Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Filmy, których sequele należą do zupełnie innego gatunku kina niż oryginał

50 220  
194   40  
Szybciej, mocniej, efektowniej! - taka zasada przyświeca filmowym kontynuacjom. Skoro pomysł oryginału zaskoczył i przyniósł twórcom góry szekli, to trzeba go odgrzać, polać ostrzejszym sosem i dodać dużo przypraw, aby zakryć wyraźną nutkę nieświeżości. Mimo że taki przepis zazwyczaj się sprawdza, to czasem filmowcy potrafią nieźle nas zaskoczyć, serwując nam kontynuacje, które bardzo mocno odbiegają od swoich pierwowzorów!

"Rambo - Pierwsza krew II"

Nakręcona 38 lat temu ekranizacja książki Davida Morella to dramat opowiadający o włóczędze - weteranie z Wietnamu, który oprócz mierzenia się ze swoimi wojennymi traumami, musi stawić czoło stróżom prawa dowodzonym przez sadystycznego szeryfa. W tym filmie akcja i przemoc są tak naprawdę tłem dla dość gorzkiego rozliczenia się ze smutnym losem młodych ludzi, którzy doświadczyli piekła wojny, a po powrocie do ojczyzny spotkali się z brakiem zrozumienia i wręcz odrzuceniem przez społeczeństwo.


Pierwotnie "Pierwsza krew" miała kończyć się śmiercią głównego bohatera. Postanowiono jednak usunąć tę (nakręconą już) scenę i zmienić jego los. Oczywiście tylko po to, aby Rambo mógł wrócić w kolejnych częściach filmu.
Zrealizowana trzy lata później druga odsłona przygód słynnego zabijaki to już zupełnie inny rodzaj kina. O ile w "Pierwszej krwi" życie straciła tylko jedna osoba (która nawet nie została trafiona kulą, a po prostu wypadła ze śmigłowca), to tu już możemy podziwiać, jak Rambo faszeruje ołowiem zastępy wrogów i biega bez koszulki, świecąc muskularnym torsem.


Tu już nie ma miejsca na refleksję. Jest za to sporo trupów i mnóstwo bezpretensjonalnej frajdy. Każda kolejna część serii coraz wyżej podnosiła poprzeczkę. Polecam wam obejrzeć film "Rambo: Ostatnia krew" z ubiegłego roku - to "dzieło" jest uroczym, komicznie wręcz okrutnym połączeniem "Uprowadzonej" i "Kevina samego w domu"!

"Robocop 3"

Zrealizowany w 1987 roku "Robocop" był cudownym dzieckiem Paula Verhoevena. Pełen biblijnej symboliki, osadzony w posępnej rzeczywistości amerykańskiej metropolii XXI wieku. Brutalny, ale i niepozbawiony bardzo specyficznego humoru, film o człowieku, który okrutnie torturowany, a następnie zamordowany przez bandytów, powraca do życia dzięki zdobyczom technologii, aby odnaleźć swoich oprawców i zrobić z nich kotlety siekane. Kolejna część była już pozbawiona wielu uroków poprzednika, jednak w dalszym ciągu mieliśmy do czynienia z krwawą, pełną znakomitych efektów specjalnych i charakterystycznego humoru historią.


Zupełnie odarty z tego, co sprawiało, że podczas dwóch poprzednich seansów widzowie kwiczeli z zachwytu, został natomiast "Robocop 3". Produkcja dostała kategorię PG-13 i bliżej jej było do "Power Rangers" niż do swych brutalnych pierwowzorów. Genialna animacja poklatkowa, dzięki której w poprzednich częściach wprawiano w ruch wrogów tytułowego herosa, została zastąpiona marnym makijażem i próbą przekonania nas, że zamiast walczyć z wielkimi maszynami, znacznie lepszym rozwiązaniem będzie pojedynek Robocopa z azjatyckim cyborgiem-ninja. Zamiast kontynuacji bezkompromisowego, brudnego kina akcji, widzowie dostali familijną kupę do obejrzenia podczas obiadu u teściów. Brutalniejszy od tego szajsu jest już dowolny odcinek "Psiego patrolu"...


"Armia ciemności"

Najpierw był "Within the woods" - nakręcony w 1978 roku krótkometrażowy amatorski horror w reżyserii młodziutkiego wówczas Sama Raimiego. Po premierze filmu późniejszy twórca "Spider-Mana" dosłownie wyżebrał fundusze na realizację dwugodzinnej, profesjonalnej wersji swojego debiutanckiego dziełka. W ten sposób powstał genialny "Evil Dead" - produkcja będąca dziś klasykiem kina grozy. Sukces filmu sprawił, że Raimi dostał znacznie większy budżet na realizację sequela. Zamiast jednak kontynuować losy bohatera "Martwego zła", reżyser nakręcił… kolejny remake. Tym razem przyprawiony sporą dawką czarnego humoru.


Mimo że widzowie po raz trzeci już obejrzeli praktycznie ten sam horror, pewne było, że zapłacą oni za bilety na następną część przygód Asha walczącego z demonami nawiedzającymi małą drewnianą chatkę gdzieś w sercu upiornego lasu…
W 1991 roku miała miejsce premiera "Army of darkness". Ku zaskoczeniu fanów poprzednich odsłon serii, produkcja ta nie była horrorem, ale… filmem fantasy osadzonym w realiach średniowiecza!


Jedynym spadkiem po poprzedniku był paździerzowy humor i postać zgredowatego, głównego bohatera. Chociaż zabieg zupełnej zmiany gatunku był bardzo ryzykowny, a przeszczepienie Asha na nowy grunt (i czas!) mogło skończyć się katastrofą, "Armia Ciemności" zachwyciła starych fanów i podbiła serca nowej publiczności.

"Mad Max 3"

Już pierwsze dwie części perypetii Szalonego Maxa mocno od siebie się różnią. Pierwsze spotkanie z tytułowym bohaterem ma bowiem miejsce przed wojną nuklearną, w świecie, w którym upadek społeczeństwa zwiastuje rychłą katastrofę. W sequelu zaś świat pogrążony jest już w chaosie. W dalszym ciągu jednak oba filmy mają ze sobą dużo wspólnego.


Nie można już tego powiedzieć o części trzeciej, która to wydaje się być produkcją zupełnie oderwaną od tego, do czego przywykliśmy po seansach poprzedników. Jedynym łącznikiem pomiędzy "Mad Maxem: Pod kopułą gromu" a wcześniejszymi dziełami jest sam Max, który tutaj wydaje się wepchnięty na siłę. To film znacznie bardziej familijny (dostał kategorię wiekową PG-13), pozbawiony surowości swoich prekursorów. Mniej jest także pościgów samochodowych, które przecież były tak ważnym elementem obu poprzednich części, a główny bohater, zamiast siać śmierć oraz zniszczenie, dużą część czasu wałęsa się z gromadką umorusanych dzieciaków…


Skąd te różnice? Ano stąd, że pierwotnie film ten nie miał z "Mad Maxem" absolutnie nic wspólnego! Według pierwszego scenariusza miała to być postapokaliptyczna opowieść o plemieniu małoletnich, skazanych na siebie odrzutków - ot, taka osadzona w pustynnym świecie, wersja "Władcy much". To George Miller, twórca filmów o "Mad Maxie", zaproponował, aby wepchnąć do fabuły znaną postać słynnego już zabijaki i zrobić z tej produkcji trzecią część historii.

"Obcy 2"

Pierwsza odsłona zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta serii to klaustrofobiczny horror, w którym to załoga statku kosmicznego Nostromo jest sukcesywnie wybijana przez kryjącego się w ciemnościach kosmitę. Zamiast dynamicznej akcji, mamy tu powolnie budowany klimat zagrożenia i konieczności zetknięcia się z nieznanym wrogiem. Tego ostatniego rzadko kiedy możemy podziwiać w pełnej okazałości. Przede wszystkim zabieg taki odarłby tytułowe monstrum ze swej tajemniczości, a ponadto przez pokazanie obcego w dobrym świetle widzowie zorientowaliby się, że mają do czynienia z facetem w gumowym stroju…


Takich obaw nie miał już James Cameron - reżyser sequela. Tu już trudno mówić o horrorze, a raczej o pełnokrwistym akcyjniaku SF. Obcy wyrzynani są w pień przez marines, a rozpierducha jest tak intensywna, że praktycznie brak tu miejsca na złapanie oddechu. Ewentualne niedociągnięcia maskowane są przez dynamiczną pracę kamery, dobry montaż i znakomite efekty SF. Gdyby nie obecność Ellen Ripley i agresywnych kosmitów, to moglibyśmy przysiąc, że mamy do czynienia z zupełnie inną, całkiem świeżą produkcją.

6

Oglądany: 50220x | Komentarzy: 40 | Okejek: 194 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało