Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Uratował dwie małe dziewczynki przed pumą - niezwykłe historie zwykłych psów

35 102  
279   75  
Dzisiaj przedstawię wam historię Morocho - doga argentyńskiego, który uratował dwie dziewczynki przed pumą.


Gdyby diabeł miał zamieszkać na Ziemi, prawdopodobnie jako swojego pupila wybrałby właśnie Dogo Argentino. Psy tej rasy budzą respekt już z 50 metrów, a gdy spotkamy się z nimi twarzą w pysk, lepiej żebyśmy akurat mieli na sobie pieluchę. Biała, krótka sierść, ogromny pysk z wielkimi i ostrymi jak brzytwa zębami oraz mięśnie, które sprawiają wrażenie, jakby chciały wyrwać się spod skóry psa. Dog argentyński nie jest pozerem, niczym napakowany gość z włosami na żel i ramieniem ozdobionym w tribala z henny. To myśliwy doskonały, pies użytkowy stworzony tylko w jednym celu - do polowania!



Początek tej rasy sięga 1928 roku, kiedy to argentyński lekarz Antonio Nores Martinez opracował wzorzec rasy i rozpoczął hodowlę. Przeznaczenie było jedno: pies miał być idealnym myśliwym, głównie na grubą zwierzynę oraz drapieżniki występujące w Argentynie. Sama mieszanka ras psów, które doktor Martinez wybrał do stworzenia doga argentyńskiego sprawia, że jeżą nam się włosy na głowie.

To tak jakbyśmy chcieli stworzyć żołnierza doskonałego i do piekarnika wrzucili ciasto z Kuby Rozpruwacza, Geralta z Rivii, Hulka i Napoleona. Gdy piekarnik zrobiłby „piiiiii”, oznajmiając koniec pieczenia, z foremki wyszedłby do*ebany jak Hulk, inteligentny jak Napoleon, szybki jak wiedźmin zabójca z psychiką Kuby Rozpruwacza. To nie żarty. Dla przykładu jedną z ras, którą wykorzystał doktor Martinez był bojowy pies z Cordoby. Rasa stworzona tylko do walk psów. Psy te były tak agresywne, że kopulacja między suką a psem tej rasy była niemożliwa - psy zamiast przejść do przyjemnego zadbania o przedłużenia ich linii po prostu walczyły na śmierć i życie.

Poniżej przedstawiam wam, z „czego” składa się Dogo Argentino, sama śmietanka psiego półświatka:



Na szczęście doktor Martinez wiedział, że napakowany tępy osiłek będzie dobrze spisywał się przyczepiony łańcuchem do budy na terenie jakiegoś tartaku, ale żeby być myśliwym, trzeba posiadać opanowanie i inteligencję. Tak więc Dogo Argentino to na co dzień opanowany pies, który mało szczeka. Jest on jednak nieufny wobec obcych (jeżeli wejdziecie na jego posesję, to nic nie powie, tylko od razu was zagryzie). Nieprzyzwyczajony do innych psów, może być w stosunku do nich agresywny - jeżeli zaczyna walczyć, walczy do upadłego - w swoim systemie operacyjnym nie ma opcji „odpuść”. Przy takich wymagających rasach świadome i odpowiedzialne wychowanie czworonoga jest konieczne - jeżeli wszystko zrobimy dobrze, Dogo Argentino będzie kochającym członkiem rodziny, idealnie zajmującym się najmłodszymi.

Gdy już wiemy co nieco o „białym myśliwym”, to pora na bohatera tej historii - Morocho de la Cocha. Nawet imię tego doga brzmi majestatycznie. Pies ten pokazał, czym jest prawdziwa miłość do człowieka.

Ulisses był farmerem, szczęśliwym ojcem 10-letniej Sofii oraz właścicielem wzorcowego doga argentyńskiego o imieniu Morocho. Pewnego słonecznego dnia Ulisses zabrał Sofie i Morocho na swoją farmę w La Cocha. Towarzyszył im jego pracownik Tomas, który również zabrał swoja córkę - Yoli. Na miejscu mężczyźni wzięli się do pracy, a dziewczynki pobiegły w stronę ogromnego drzewa figowego. Tutaj dodam, że teren, o którym mowa, znajdował się w górach i był ogromny - około 3000 hektarów. Do najbliższej cywilizacji było naprawdę daleko.

Dziewczynki szybko dobiegły do dobrze znanego drzewa i pewnie w głowach miały już tylko pyszne figi. Szybko okazało się, że z całego planu objadania się figami, kiedy ojciec ciężko kopał szpadlem, wyjdzie figa. Drzewo już było zajęte - i to nie przez byle kogo, tylko przez pumę. Pumy w Argentynie są jak strajki w Polsce - są popularne i duże, czasem mogą zrobić komuś krzywdę. Ten osobnik był naprawdę duży, bo ważył około 80 kilogramów. Siedzi może gdzieś tam obok was wasza domowa kicia? Wyobraźcie sobie, że waży 20 razy więcej, ma 20 razy większe pazury i pysk.

Skoro wyobraziliśmy sobie, jak dziewczynkom z figi zrobiła się lipa, wróćmy do historii. Yoli za bardzo nie patrzyła gdzie wchodzi, w sumie jak byłem mały i wchodziłem na drzewa też nie patrzyłem, czy nie wygrzewa się tam puma, tylko że to nie była Argentyna. Po paru susach/wdrapnięciach Yoli zobaczyła kota. Przestraszyła się i niestety nie zaczęła ucieczki z klasą, a spadła z drzewa. Na szczęście dała radę biec i razem z Sofią, która była na dole, rozpoczęły ewakuację w stronę zabudowań farmy. Puma pewnie pomyślała „ja pie*dolę, ledwo tu weszłam, a już muszę schodzić” i rozpoczęła pogoń.

Zarówno puma, jak i dziewczynki nie wiedziały o jednym. Kiedy Sofia i Yoli pobiegły w stronę drzewa, kawałek za nimi trzymał się wierny Morocho. Puma szybko zeskoczyła z drzewa i na pewno dogoniłaby dziewczynki, gdyby nagle nie pojawił się Morocho w trybie „egzekutor”. Mimo że pies był prawie dwa razy lżejszy, walka była wyrównana, puma zadała mnóstwo... hmmm, drapnięć? Summa summarum Morocho zagryzł swojego rywala, ale sam mocno ucierpiał. Tomas, kiedy usłyszał krzyki dziewczynek, od razu pobiegł w stronę drzewa - myślał, że to wąż (myślisz, że twoje dzieci zaatakował wąż, ale to jednak puma, ufff...).

Kiedy dobiegł na miejsce walki, zobaczył ledwo sapiącego doga, martwą pumę i całe dziewczynki. Połączył te fakty: Morocho był bohaterem. No dobrze, ale rany były poważne, Tomas wraz z Ulissesem zabrali Morocho na farmę. Czy Morocho przeżył, na to odpowiem wam w następnym odcinku. Dziękuję!



Żartuję, odpowiem teraz - TAK! Przeżył. Morocho potrzebował 10 dni, żeby wyzdrowieć. Ja ostatnio jak wszedłem na klocek lego w czasie nocnej wycieczki do lodówki cierpiałem jakieś dwa tygodnie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Morocho nie miał żadnej traumy. Nadal jest szczęśliwym psem, który daje sobie wchodzić na grzbiet dziewczynkom, które uratował. Merda ogonem i pewnie obsikuje każdy hydrant, który napotka. Dla niego to nic wielkiego, on po to jest i oddałby życie za swoją ludzką rodzinę.

* * * * *

Nie jestem jakimś psim specjalistą, nie skończyłem kynologii, dlatego jeżeli napisałem coś nie tak o rasie, to przepraszam. Nie studiowałem również nauk humanistycznych - dlatego forma, błędy i stylistyka pozostawiają pewnie wiele do życzenia. Kocham jednak psy i to, jakie są. Historia Morocho jest tego idealnym przykładem. Jeżeli podobał wam się ten artykuł, chętnie będę zamieszczał więcej „Niezwykłych historii zwykłych psów”.
14

Oglądany: 35102x | Komentarzy: 75 | Okejek: 279 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało