut z uwieszoną na ramieniu siostrą Kunegundą, o której wiedziałem, że niezamężną jest, a profesor jak najbardziej...

No ale nic. Zabawa jest, alkohol się leje obficie polewany przez kręcących się po Sali kelnerów, coraz głośniejsze śmiech od wszystkich grupek towarzyskich dobiegają – ponad które wybija się coraz częściej śmiech Kunegundy, przewalający się z siłą "Corega Tabs” po zebranych, a mnie kojarzący się coraz bardziej z rżeniem starej szkapy, mającej dychawicę oskrzelową tuż przed ubojem w rzeźni. Ponieważ Kunegundę coraz więcej osób obserwowało w miarę narastania ilości uwalnianych przez jej otwór gębowy decybeli, widać było że siostra czuje się coraz lepiej jako dusza tak doborowego towarzystwa. Pojawiały się pierwsze dowcipy zakończone puentami pełnych swojsko brzmiących wyrazów „kur.., pier… bu.., w du.. jeb.., chędoż.., pedał” wygłaszane coraz głośniejszym tonem. Doszła do tego coraz bardziej intensywna gestykulacja, która w pewnym przypadku zakończyła się wytrąceniem kelnerowi z rąk tacy z napitkami. Ze stoickim spokojem znosił to wszystko rzeczony towarzysz profesor, który patrzył na swoją partnerkę z wyrazem błogości i uwielbienia (mógł to być Parkinson, ale wątpię). W końcu przy kolejnym dowcipie, gdy puenta zabrzmiała coś jak: „No i kur.. ostatni ŻUBER poszedł w las” przedstawiciel firmy, pedant i purysta językowy, zaskowyczał robiąc minę jak po przełknięciu zgnitej cytryny. Moja koleżanka patrząc na całe towarzystwo z Kunegundą i Profesorem na czele stwierdziła autorytatywnie:
- "Na to jest tylko jedno wyjaśnienie... Musi być nieziemska w łóżku...”


Oglądany: 33963x | Komentarzy: 24 | Okejek: 15 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

01.04

31.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało