Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Niechciane zdjęcie, najgorsza randka świata i inne anonimowe opowieści

70 278  
209   56  
Dziś przeczytacie także o odgłosach ekstazy, studiowaniu w czasie pandemii, żenującej pomyłce w trakcie podróży i bardzo toksycznej relacji.

#1.

Moja dziewczyna długo nie mogła jeść słodyczy, bo była na bardzo restrykcyjnej diecie. Kiedy jednak nadszedł Tłusty Czwartek, postanowiła zrobić sobie jeden wyjątek. Poszedłem więc do cukierni, kupiłem pączka i przyniosłem jej. Rzuciła się na niego niczym sęp na zdechłego borsuka.
Patrząc na ten spektakl bezwstydnego łakomstwa, zapytałem: „Czy możesz werbalnie wyrazić radość, jaką ci tenże pączek sprawił?” Wówczas to miłość mego życia wydała z siebie jęk. Dokładnie taki sam, jaki zdarza się jej wydać podczas naszych seksualnych zabaw.

Dotarło do mnie, że w skali łóżkowych przyjemności nie jestem ekwiwalentem królewskich homarów w koniaku czy wykwintnego deseru lodowego polanego pieszczącą podniebienie polewą. Nie jestem nawet ościstą flądrą z frytkami czy „biedną” pizzą na cienkim cieście. Jestem pieprzonym pączkiem...

#2.

Studia w czasach zarazy.

Mam w tym semestrze przedmiot o dumniej nazwie Psychologia z elementami komunikacji społecznej. Typowa zapchajdziura, na szczęście prowadząca nie ma poczucia misji i próbuje nam przekazać wiedzę bardziej w formie ciekawostek i rzeczy naprawdę przydatnych w życiu niż czegoś, co dla nas jest bardziej bełkotem niż normalnym tekstem. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Przedmiot zaliczamy tak, że co tydzień mamy wysłać opracowanie zadanej koncepcji psychologicznej i nasze przemyślenia na ten temat. Podzieliła nas alfabetycznie na trójki i w tych grupach ma dostać nasze "dzieła".

Niestety trafiłam na bliźniaczki, które są znane ze swojej olewczości wobec studiów. Są przy forsie, popularne, trzymają się z im podobnymi - zawsze ktoś wycyganił sprawozdanie albo notatki i tak kolebały się od jednego zaliczenia do drugiego. Wraz z kwarantanną nie mają komu fundować drinków i działek, więc automatycznie ich wartość spadła. Jedna z nich napisała do mnie, że one palcem nie kiwną, bo mają lepsze rzeczy do roboty, wiedzą, że mi zależy na dobrych ocenach (stypendium), więc będę robiła to za nie. Bez żadnego "proszę", po prostu stwierdzenie faktu.

Co to, to nie. Długo się nad tym głowiłam, aż po prostu napisałam do prowadzącej, dołączając screena. Miałam nadzieję, że nie odpowie czegoś w rodzaju "jesteście dorosłe, załatwcie to między sobą". Udało się, przejęła się tym i kazała podpisywać się tylko swoim nazwiskiem. Co więcej, wprowadziła zmianę, że każda praca musi zawierać podpisy odręczne, na końcu, inaczej nie będzie przyjęta. Nie było to takie upierdliwe, bo wystarczy podpisać się raz, a potem wkleja się zdjęcie do dokumentu. Bez tego praca zaliczana jest tylko osobie, która ten podpis umieściła.

Mijały tygodnie, ja pisałam kolejne prace, wklejałam zdjęcia mojego podpisu, ba! nawet wysyłałam im je, żeby sobie obejrzały, jak mi idzie. Dziewczyny były jednak na tyle leniwe, że nie otwierały dokumentu albo nie zjeżdżały na sam dół, gdzie - oczywiście - ich podpisów nie było.

Niedługo kończy się kurs. Przedsiębiorcze inaczej bliźniaczki nie wiedzą jeszcze, że w najbliższy poniedziałek prowadząca wyśle listę osób, które nie oddały jakiejś pracy, i że czekają je do napisania te wszystkie protokoły w tydzień...

#3.

Chciałbym się podzielić pewną żenującą, a jednocześnie przyjemną historią.


Jakieś dwa lata temu, czekając na pociąg, który miał mieć półgodzinne opóźnienie, wstąpiłem do kiosku po paluszki i kawę. Następnie usiadłem sobie na ławce koło jakiegoś gościa, na oko 20-25 lat, czyli nieco młodszego ode mnie, i zacząłem czytać książkę i pić swoją kawę. Po pewnym czasie zauważyłem, że ten koleś zaczął mi podbierać paluszki. Myślę OK, nie będę się spinać o paluszki, ale też je zacząłem jeść, biorąc po kilka naraz. Gość, gdy się o tym zorientował, powiedział, że reszta jest dla mnie i odszedł na swój pociąg. Dopiero wtedy zorientowałem się, że... to nie były moje paluszki. Gość cały czas jadł swoje, podczas gdy moje leżały nierozpakowane pod ławką, a gdy to ja zacząłem mu garściami wybierać jego paluszki, to dobrowolnie oddał mi całą paczkę.

Gościu, jeżeli to czytasz, to sorry! I dzięki za resztę Twoich paluszków.

#4.

Odeszłam od męża. Zabrałam kilkuletnie, małe dziecko, wynajęłam mieszkanie, które urządziłam w miarę po swojemu, by stworzyć maluszkowi ciepły i spokojny dom pełen radości.
Niestety tęsknię za mężem - pierwsze tygodnie po odejściu to był istny koszmar, nie sądziłam, że człowiek może znieść taki tępy ból emocjonalny.
Teraz, po kilku miesiącach oddzielnego mieszkania, z każdym dniem mam wrażenie, że wręcz coraz bardziej brakuje mi tchu z tęsknoty. Otacza mnie poczucie beznadziei i głębokiego smutku, zwłaszcza że mąż już chyba zupełnie pogodził się z naszym rozstaniem i zniknął z mojego życiowego horyzontu, poza spotkaniami z maluchem.

I teraz anonimowa cześć wyznania - jestem od męża uzależniona. Od roku chodzę na terapię dla ofiar przemocy psychicznej i fizycznej. Odeszłam z dzieckiem, bo mąż dosłownie równał mnie z podłogą za brak właściwego obiadu czy źle ustawione buty.

Po ucieczce z domu, w którym mieszkaliśmy (gdy wyszedł do pracy - tak jak staliśmy z dzieckiem opuściliśmy dom do przygotowanego wcześniej mieszkania), mąż zgotował mi prawdziwe piekło na ziemi. Śledził, zastraszał, przeszukiwał śmieci, wdzierał się do mieszkania, manipulował dzieckiem i „bombardował” przy tym zarówno agresją, jak i miłością oraz wzbudzaniem we mnie poczucia winy za zniszczenie „naszego” życia.

Wszyscy myślą, że już otrząsnęłam się z tego koszmaru, a ja mimo terapii i pełnej świadomości, że odejście od niego było jedynym sposobem na spokój mój i dziecka, to tęsknię za mężem każdą komórką mojego ciała...

Kobiety i dziewczyny - uwolnienie się z toksycznego związku to jedna z najtrudniejszych dróg, jaką można przejść. Gdy brakuje Wam tchu z absurdalnej tęsknoty za oprawcą, za idiotycznym poczuciem „stabilizacji i bezpieczeństwa” jakie Wam dawał. Gdy nie składacie doniesienia na policję, bo nie chcecie JEGO skrzywdzić i „zdradzić”.

Nie rezygnujecie z terapii po odejściu od tyrana. Oni uzależniają gorzej niż heroina i równie mocno niszczą :(

#5.

Mam takie małe "dziwactwo", o którym poza mną i wami nikt nie wie. A mianowicie dorabiam u różnych ludzi, którzy niezbyt dobrze zajmują się swoimi zwierzakami, czy to koszę trawę, zbieram owoce, sprzątam dom czy chociażby pilnuję domu pod nieobecność właścicieli.

A co w tym anonimowego, zapytacie? Ano to, że gdy mam przerwę lub kończę pracę, zostaję chwilkę dłużej tylko po to, by pogłaskać zwierzaka, powiedzieć mu jakim jest dobrym zwierzakiem lub dać mu jedzenie, oczywiście za zgodą właściciela/właścicielki. Tak naprawdę wykonuję te wszystkie prace nie tylko po to, by zarobić, ale również by sprawić przyjemność tym zwierzakom i by choć trochę czuły się kochane i doceniane.

Problemy zdrowotne i brak pieniędzy na utrzymanie jakiegokolwiek zwierzaka uniemożliwiają mi kupno własnego pupila.


To tyle, dziękuję za przeczytanie.

#6.

Opiszę Wam najgorszą randkę, jaką można sobie wyobrazić.

Nie grzeszę pięknością ani wagą motylka. Moja sylwetka świadczy o tym, że mi się w życiu powodzi, twarz już niekoniecznie. Założyłam sobie konto na portalu randkowym i nie czekałam na cud. Dodałam zdjęcia, na których wyglądam tak jak na żywo, żeby na spotkaniu nie rozczarować rozmarzonych dżentelmenów. Musiałam dodać kilka zdjęć, bo moje ciało nie mieści się na jednym. Ale w końcu stało się.

Już po kilku dniach napisał do mnie facet. 185 centymetrów wzrostu, błysk w oku i kaloryfer, który ogrzałby najbardziej wyziębłe serca. Na zdjęciach wyblurowana twarz modela. Uznałam - raz się żyje. Od słowa do słowa zaproponował spotkanie, więc wcisnęłam brzuch w najlepsze ubrania i poszłam na spotkanie. Umówiliśmy się na rynku. Siedziałam na ławce i czekałam na księcia z bajki. I zjawił się! Wprawdzie nie na rumaku, ale grunt, że się zjawił i przywitał. Około 170 centymetrów, o połowę chudszy ode mnie. Pod nosem koper, na czole tłusta grzyweczka. Ubrany w sweter wątpliwej świeżości. Na początku stał i gapił się na mnie niezręcznie, a potem zaproponował, że pójdziemy do jego ulubionego lokalu. Zaciągnął mnie do lokalu gier planszowych, gdzie było chyba 4 typków o podobnej aparycji. Zagraliśmy w jakąś strategiczną planszówkę, a następnie usłyszałam, że wyglądam jakbym chciała coś zjeść (bo chciałam). I wiecie co... zabrał mnie do sklepu „Społem”, w którym kupił sobie rogala i zapytał pod nosem „chcesz coś?”.

Kupiłam chipsy. Siedzieliśmy na ławce i konsumowaliśmy, milcząc. Stwierdziłam, że jest to idealna okazja do zapytania się, kim jest mężczyzna na zdjęciach z portalu (bo to, że nie był to on, nie ulegało wątpliwości). Powiedział mi wtedy, że od dawna nie mógł znaleźć dziewczyny i brat namówił go do tego, by wkleił jego zdjęcia na portal. Ponoć wtedy znalazło się kilka chętnych, ale każde spotkania kończyły się klęską. Podczas opowieści niemal się popłakał i zakończył opowiastkę słowami "każde... ale nie to z tobą”.

Na koniec spotkania poszliśmy nad rzekę, oglądaliśmy łabędzie, a on opowiadał mi o swoich studiach (matematyka) i o matematyce samej w sobie.
I wiecie co? Ja jestem osobą z poczuciem humoru, bezwstydną, rozrywkową i spontaniczną. On jest moim przeciwieństwem. Łączy nas jedynie to, że wyglądamy jak dwie ofiary losu. Ale od czasu tamtej koszmarnej randki jesteśmy razem po dziś dzień i tak jest nam najlepiej. A brata mojego lubego widziałam niejednokrotnie i mimo kaloryfera, za którym niejedna poszłaby w ogień, nie gwarantuje mi tego, co mój przygarbiony ”incel”. Kocham go najmocniej!

#7.

Prowadziłam kiedyś zajęcia z grupą osób. Mieliśmy świetny kontakt, spotykaliśmy się też na płaszczyźnie prywatnej - kawa, spacery, różne formy spotkań, przeważnie w więcej osób. Teraz łączą nas relacje prywatne, spotykamy się dalej, na stopie przyjacielskiej.

Oczywiście nie wszyscy, wiadomo, tak bywa. Jedna z tych osób odezwała się do mnie 3 lata temu na starą skrzynkę pocztową. "Dawny uczeń spotkałby się chętnie ze swoją nauczycielką". Początkowo nie zwróciłam uwagi na dołączony do mejla załącznik i odpisałam, że miło byłoby się spotkać i fajnie, że pamięta. Dopiero po wysłaniu zorientowałam się, że pod mejlem jest miniaturka zdjęcia z czymś, co wygląda jak ramię, ale to nie było ramię... Dick pic w pełnej erekcji, nagie zdjęcie i połowa twarzy. Wystarczająca do rozpoznania. Ani miłe, ani fajne.

W międzyczasie przyszła odpowiedź - ach, jak mnie podniecałaś, "My bierzemy cię w wannach albo pod kołdrami, Czy ty wiesz o czym ja mówię? Z zamkniętymi oczami"*
Odpisałam mu, żeby spier... (innymi słowami), ale uznałam, że nie będę sknerą. Pokazałam zdjęcie wszystkim wspólnym znajomym.

Krzysiu, wiedz, że WSZYSCY nasi wspólni znajomi przyjrzeli się temu zdjęciu. Wiem, że jesteś z niego bardzo dumny, nie mogłam pozwolić, żeby się anonimowo zmarnowało :).
Zdjęcie mam nadal zachowane na dysku i jeśli się kiedyś spotkamy (a pewnie się spotkamy, to zadziwiająco małe miasto), to skonfrontuję się z tobą bezpośrednio.


* nie oddaję się angielskim turystom (ani nikomu) za pieniądze.

Po co faceci wysyłają zdjęcia swoich fiutów, o które nikt nie prosi?
Kobiety mogą mieć ich tyle ile zechcą.
Facet, który wysyła zdjęcie fiuta jest jak pies, który przynosi śmierdzące truchło. Wiem, że jest z tego bardzo dumny, ale i tak nie zamierzam tego dotykać.
Skąd pomysł, że jakaś kobieta ma w ogóle ochotę oglądać śmierdzące truchło jakiegoś palanta?

Dostałam już wiele takich zdjęć (jak wiele innych kobiet) i za każdym razem widzę ten smutny w sumie wysiłek, żeby dodać choć parę milimetrów. Wypięty, ściśnięty, odgięty, nadęty.

Panowie, kobiety na widok zdjęcia jakiejś marnej marchewy nie mają żadnego zachwytu ani mokrych marzeń. Rozsyłamy je dalej i mamy z nich bekę ze znajomymi. Wyśmiewamy wszystko co tylko może być wyśmiane. To dla nas terapia po "gwałcie przez oczy". Jeżeli nadawca może być zidentyfikowany - tym lepiej. Najlepiej razem z gębą (tinderowe wieprze, nie czujcie się bezpieczni ani anonimowi).
Nigdy żadna kobieta nie powiedziała: wysłał mi swojego kutanga i wiedziałam, że musi być mój.
Żadna nie chciała poznać tego pajaca, który jej wysłał zdjęcie swojego korniszona.
Żadna koleżanka nie była zainteresowana.
Nie ściągamy majtek z wrażenia ani nie odsyłamy własnych zdjęć.

Niechciane znaczy, że nikt nie prosił i najpewniej nie chce.
11

Oglądany: 70278x | Komentarzy: 56 | Okejek: 209 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało