Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Trzy historyczne postaci, które zostały brutalnie zaorane przez Hollywood

78 231  
251   46  
W dobrym filmie, w którym utożsamiamy się z pozytywnym bohaterem, musi znaleźć się też miejsce dla barwnego antagonisty. Najlepiej takiego, którego moglibyśmy szczerze znienawidzić już na początku seansu. O ile nie ma problemu z odpowiednim przedstawieniem takiego arcyłotra w produkcjach opisujących wydarzenia czysto fikcyjne, to już niemały problem mają filmowcy z postaciami posiadającymi swe odpowiedniki w rzeczywistości i czasem traktują je bardzo niesprawiedliwie.

Król Jan – parszywy cwaniak z większości ekranizacji legend o Robin Hoodzie

Legendy o słynnym banicie łupiącym sakwy bogaczy i rozdającym łupy biedocie liczą sobie dobrych 600 lat, a większość ekranizacji to istny miszmasz ludowych podań z ich literackimi adaptacjami, które powstały na przestrzeni ostatnich wieków. W zależności od wersji filmu, naczelnymi draniami zazwyczaj są szeryf z Nottingham i tchórzliwy książę Jan, który w czasie krucjaty swojego brata (Ryszarda Lwie Serce) spiskuje, aby dostać się na chwilowo opuszczony angielski tron. I faktycznie – tak właśnie było. Król powierzył bowiem władzę nie Janowi, ale jednemu z biskupów, co bardzo nie spodobało się księciu. Ten nie tylko zaczął knuć plany pozbycia się tymczasowego władcy, ale i kiedy doszła go wieść, że Ryszard dostał się do niemieckiej niewoli, usiłował przekupić cesarza Henryka II, aby ten nie spieszył się z oddaniem królowi wolności.



W większości ekranizacji Ryszard ułaskawia Robin Hooda i daje solidny wycisk swojemu bratu. W rzeczywistości król darował Janowi paskudne występki i z czasem wyznaczył go jako jego następcę. Filmy o bandycie z Sherwood szerokim łukiem pomijają zaś fakt, że Lwie Serce był o włos od doprowadzenia swojego państwa do ruiny i to on, a nie Jan terroryzował jego mieszkańców horrendalnie wysokimi podatkami, które szły na pokrycie wypraw krzyżowych i wojen prowadzonych przez króla. Dziś wielu historyków uważa, że brat Ryszarda stawał na głowie, aby naprawić popadający w ruinę kraj. Dużo też wskazuje na to, że zły PR Janowi zrobili kronikarze kościelni. Kiedy już sprawował on władzę w Anglii, kategorycznie odmówił wzięcia udziału w kolejnej krucjacie, która miała miejsce w 1202 roku. Ta postawa bardzo nie spodobała się klerowi.

Antonio Salieri był bardzo bliskim ziomeczkiem Mozarta

Dzięki znakomitemu filmowi Milosa Formana ten włosko-austriacki kompozytor na zawsze zapamiętany zostanie jako kawał zawistnego, średnio utalentowanego chujka robiącego wszystko, aby zniszczyć swego genialnego konkurenta – Wolfganga Amadeusza Mozarta. Za takie sportretowanie Salieriego nie należy jednak winić reżysera „Lotu nad kukułczym gniazdem”, ale Petera Shaffera, brytyjskiego dramatopisarza. To bowiem on w 1979 roku napisał sztukę, która została później zekranizowana przez Formana. Jedynym obecnym zarówno na deskach teatru, jak i w filmie prawdziwym wydarzeniem dotyczącym relacji Salieriego i Mozarta jest pewien na pozór niewygodny dla tego pierwszego „epizod”. Otóż Antonio, leżąc na łożu śmierci, faktycznie przyznał się do zabójstwa Amadeusza. Pominięto jednak drobny element – Salieri w ostatnich chwilach swego życia miał zaawansowaną demencję i za przeproszeniem, pierd#lił trzy po trzy.



W rzeczywistości obaj panowie nie tylko lubili się, ale i nie stanowili dla siebie absolutnie żadnej konkurencji, albowiem za życia Mozart znany był bardziej ze swoich dokonań instrumentalnych, a Antonio spełniał się w kompozycjach operowych. Mało tego – syn tego pierwszego uczęszczał na lekcje muzyki do Salieriego, a ten z kolei często dyrygował orkiestrami grającymi utwory swojego przyjaciela. Żeby tego było mało, w 2015 roku z czeluści archiwów czeskiego Muzeum Muzyki wykopano napisany w 1785 roku wspólny utwór autorstwa obu panów!

Skąd zatem ten cały mit o rzekomej nienawiści pomiędzy kompozytorami? Na krótko przed śmiercią Mozart snuł przypuszczenia, że jego pogarszający się stan zdrowia to wynik zatrucia się trunkiem podsuniętym mu przez jakichś włoskich bywalców dworu. Nigdy jednak nie padła nawet sugestia, że osobą odpowiedzialną za zamach na życie Amadeusza mógłby być jego bliski kolega.


Plotka jednak zaczęła żyć własnym życiem i była na tyle intrygująca, że 39 lat po śmierci Mozarta Aleksander Puszkin wykorzystał ten motyw w jednym ze swoich dramatów. Sto lat później dzieło tego rosyjskiego pisarza stało się kanwą do napisania przez Nikołaja Rimskiego-Korsakowa opery o niezdrowych relacjach pomiędzy kompozytorami i zatruciu Amadeusza przez jego fałszywego przyjaciela.

Joseph Bruce Ismay – nikczemny dyrektor firmy, która zbudowała Titanica

W słynnym dziele Jamesa Camerona główną antagonistką jest góra lodowa, w którą słynny transatlantyk dość mocno przywalił. Problem w tym, że ta wielka, zimna bryła nie miała charyzmy, nie śmiała się złowieszczo ani nie budziła w widzach szczególnej odrazy. Dlatego też reżyser wprowadził do akcji kilka dodatkowych (tym razem ludzkich) postaci, których widzowie mieliby darzyć szczególną niechęcią. Jednym z takich indywiduów był Joseph Bruce Ismay – obecny na pokładzie dyrektor brytyjskiego towarzystwa okrętowego White Star Line – firmy, do której należał nie tylko Titanic, ale również jego dwa bliźniacze „klony” - Britanic i Olympic (warto nadmienić, że wszystkie trzy zaliczyły morskie katastrofy).



W filmie był to paskudny typ – nadęty bufon, egoista święcie wierzący w niezatapialność swojego „dziecka” oraz nieznoszący sprzeciwu, gardzący wszystkimi wokół despota zmuszający kapitana do zwiększenia szybkości statku. Kiedy Titanic uderzył w górę lodową, mogliśmy podziwiać na ekranie Ismaya, który żąda, aby ponownie włączyć silniki i kontynuować podróż. Kiedy jednak okazało się, że to koniec wojaży, dyrektor usiłował dostać się na pierwszą łajbę ratunkową przed kobietami i dziećmi. Gdy mu się to nie udało, podjął kolejną próbę. Tym razem odniósł sukces. Mógł być spokojny o swoje życie i z suchego pokładu szalupy patrzeć na tonących pasażerów…



Czy faktycznie Joseph był takim sukinsynem, jakim sportretował go Cameron? Faktem jest, że gdy po tej katastrofie dyrektor White Star Line cały i zdrowy wrócił do Wielkiej Brytanii, wiele osób nie kryło oburzenia. Jakim prawem uratowano szalenie zamożnego potentata branży transportu oceanicznego, a nie chociażby kapitana Edwarda Smitha, albo Thomasa Andrewsa – konstruktora Titanica? Akurat ten ostatni dobrowolnie, uniesiony honorem, nie zgodził się opuścić pokładu tonącego statku.

Komisja badająca przyczyny i przebieg katastrofy ustaliła tymczasem, że wszelkie pretensje do Ismaya były nieuzasadnione i mocno krzywdzące. To on bowiem zarządził jeszcze przed rejsem zwiększenie ilości szalup ratunkowych z 16 do 20. Jak się okazuje, brał też udział w przeprowadzeniu akcji ewakuacyjnej pasażerów i osobiście pomagał kobietom z dziećmi dostać się do łódek, a sam w ostatnim momencie wcisnął się dopiero do ostatniej wodowanej łajby. Mimo że komisja wyczyściła go z wszelkich zarzutów, a nawet pochwaliła za wzorową postawę w obliczu katastrofy, do końca życia Joseph musiał zmagać się z paskudnymi osądami. Najwyraźniej oczekiwano, że powinien on - podobnie jak kapitan i konstruktor Titanica - w romantycznym geście poświęcenia pójść na dno razem ze statkiem.



Amerykańska prasa ochrzciła go tchórzem, a niektórzy dziennikarze sugerowali wręcz, że na łódź ratunkową dostał się on w przebraniu kobiety, aby zmylić załogę. Ba, pewne miasteczko w Teksasie, Ismay, zdecydowało się zmienić swoją nazwę, aby nie kojarzyć się z tchórzliwym frajerem, który odmówił utopienia się. W wyniku wszechobecnego dokuczania z każdej możliwej strony Joseph wpadł w depresję, zrezygnował z pozycji dyrektora White Star Line i ponoć reagował szałem na sam dźwięk słowa „Titanic”.

Cóż, trzeba przyznać, że James Cameron dołożył swoją cegiełkę do utrwalania bardzo niesprawiedliwego wizerunku nieszczęsnego Ismaya. W sumie to trochę nam tego faceta szkoda…

Źródła: 1, 2, 3, 4
2

Oglądany: 78231x | Komentarzy: 46 | Okejek: 251 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

09.07

08.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało