Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rzeczy, które były codziennością w latach 90., a których (niestety) dziś już nie zobaczymy

72 160  
339   159  
Wyobraź sobie, że budzisz się jako nastolatek, gdzieś w pierwszej połowie lat 90. Usiłujesz wymacać iPhone’a, lecz zamiast niego w twoją rękę wpada gierka elektroniczna z Tetrisem, a kiedy ze swojego blaszanego żółwia z kineskopowym monitorem chcesz połączyć się z Internetem, okazuje się, że mama gada przez telefon i modem jest zajęty. Pamiętasz ten ból? Masz teraz niepowtarzalną okazję przypomnieć sobie także te miłe, ale dziś już nieistniejące fragmenty życia w czasach, gdy kibole nosili szeleszczące dresy, na miejskich rynkach bez trudu można było kupić broń palną, a ponętna jeszcze wówczas Kasia Figura obiecywała ci seks w cenie 3,77 nowych złotych za minutę.

Wypożyczalnie kaset video

Żeby obejrzeć film w domowym zaciszu, trzeba było nieźle się nagimnastykować i dać nura między regały wypełnione pudełkami po kasetach video, licząc na to, że tym razem "Obcy 3" będzie dostępny. W najgorszym wypadku zawsze można było się zapisać i w umówionym terminie stawić się w wypożyczalni tylko po to, aby zostać poinformowanym, że poprzedni klient wprawdzie nośnik oddał, ale jego magnetowid wciągnął taśmę, przez co pierwsze 10 minut filmu nie nadaje się do oglądania.


Za nieprzewinięcie kasety przed oddaniem groziła kara pieniężna, kastracja i publiczne biczowanie, a p0rnoski zawsze stały na najwyższych półkach. Niczego to oczywiście nie zmieniało, bo dzieciaki w tamtych czasach miały zdolność teleskopowego wyciągania swych rąk i wiele o szczegółach ludzkiej anatomii dowiedzieliśmy się nie z lekcji biologii, ale z bogato ilustrowanych okładek reprezentantów niemieckiej kinematografii wenerycznej…
W tamtej epoce każdy film okupiony był zazwyczaj długim oczekiwaniem, wyprawą osiedloznawczą i ćwiczeniem cierpliwości. Nawet jeśli produkcja okazywała się wybitnie wręcz nędzna, oglądaliśmy ją z jakąś taką większą dozą szacunku dla jej twórców.

Salony gier

Schemat zazwyczaj był podobny - przedsiębiorczy wąsaty brzuchacz wstawiał do jakiejś zbitej z dykt budy kilkanaście sprowadzonych z zachodu używanych automatów z systemem NeoGeo na pokładzie, do tego ze dwa mocno wyeksploatowane flippery i ewentualnie jeden stół do trambambuli, jeśli zostało trochę miejsca. Tyle wystarczyło, aby do tej śmierdzącej grzybem i stęchlizną budy ściągać zastępy dzieciaków z kieszeniami pełnymi monet. A ciul z graniem po sieci w jakieś kosmicznie rozbudowane MMORPG! Znacznie więcej emocji dostarczało okładanie się po pikselowych ryjach w "Street Fighterze 2". Zawsze po przegranej walce można było zdzielić zwycięzcę w czerep. Pod warunkiem oczywiście, że był to wątły chłopczyk w pinglach.


Analogowy system komunikacji szkolnej

Wysłanie wiadomości na komunikatorze to prościzna niewymagająca praktycznie żadnej zręczności. Sztuką było bez ściągnięcia uwagi nauczycielskiego oka przekazać systemem sztafetowym zawierającą cenną treść karteczkę z jednego końca sali na drugi. Towarzyszył temu zastrzyk adrenaliny, szczególnie wtedy, gdy wiedziało się, że zapisana na papierku informacja absolutnie nie może dostać się w ręce facetki i niepowodzenie misji jest równoznaczne z koniecznością zjedzenia karteczki. Taki (często zawodny) system komunikacji uczył nas sprytu, a niekiedy i aktorskiej wręcz improwizacji!


Kafejki internetowe

Ten wynalazek pojawił się gdzieś w połowie lat 90., w czasach kiedy wszystkie dzieciaki umiały już obsługiwać komputery, ale żaden nie miał wystarczająco bogatych rodziców, aby posiadać w domu Internet z szybkim łączem.


Nie było jednak czego żałować. Internet stanowiła wówczas sterta pstrokatych, otwierających się latami stron o nędznej treści! Do kafejek internetowych chodziło się głównie po to, aby posiedzieć na czatach. A była tego cała masa - każdy szanujący się portal dawał swoim odwiedzającym możliwość korzystania z chat-roomów, za pomocą których można było poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach, wymieniać się tytułami fajnych kapel (gusta wielu dzisiejszych 30-latków ukształtowały się dzięki tematycznym pokojom czatowym!), a nawet umówić się na spotkanie "w realu" z jakąś ponętną niewiastą. Problem w tym, że ówczesna technologia początkowo nie pozwalała na przesyłanie zdjęć pomiędzy czatującymi, więc często na randkę przychodziła dziewoja o urodzie Jerzego Kryszaka i wyporności batyskafu.

Budki telefoniczne

Nie, nie twierdzę, że możliwość posiadania urządzenia, które jednocześnie jest telefonem, komputerem, aparatem fotograficznym, konsolą do gier, mapą, odtwarzaczem muzyki, dyktafonem jest absolutnym złem. Problem w tym, że to małe gówno skupia na sobie czasem za dużo uwagi i bezczelnie pożera czas. Do tego gwarantuje ciągły kontakt z nami, nawet wtedy, gdy niekoniecznie sobie tego życzymy. Budki telefoniczne miały w sobie pewien urok - dawały nam możliwość wykonywania połączeń międzymiastowych, ale i jednocześnie były miejscem pielęgnowania kontaktów międzyludzkich. Często bowiem do jednego takiego urządzenia ciągnął się długi ogonek, więc z braku innych rzeczy do roboty, trzeba było gadać z innymi czekającymi na swoją kolej obywatelami.


Poza tym ci, którzy weszli w posiadanie tajemnej wiedzy pradawnych druidów, wiedzieli jak za pomocą starej kasety video i kleju sprawić, aby będąca zastępstwem dla żetonów karta magnetyczna drastycznie zwiększyła swoją "pojemność"!

Ekologia z przymusu

W dobie dbania o redukcję plastikowych odpadów i szczerą troskę o środowisko naturalne warto przypomnieć sobie wczesne lata 90., kiedy to na każdym osiedlu znajdował się na przykład zakład szewski. Dziś tandetne, kupione w sieciowych sklepach trampki kosztują grosze i często niszczą się po kilku tygodniach użytkowania. Wówczas wyrzucamy je i kupujemy nowe. Szkoda, że nie mamy już w zwyczaju zanoszenia uszkodzonych butów do "obuwniczego doktora", który za pomocą specjalnego kleju i sobie tylko znanej magii doprowadzał je do porządku.


Zepsuty zegarek? Szło się do zegarmistrza - takiego gościa z lupką w oku, który rozkładał mikroskopijny mechanizm na czynniki pierwsze i w mig znajdował źródło awarii. Oba te zawody są dziś praktycznie martwe, a znalezienie prawdziwego specjalisty w jednym z tych fachów często graniczy z cudem.
Na początku ostatniej dekady ubiegłego wieku mleczarze w dalszym ciągu dostarczali nam pod drzwi butelki z mlekiem, zabierając na odchodnym puste zbiorniki, które po wyparzeniu wracały do służby.


Segregacja śmieci? Nie istniała, ale nie było też w zwyczaju sprzedawania cholernych bananów zapakowanych w jakieś skurwiałe tacki i plastikowe worki obowiązkowo opatrzone znaczkami typu "Turbo-BIO" czy "Hiper-EKO" (bo wiecie, toniemy w odpadkach, Greta płacze, a żółwie morskie dławią się foliówkami!). Zamiast do supermarketu chodziliśmy na lokalny rynek. Tam większość rzeczy kupowało się od baby na wagę, a promowana dziś ideologia "zero waste" nie była efektem mody, a zwykłą zdrową koniecznością.
21

Oglądany: 72160x | Komentarzy: 159 | Okejek: 339 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało