Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Kulawy bawił się na koncercie Bon Jovi - wrażenia, spostrzeżenia, przemyślenia...

42 208  
269   76  
Od koncertu minęło już trochę dni, ale musiałem sobie wszystko poukładać. A jest co opisywać, bo to koncert widziany z innej perspektywy - z perspektywy kochającego muzykę kulawca poruszającego się na wózku inwalidzkim.
Cała przygoda zaczęła się na długo przed koncertem. W grudniu zostały zakupione bilety dla kulawego i opiekuna i odtąd żona (wierna fanka zespołu) odliczała miesiące, dni, a potem godziny. W międzyczasie postanowiłem zakupić bilet na parking, by wygodnie dojechać na stadion. Zadzwoniłem więc na infolinię Narodowego, tam wytłumaczyli mi, bym kupił bilet na parking zewnętrzny za 20 zł ważny w dniu koncertu, a potem wraz z biletami na koncert dla osób niepełnosprawnych stewardzi pomogą mi w dojechaniu na miejsce. Ponieważ jestem ugodowy, a 20 zł na cały dzień parkowania w Warszawie to nie pieniądz, zrobiłem jak mi kazali. Na bilecie napisali, że wjazd od Sokolej lub Zamoyskiego. OK. Od Sokolej miałem bliżej, więc zadzwoniłem jeszcze raz pytając jak jechać, w razie gdyby jednak stewardzi nie ogarnęli. Zostałem poinformowany, że mam wjechać prawym pasem i po przejechaniu pod wiaduktem kolejowym i skrzyżowaniu z ulicą Siwca mam pojechać w prawo tą ulicą aż do bramy numer 1. W żadnym wypadku na lewo, bo tam droga prowadzi na parking i musiałbym wyjechać z parkingu i wjechać nań ponownie, by dostać się do miejsc dla kulawców, a bilet można kasować tylko raz. Brzmiało prosto, ale życie życiem i okazało się, że było wesoło. Zatem nastał długo wyczekiwany 12 lipca, podjechałem do ulubionego miejsca polowań mojego samochodu, czyli na stację paliw, zatankowałem auto, ustawiłem nawigacje i w drogę. Ahoj, przygodo!


Droga jak droga. Piątek, korki, pełno karetek i motocyklistów. Jak zawsze starałem się jechać, by nie utrudniać życia innym i by mi dziękowali za uprzejmość. Bo jestem kierowcą uprzejmym.

Prawa w górę w podzięce za jazdę blisko prawej krawędzi i przepuszczenie jednośladu. Mnie nie ubyło, a inni pojechali bezstresowo.

Dalsze rozmowy wynikają z nagrań z wideorejestratora. Więc na bramkach padło magiczne:
- Za wiaduktem w lewo!
Na nic nie zdało się tłumaczenie, że miałem w prawo, bo jestem osobą niepełnosprawną. Nie, bo nie. Dalej mają mnie poprowadzić stewardzi. No i prowadzili.


Zrobili to na tyle skutecznie, że... opuściłem parking i musiałem wjechać nań jeszcze raz. Co ważne, z raz skasowanym już biletem bez możliwości powtórnego skasowania. Tak więc odbył się wjazd na parking, podejście drugie, z nieważnym biletem...


Pan na szczęście wykazał się zrozumieniem. Powiedział, że powinni mnie w prawo od razu skierować, a nie tutaj, powiedział, by jechać prosto do końca, tam steward wskaże drogę. I wskazał. Hasło dla niepełnosprawnych zadziałało jak "sezamie, otwórz się" i pachołek poleciał w bok. Jedziemy tam gdzie VIP-y, jak się okazało.


Koniec końców dotarliśmy pod bramę, tam sprawdzili auto pod spodem takimi sprytnymi lustereczkami, czy jakiej bomby nie miałem (nie miałem). A potem padły słowa:

- Kierowca wysiądzie i otworzy bagażnik.
Mówię do żony.
- Żonka wysiądź i otwórz i pokaż panu bagażnik.
Żona wysiada, a ten krzyczy na mnie:
- KIEROWCA WYSIADA, POWIEDZIAŁEM!

Więc wytłumaczyłem, żeby sobie sam bagażnik otworzył, bo w nim jest mój wózek inwalidzki i bez niego nie wysiądę, bo albo żona otworzy i pokaże, albo pan sam się obsłuży. Panu się głupio zrobiło, bo odszedł, podeszła miła pani, poprosiła żonę o otwarcie, sprawdziła, że wózek to wózek, a nie bomba i poprosiła o bilety. No i tu się okazało, że mamy nie taki bilet parkingowy, jak potrzeba. Bo powinniśmy mieć taki za zero złotych pod stadion, a mamy za 20 na parking. Zapytałem, czy możemy na taki wjechać. Ale okazało się, że bilety na koncert są właściwe i nie robiła problemów (za co dziękuję), wpuściła nas na te bilety. W podziemiach pan powiedział, że VIP-y na pierwszy poziom. Ale naprostowaliśmy go, że my takie zwykłe normalne ludzie, choć jeden kulawy. Pan wskazał nam miejsce i oto zaparkowaliśmy. Prawie pod sceną, choć parę poziomów niżej. Po ponad 20 minutach parkingowych przebojów.


I w tym momencie cała parkingowa przygoda stała się nieistotna. Byliśmy na miejscu i tylko to się liczyło.

Osoby niepełnosprawne na stadionie

Sam stadion jest w 100% przystosowany dla osób na wózkach. Wjechaliśmy windą na poziom 0 i miałem przed sobą gładką jak stół drogę. Mili stewardzi pokazali nam, gdzie nasz sektor i oniemiałem. Jakie to jest pomysłowe. Za szklanymi bramkami wysokości około metra jest krzesełko dla opiekuna i miejsce na wózek. Pomysł naprawdę genialny, bo opiekun nie stoi jak kołek. A także z tyłu za siedzeniami jest tak ze 2 metry wolnego (wydzielone z naprawdę szerokiej alejki), więc nie ma absolutnie żadnych problemów z manewrowaniem. Brawa i czapki z głów! Zobaczyliśmy, gdzie nasze miejsca i ruszyliśmy na obchód stadionu. Żona była smutna, że nie ma koszulki Bon Jovi, a ponieważ szczęśliwa żona to wspaniała żona, to taką koszulkę jej zakupiłem i już nie była smutna. Ten osioł w koszulce Dodge to ja, gdyby ktoś pytał...


Potem stadion zaczął się wypełniać, zaczął grać support i robili co mogli. Ale uważam, że bardziej by rozgrzał publiczność rodzimy zespół. Jakiś Enej, Wilki czy IRA byłyby zdecydowanie lepszym wyborem. Po supporcie nastąpiła przerwa, więc udaliśmy się na miejsca.

I tu nastąpił bardzo duży zgrzyt

Rozejrzałem się po miejscach dla niepełnosprawnych i zrobiło mi się smutno. Bo na kilku siedziały dziunie, a obok nich zdrowe chłopy, które co i rusz latały po piwo. Ludzie, czy naprawdę nie jest Wam wstyd zajmować miejsca wózkowiczom? Tych miejsc było nie wiem ile, może ze 20. I nawet te jakieś Janusze wykupiły? Ludzi na koncercie było około 50 000, bilety były jeszcze dostępne na tydzień przed koncertem. A tu taki zonk. Jakiś wózkowicz nie zobaczył ukochanej kapeli, bo jakiś Janusz biznesu mu miejsce podkupił, zamiast kupić inne miejsce, na które może z powodzeniem wejść. Kulawy nie może. Musi liczyć na pulę biletów, które przewidział organizator. Uszanujcie to, proszę. Może gdyby organizator nie wpuszczał takich osób pomimo wykupionego biletu byłoby lepiej? Może by zrozumieli? Może warto lepiej oznaczać te bilety, że są dla osoby niepełnosprawnej poruszającej się na wózku i jej opiekuna. Może wtedy nie byłoby takiej patologii?

Publiczność na koncercie

Generalnie publiczność można podzielić na dwie podstawowe grupy. Fani znający każde słowo każdej piosenki oraz pozostali. Wśród pozostałych są tacy, co zespół lubią, oraz tacy, co przyszli do towarzystwa. Moja żona jest fanką, ja jestem tym, który zespół lubi i zna większość ich kawałków. To wystarcza, by podjąć decyzję pójścia na koncert. Ale wśród publiki zdarzają się różne ewenementy. Jest więc taki rozrywkowy gość, który dla kurażu wypił kilka piw, i porwała go muzyka, jest taki, co wypił kilka piw za dużo i uciął sobie drzemkę na wolniejszych kawałkach, jest taki, co postawił piwo na podłodze, zapomniał o nim i potrącił je nogą, wylewając je. Jest ten przyjacielski, który zapoznaje się ze wszystkimi wokół, obejmuje wszystkie okoliczne dziewczyny co chwila sypiąc żartami, które śmieszą tylko jego. I jest taki, który kursuje głównie w kierunku baru i ubikacji. I jest ten najgorszy. Posiadający wszystkie te cechy. W dodatku klaszczący głośno, totalnie nie w rytm i śpiewający kawałki w swoim języku, co brzmiało to tak:
Szatunaha myją tu wlej maja jugiw low a bed nejm!
Albo:
Ooooo sika łyka ranałej.
Jeżeli jesteś to sobie w stanie wyobrazić, to masz obraz typa, który siedział przede mną. Spokój miałem, gdy odpadł i zrobił sobie drzemkę. No cóż - bywa i tak. Charakterów ludzi siedzących przed nami się nie wybiera. Wszystko to nieważne, bo oto nastała 20:30 i na scenę weszli ONI:

Bon Jovi

I zanim zaczęli grać powiedziałem żonie, że jeśli zagrają "I'll be there for you" będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. No uwielbiam ten kawałek i nic na to nie poradzę. Jako pierwszy poleciał "This House Is Not for Sale". Wiadomo, pierwszy kawałek to frycowe płacone dla akustyków, by ustawili wszystko jak trzeba. Więc albo gitary popłyną, albo klawisze, albo wokal. Bo podczas prób niby wszystko się ustawia, ale co innego robić to na pustym stadionie, a co innego, gdy ów wypełniony jest przez 50 000 ludzi. A na Narodowym akustyka jest jaka jest i każdy zespół się zmaga z tym samym problemem, by to ogarnąć. Jednym wychodzi lepiej, innym gorzej. Z mojego miejsca bardzo słabo było słychać Johna. Choć nie wiem, może miał gorszy dzień, a może zwyczajnie czas przestroić się w dół. Bo zwyczajnie jak głos wokalisty zaczął docierać i śpiewał potężniej, to słychać było, że miejscami z tonacją sobie nie radzi. No i czasami nie trafiał w tempo utworu. Wyglądało to tak, jakby zawodziły odsłuchy, a John śpiewał do tego, co się od przeciwległych trybun odbije. Za to sam zespół robił co mógł. I naprawdę szacunek im za to, bo z oryginalnego składu zostali tylko Tico na perkusji, David na klawiszach i John. Ale tak naprawdę najwyższa z możliwych ocen należy się fanom. Reagującym żywiołowo, wspierającym Johna i doskonale się bawiącym. No i sam dobór kawałków na koncert był wyśmienity. Każdy mógł się poczuć usatysfakcjonowany.


Potem poleciały megahity, czyli "Raise Your Hands", "You Give Love a Bad Name" oraz "Born to Be My Baby". Następnie dwa kawałki z "Lost Highway", czyli "Whole Lot of Leavin" i tytułowy "Lost Highway". A potem Jonh zaczął się troszkę droczyć z publicznością i zagrali to:

https://youtu.be/2RpNRpMNl0U
Nie sądziłem, że usłyszę "Runaway" na koncercie, ale usłyszałem! A potem zagrali: "We Weren't Born to Follow", "Have a Nice Day", nieco niepotrzebnie rozciągnięte w czasie "Keep the Faith". I nadszedł kolejny kawałek, przez który stadion stał się magiczny. Ten kawałek to "Amen". A magia? Spójrzcie sami:

https://youtu.be/4Yp3gpagBsw
No ciary wszędzie. Po nim nastąpiło "Bed of Roses", a w jego trakcie nastąpiło coś, przez co kocham chodzić na koncerty. Chwile, które pamięta się do końca życia. Nie chodzi o fankę, która sobie z Johnem zatańczyła. Nawet nie zwróciłem na nią uwagi. Koło mnie siedział chłopak na wózku. Widać było, że naprawdę cierpiący. Jego dziewczyna/żona/narzeczona - to nieistotne - zaczęła z nim tańczyć na tej wolnej przestrzeni za nami. Twarz chłopaka totalnie się odmieniła. Zagościł na niej uśmiech i w tej jednej chwili podczas tej piosenki cały świat był ich. Nie liczyło się nic, nie liczył się nikt, byli tylko oni. Cholera - wzruszyłem się wtedy. Naprawdę, potężnie wzruszyłem. Dzięki, John, że dałeś tyle radości tym ludziom nawet o tym nie wiedząc... Dalej poszło "Roller Coaster" i "It's My Life", które stało się balladą poprzez zwolnienie tempa piosenki. I gdy już myślałem, że to będzie taki koncert na 60% możliwości zespołu, przyszło "We Don't Run". Bezapelacyjnie najlepszy numer tego koncertu. Zabrzmiał potężnie, John się postarał wybrzmieć ponad muzyką, a sami muzycy zaserwowali nam totalny muzyczny walec, który przejechał po stadionie i zrównał go z ziemią. Tak potężnie brzmiące Bon Jovi to ja rozumiem i kupuję w każdej postaci. Kawałek wcisnął mnie w wózek. Niesamowity, najjaśniejszy punkt tego koncertu. Na "Wanted Dead or Alive" fani chcieli zrobić wielką biało - czerwoną flagę. Na dole z podświetlonymi czerwonymi kartkami, na trybunach białe latarki. Wyszło połowicznie dobrze, bo chyba akcja była mało nagłośniona.


Potem zespół zagrał takie hity jak: "Lay Your Hands on Me", "Captain Crash & the Beauty Queen from Mars", "I'll Sleep When I'm Dead" i ma zakończenie koncertu "Bad Medicine", na którym John już wyraźnie nie wyrabiał. Jednak publiczność biła brawa i skandowała nazwę zespołu (też biłem i skandowałem, a co! - taki jestem). Po kilku minutach wyszli. John założył bluzę, którą dostał w prezencie od polskich fanów i zagrali... "I'll Be There for You". Odpłynąłem. Zwłaszcza że piosenkę wydłużyli, fani śpiewali to "ooo" z zespołem. Dałem się ponieść. W sumie na to czekałem. Ale zespół przygotował jeszcze jedną niespodziankę. Był nią utwór "Livin' on a Prayer". A po nim wybiła godzina 23:00 i zeszli ze sceny żegnani owacjami.


Przyjemny szum w uszach, wyjście z koncertu, wyjazd ze stadionu zajął mi godzinę, kolejne dwie godziny wyjazd z miasta (tu uwaga - jak ktoś najedzie ci niegroźnie na tył auta - zjedź na pobocze, a nie stoicie na prawym pasie paraliżując ruch na Armii Ludowej). Potem godzina podróży (nadal przyjemny szum w uszach i jeszcze przyjemniejszy pomruk V8), dotarcie do domu, obowiązki opiekuna paru stron zostały wypełnione i poszedłem spać. W uszach jeszcze szumiało. Wstałem w sobotę już bez tego przyjemnego pokoncertowego przytkania. Szkoda. Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Zatem jak ktoś mnie spyta, jak było - odpowiem "zajebiście". Lubię koncerty i zespoły, które grają na żywo. Z szacunku dla fanów. Nie wspierają się playbackiem.

Następny duży koncert kolejnej amerykańskiej legendy już 21 sierpnia. Zagra moja ukochana Metallica. Czy będę na koncercie? Nie będę niestety. Nie ma już biletów i od dawna nie było. Poruszyłem niebo i ziemię, łaziłem, jak to się mówi, od Annasza do Kajfasza. Firma sprzedająca bilety poradziła mi, bym napisał do organizatora koncertu. Napisałem z prośbą o zakup biletów, organizator nie odpisał (Edit 25.07.2019: właśnie odpisał kierując mnie do sprzedawcy biletów, a tam radzili, by napisać do organizatora). Pisałem ogłoszenia, że poszukuję takich biletów dla kulawca i opiekuna gdzie się da. Liczę na cud, że jednak zobaczę Metallicę. I jednocześnie mam świadomość, że kilka miejsc zarezerwowanych dla wózkowiczów wykupili przedsiębiorczy Janusze z dziuniami. Przykre to. Nie będzie tego miłego szumu w uszach. Niemniej nie załamuję się i liczę na łaskę niebios, że ktoś jednak bilet odsprzeda i pojadę. Póki co jest jak jest.

Na zakończenie napiszę tylko:
Kto był na Bon Jovi, ten zobaczył niezły show, a kogo nie było, niech żałuje!
26

Oglądany: 42208x | Komentarzy: 76 | Okejek: 269 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.11

18.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało