Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nienormowany czas pracy, od czego jest Helmut i inne anonimowe opowieści

48 704  
279   26  
Dziś przeczytacie także m.in. o najgorszym sposobie zerwania związku, przekonacie się jak ważna jest precyzja przy składaniu zamówień i dlaczego czasem warto odpuścić i wymięknąć.

#1.


Wczoraj mój chłopak napisał do mnie list, w którym podziękował mi za trzy lata związku i napisał, że zrywa ze mną, bo już nic do mnie nie czuje.

Nie byłam zła, że zrobił to w taki słaby sposób, bojąc się bezpośredniej rozmowy ze mną. Ba, nawet nie było mi przykro, że wcześniej nie dał mi odczuć, że coś jest nie tak. Nie wkurzyło mnie też, że zdecydował się na takie posunięcie dokładnie trzy dni przed naszym długo planowanym wyjazdem na urlop.
Rozwścieczył mnie natomiast fakt, że pisząc swój list użył czcionki Comic Sans! No kto tak, ku#wa, robi?

#2.

Mam koleżankę z Australii, która od paru miesięcy mieszka w Polsce i jest narzeczoną mojego najlepszego przyjaciela. Amanda, bo tak się dziewczyna nazywa, miała niedawno urodziny. Poszedłem więc do najbliższego zakładu zajmującego się wyrobem ciast na takie okazje i zamówiłem tort. Zamówienie przyjmowała babka w średnim wieku. Poprosiłem ją, aby na górnej polewie czekoladowej zrobiła napis „Wszystkiego najlepszego!” po angielsku.
W drodze na imprezę do moich przyjaciół wszedłem do sklepu odebrać moje zamówienie. Kiedy ceremonialnie otworzyliśmy pudełko, naszym oczom ukazał się tort z napisem „Wszystkiego najlepszego po angielsku!”.

#3.


Kiedy dojeżdżałam do liceum autobusem, to jeździłam codziennie tym samym o tej samej porze. Zawsze też wychodziłam na niego za późno, więc zamiast spacerku na przystanek miałam zawsze bieg o życie.

Pewnej zimy jak zwykle wyszłam za późno z domu. Widzę autobus, zaczynam biec. Biegnę, biegnę, aż tu nagle tracę grunt pod nogami, sunę po lodowej tafli i kończę to pięknym upadkiem na tyłek. Autobus mnie minął, więc już wiedziałam, że nie zdążę. Wstaję więc sobie powoli, patrzę na przystanek, a tam autobus wciąż stoi, co więcej, koło niego stoi kierowca i macha na mnie, żebym się pospieszyła. No to ja znów biegiem, wsiadam razem z kierowcą, mówię dziękuję, życie uratowane, a kierowca wtedy do mnie "Bez mojego maratończyka nie jadę".

Zrobił mi tym humor na cały dzień :)

#4.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym brzdącem, brat nauczył mnie jeździć na składaku bez bocznych kółek. Dumna jak paw chciałam się ciągle z nim ścigać, pokazać co umiem.
Ale w końcu zaproponowałam mu zabawę "kto wymięknie". Ustawiliśmy się naprzeciwko siebie w odległości ok. 50 m i naraz mieliśmy ruszyć na siebie. Dalej każdy pewnie wie o co chodzi, kto wymięknie...

Żadne z nas nie wymiękło.
Brat złamał rękę, a ja miałam rozcięte czoło.

#5.


O uczynnych sąsiadach słów kilka.

Mam takiego delikwenta w klatce, stary kawaler, lat blisko 50, mieszka z mamusią lat blisko 80. Typowy Ferdek stójkowicz z kilkoma kolegami po fachu, co to stoją dzień w dzień na straży porządku pod klatką z butelkami złocistego napoju.
Wizja szybkiego i łatwego zarobku przyciąga go niczym magnes. Miałem niedawno remont, 3 pary skrzydeł drzwiowych, framugi, wór starej glazury i zdemontowane meble kuchenne. Chłop wycenił swoje usługi na 20 zł, gdy spytałem ile za to chce. Uwijał się niczym mrówka, naprawdę człowieka tak zaangażowanego w pracę ze świecą szukać.

Od tamtej pory minął miesiąc, do dziś przychodzi i pyta, czy nie mam nic do wyniesienia, może śmieci chociaż wyniesie, może korytarzyk odkurzy, może podłogę ogarnie. Generalnie gość jest całkiem obrotny i przedsiębiorczy. Sąsiadkom niewychodzącym robi zakupy, leniwym wyprowadza pieski, wnosi ciężkie rzeczy, wynosi śmieci, full serwis i niedrogo. Wszystkich "klientów" i zobowiązania z wyprzedzeniem zapisuje w notesie.

Raz go spytałem: - Czemu ty nie idziesz, chłopie, do pracy?
A on do mnie: - A co to, ja nie pracuję? Nienormowany czas pracy, blisko do domu, wypłata zawsze na czas...

#6.

Rzecz działa się parę lat temu, dokładniej w ostatniej klasie gimnazjum. Byliśmy już po ostatnich testach, cały materiał przerobiony, więc na zajęciach nauczycielka włączyła nam film. A właściwie próbowała go włączyć.

Stary, pamiętający Gierka telewizor stał w zamykanej szafie. Polonistka próbowała ją otworzyć, ale okazało się, że do zamka ktoś włożył gumę. Po wielu epitetach, jak to uczniowie nie szanują wspólnego mienia, wysłała kolegę po woźnego. Woźny przyszedł, zobaczył i stwierdził, że potrzebuje paru narzędzi, więc wróci za chwilę. W tym czasie nauczycielce udało się wygrać walkę z zeschniętą gumą, telewizor włączony, film przygotowany. Jednak w trosce, aby wszyscy dokładnie widzieli obraz, nauczycielka chciała nieco obrócić szafę. Pchnęła ją najwyraźniej z nadprzyrodzoną siłą. W zwolnionym tempie poleciało wszystko. Telewizor, wideo, płyty, kasety, a na to wszystko jeszcze cała szafa. Kobieta wyglądała jakby dostała zawału, krzyknęła tylko "Uwaga!". A zaraz "Nie śmiać się! Ja nie wiem, jak to stało!". Generalnie wszystko przypominało puzzle. W całości został tylko niezniszczalny PRL-owski telewizor.

I w tym momencie wchodzi woźny. Spojrzał, zbladł i powiedział "O ja pierdolę, poradziliście sobie z otworzeniem".

#7.

grayscale photography of woman cleaning glass window

Pracuję za granicą. Sprzątam szkołę specjalną. Głównymi uczniami są dzieciaki z zespołem Downa. Lubię moją pracę, daje mi ogromną satysfakcję... pieniężną oczywiście. Pewnego dnia operuję mopem, ze słuchawkami na uszach, i rozmawiam z mamą. Po skończonej rozmowie widzę, jak przygląda mi się uczeń. Lat około 10. Patrzy na mnie z uśmiechem. Podchodzi, klepie mnie po ramieniu i mówi: Nie przejmuj się, ja też często mówię do siebie ;)

#8.

W moim mieście było kilka hoteli robotniczych (dawne, słusznie minione czasy). W związku z tym po okolicznych osiedlach często kręciły się grupki pijanych, zaczepnych mężczyzn w rozmaitym wieku. Głównie zaczepiali panie, bo cały tydzień poza domem, z dala od żon, walił im na mózg.

Miałam wtedy z 11, może 12 lat, byłam chudym, płaskim podlotkiem. Przyczepił się do mnie jeden z robotników - a to cukierkami częstował, a to kotki chciał pokazywać, a to do kina zapraszał. Nie reagowałam, unikałam jak mogłam. Do czasu, kiedy zaczął się pojawiać pod moją szkołą i domem.

Wracam sobie kiedyś ze sklepu, a tu w bramie mojego bloku stoi ON - mój "cichy wielbiciel". Nie zauważył mnie, więc obeszłam blok dookoła i przez dziurę w płocie wlazłam na podwórko. A tam spotkałam sąsiada, nazywanego przez wszystkich Helmutem. Cholera wie, czy to było imię czy ksywa, w każdym razie Helmut był człowiekiem, który większość życia przesiedział w poprawczakach i więzieniach. Wielki, brzydki, cały w bliznach i tatuażach. Postrach miasta, ale dla "swoich" nieszkodliwy. Honorny facet.

Spotkałam Helmuta, który akurat na ławeczce raczył się winem "Okęcie" i był w nastroju do rozmów. Zapytał skąd wracam, jak tam w szkole, czy babcia na żylaki nie narzeka... I w końcu zainteresował się, dlaczego lezę przez krzaki i dziurę w płocie, a nie bramą? No to mu opowiedziałam o cukierkach, kotkach, staniu pod szkołą i pod domem. Helmut wino dopił, pysk obtarł i poszedł do bramy. Za chwilę wrócił, ciągnąc za sobą mojego prześladowcę. Potwierdziłam mu, że to ten, Helmut kazał mi iść do domu, to poszłam.
Minęła może godzina, pukanie do drzwi, tata poszedł otworzyć, chwilę z kimś porozmawiał i z bardzo zdziwiona miną przyszedł do mnie i powiedział, że Helmut prosił, żeby mi przekazać, że sprawa załatwiona.

I faktycznie, nigdy więcej nie widziałam swojego "wielbiciela". Ale za to strasznie długo musiałam tłumaczyć rodzicom, jakie konszachty łączą mnie z Helmutem.
Tata po tym wszystkim kupił dobrą wódkę i poszedł do niego z podziękowaniami.
A Helmut z właściwą sobie prostotą wyjaśnił mojemu tacie, że "pan szanowny to od nauki i wychowania jest, a od wpierdolu spuszczania to jest on - Helmut".

#9.


Odkąd pamiętam, wiedziałam, że jestem adoptowana. Rodzice pewnie powiedzieli mi o tym, gdy miałam mniej niż trzy lata, a wiadomo, że sprzed tego czasu nie pamiętamy nic. Niedawno dowiedziałam się jednak o tym więcej.

Moja mama (nie biologiczna, ale tak ją nazywam) poroniła cztery razy. Możecie sobie coś takiego wyobrazić? Ja nie. I nie wpadła w depresję, cała rodzina była dla niej wielkim wsparciem. Do tej pory nie wiadomo, jaka była tego przyczyna, prawdopodobnie nieprawidłowa budowa jej układu rozrodczego. Rodzice jednak chcieli mieć dzieci, więc zaczęli rozglądać się po domach dziecka. Wybrali jeden z nich, gdzie były tylko niemowlęta, no i padło na mnie. Pytanie z cyklu "dlaczego ja?" ;) Nie wiem, ale teraz się z tego bardzo cieszę. Przychodzili do mnie codziennie, spędzali dużo czasu. Gdy miałam niecały rok, przeszli przez wszystkie procedury i podpisali papiery adopcyjne. Przyjechała razem z nimi babcia i, choć nie wiedziała, które wybrali... pochyliła się nade mną. Tak więc wybór był podwójny.

Mam 18 lat i czasem zastanawiam się, kim byli ci biologiczni. Czy oddali mnie, bo byli zbyt biedni, żeby mnie wychować. Czy jestem z gwałtu. Czy może byłam kolejnym niechcianym dzieckiem, które zostawili w szpitalu. A może zginęli i dlatego byłam sama? Nie wiem, czy chcę poznać prawdę. Jednak jestem pewna, że ta rodzina, w której jestem, jest tą prawdziwą.
6

Oglądany: 48704x | Komentarzy: 26 | Okejek: 279 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.05

26.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało