Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Z bojownikiem przez Tajlandię cz. VI: Ciemna strona Bangkoku

30 866  
181   25  
Kiedy w styczniu dwa lata temu pisząc ostatnią część tajskiej przygody wspomniałem "I jeżeli będę miał okazję wrócić, poznać nowe tereny, lub nawet w te same, zrobię to z miłą chęcią" nie spodziewałem się, że nastąpi to rok później. Ten wpis powstał specjalnie dla Was, a nawet z myślą o Was.

#1. Wstęp

Tym razem było inaczej, wyjazd był inny, bardziej szalony. Podczas przygotowań wziąłem pod uwagę wszystkie Wasze komentarze (tak tak, te trollowe też) nie tylko po to, aby sprawdzić teoretycznie opisywane wcześniej przez siebie rzeczy, ale także rozprawić się z krążącymi na temat Tajlandii mitami (baby z kutasami, ale o tym dalej). Zanim jednak do tego dojdziemy, chciałbym chwilę poświecić temu, jak wygląda i co się zmieniło w kraju po zakończeniu panowania Ramy IX?


Nic! Tak, zupełnie nic. A przynajmniej dla turystów. No dobra, wydaje mi się, że ubyło na ulicach portretów Ramy IX, w ich miejsce natomiast pojawiły się obecnie panującego oraz rodzinne. Banknoty i monety pozostały jednak dotychczasowe. I na tym można by było zakończyć opowieść, gdyby nie następca tronu Maha Vajiralongkorn, czyli Rama X. Budzi on na tyle mieszane uczucia wśród Tajów, że na jego temat z powodzeniem można napisać oddzielny artykuł. Oczywiście opierając się na doniesieniach medialnych, bo próżno szukać Taja do rozmowy o królu.


O ile Bhumibola Adulyadeja (Rama IX) określany był w biograficznej książce Paula Handleya "autorytetem moralnym i ucieleśnieniem wszystkiego, co tajskie", to "moralność" obecnego jest, skromnie mówiąc, odmienna. Swoją największą popularność posiada wśród niemieckiej prasy i imprez organizowanych w swoich bawarskich willach. Cóż, Tajowie jaj se nie wyrwą i ot tak władcy nie zmienią, pomimo tego, że bardziej widzieliby na tronie Maha Chakri Sirindhorn, siostrę Bhumibola. Lubiana jest przez społeczeństwo chociażby za swoją działalność charytatywną, jednak zgodnie z linią sukcesji tron należy się potomkowi męskiemu. Ale dzisiaj nie o nim.

#2. Zakamarki Bangkoku

Wspominałem kiedyś o mniej turystycznych ulicach. Czy faktycznie jest tak źle?


Nie trzeba specjalnie daleko odchodzić od głównych szlaków, aby zobaczyć powyższe czy poniższe scenerie.




Co nie oznacza, że musimy się jakoś specjalnie naszukać. I wszystko zaledwie kilka kilometrów od Rambuttri.


Zapędzając się w niektóre zakamarki można odnieść wrażenie, że faktycznie wyglądają tak jakby świat tutaj rzadko kiedy zaglądał.



Prawdopodobnie zaniedbany cmentarz

Nie to, żeby było tam jakoś odrażająco, odpychająco (żyłem kiedyś w lubartowskim internacie czy wrocławskim akademiku i moja tolerancja na pewne widoki zdecydowanie wzrosła), śmierdziało, czy cokolwiek ktoś sobie pomyśli...


Ale jak widać na załączonych obrazkach...


...ludzie się tym specjalnie nie przejmują lub nie mają wyjścia...


...i po prostu tak żyją.


Mimo wszystko nawet w takich miejscach najczęściej jesteśmy witani uśmiechem.


Czy są gorsze miejsca? Być może, Bangkok ma powierzchnię 1568,7 km 2 i prawie 10 mln ludzi, co daje możliwość znalezienia gorszych miejsc.

#3. Seksturystyka

O tym, że w Bangkoku każdy znajdzie coś dla siebie, wspominałem tutaj. Można nie tyle co podwoić, ale nawet potroić swoją szansę na udaną randkę, jeżeli ktoś dodatkowo lubi kobiety z niespodzianką między udami.


Ulica czerwonych latarni w Bangkoku, naprzeciw jest oferta dla Bojowniczek.

Zapewne nie jestem pierwszym, który postanowił to sprawdzić, ale pierwszym, który tutaj o tym napisze. Zatem jak to wszystko wygląda?
Przyznam szczerze, że wypady były nieco ryzykowne, zarówno dla zdrowia, jak i życia (o tym dalej), ponieważ nie wiedziałem w co się pakuję, a niemal wszędzie wybierałem się sam. No ale czego się nie robi dla ciekawskiego grona Bojowników? No dobra, nie wszystko. Np. zdjęć na ulicy z panami do towarzystwa. Mało ludzi, ryzyko wpierdolu, a widok całujących się staruchów z młodymi Tajami może mocno zniesmaczyć. Dlatego ten wątek pominę.

Wybierając się na Patpong mamy prawie wszystko w jednym miejscu lub jego okolicy. Wystarczy przejść się obrzeżami bazaru ze sprzedawanymi tam podróbkami i zamiast na stragany spojrzeć w przeciwną stronę, ewentualnie wejść po schodkach na górę i już jesteśmy na miejscu.


Mniej więcej wyglądało to tak: za dnia odwiedzanie zabytków, a w nocy cycków innych ciekawych miejsc. Tych w Bangkoku nie brakuje, ale dzięki temu, że wiele jest blisko siebie, można oszczędzić sporo czasu. Mając do dyspozycji raptem kilka nocy, nie musimy zaraz wydymać wszystko co się rusza, zbadać? yyy... no wiecie... Nie? OK...
Co zatem znajdziemy?

Kluby Go-go


Jak myślicie, które to facet?

Najlżejsza opcja w tym zestawieniu, w której wbrew pozorom nie znajdzie się tłumu śliniących Europejczyków, a zupełnie normalnym widokiem będą przebywające tam turystki czy nawet pary. Nie są też jakoś specjalnie zatłoczone, a nawet jak są, to wychodzi się i idzie do następnego obok. Co istotne, za wejście i wyjście, nawet jak tylko zerknąć na chwilę, nic się nie płaci. W lokalach jest zakaz robienia zdjęć, co nie oznacza, że nie można wnieść aparatu/kamery (jeżeli akurat posiadasz przy sobie). Jednak przyłapanie na fotografowaniu grozi karą 5000 BHT (ok. 560 zł), prośbą o skasowanie zdjęcia, konfiskatą sprzętu, jego uszkodzeniem (dlatego niektóre zdjęcia dostarczył Internet), a już na pewno "grzecznym" wyproszeniem.

Kiedy natomiast przejdziemy przez kotarę, natrafiamy na hordę Tajek w strojach kąpielowych, topless lub zupełnie nagich, zależnie od lokalu. Część tańczy przy rurach zlokalizowanych na stołach dla turystów, przy którym można usiąść i napić się piwa/drinka (obserwować z innej perspektywy). Reszta obecnych robi za towarzystwo dla przebywających turystów lub czeka w kolejce na zastąpienie zmęczonej koleżanki. Inne podpierają ściany w oczekiwaniu na schwytanie turystycznej ofiary. Generalnie nie ma szans, aby nie być zaczepionym przez Tajki i jeżeli ktoś siedzi sam, to wyłącznie na własne życzenie.

Ceny piwa nie zwalają, nieco więcej niż w zwykłych lokalach, średnio 120 BHT (ok. 13 zł), drinki są nieco droższe, ale w zasięgu portfela. Jeżeli lokal nie jest specjalnie zatłoczony turystami, to wypada Tajka, czasem dwie na osobę. Nie trzeba wykonywać żadnego gestu, wystarczy tylko spojrzeć, uśmiechnąć i mamy towarzystwo już przy sobie. Zupełnie jak na amerykańskich filmach. Ceną takiej atrakcji jest "drink" dla naszej przylepy. Wychodzi niewiele drożej niż piwo (200 BHT, czyli ok. 22 zł), ale zyskujemy poza obstawą przy stole np. możliwość zbadania różnicy między naturalnym a sztucznym biustem.

Tak, można sprawdzić też, czy nie ma niespodzianki między nogami, aby nie być potem zaskoczonym. Nawet jeżeli czujemy się mocno nieśmiali, to i tak nasza towarzyszka sama rozwiąże za nas ten dylemat. Możemy oczywiście odmówić lub jak się nam znudzi, to wymienić na inną, żaden problem. Nie zdziwcie się jednak, jak w pewnym momencie Tajka sprawdzi waszą "satysfakcję", po czym z uśmiechem zapyta: "Would you like bum bum?". Możemy odmówić lub przemieścić się po schodach do jednego z pokoi nad lokalem, po drodze zostawiając za ladą 4000 BHT (ok. 450 zł), cena mówiona na starcie jednakowa we wszystkich lokalach, można się targować). Wszelkie manewry są zależne od tego, na co zgodzi się nasza niewiasta lub dwie, bo jedyne co stoi na przeszkodzie, to większa cena.

Wbrew temu co piszę, nie sprawdzałem wszystkich konfiguracji.

Z go-go polecam te, w których można pookładać się piankowymi pałkami. Na czym to polega?

Przy stolikach, przy których tańczą Tajki, leżą piankowe pałki. Możemy zdzielić nią tańczącą przed nami najczęściej nagą niewiastę lub zostać przez nią zdzielonym. Czasem takie "pałowanie" można zaliczyć od kilku naraz. Krzywdy tym się nie zrobi, śladów nie zostawia, wszystko w granicach zdrowego rozsądku i pod kontrolą. Gdyby ktoś szukał, to są też tematyczne: policjantki, pielęgniarki czy inne dominy.


Domy uciech

Sytuacja podobna jak wyżej, z tą różnicą, że przychodzi się tam w wiadomym celu. Możemy się wybrać na wspominaną wcześniej ulicę czerwonych latarni, ale po co, skoro na Patpong mamy wszystko w zasięgu ręki.


Wejście tam przypomina trochę wejście do haremu. W poczekalni znajdziemy masę Azjatek (możliwe, że nie wszystkie to rodowite Tajki, ale co ja tam się znam), które widząc w wejściu turystę z miejsca kierują w niego wzrok i próbują zwrócić na siebie uwagę. Pisku nie ma, ale przerazić może. Cena jak wyżej, na starcie jest 4000 BHT (przeszło 400 zł), reszta zależy już od umiejętności negocjacyjnych i liczebności drużyny grzmotnięcia. Tak, idąc w kilka osób szanse negocjacyjne są większe (informacja od "nadzorców").
Jeżeli natomiast potrzebujemy się zastanowić, to w poczekalni można strzelić sobie browara, co może nieco pomóc w skanowaniu nas przez przeszło 20 par kobiecych oczu (bez względu na to, która para oczu danej kobiety akurat na ciebie zerka). Dla oczekujących mają 0,66 l browary (Chang lub Leo), dzięki czemu przy ewentualnym ślinotoku nikt się nie odwodni.

Ping-Pong Show


Kto był w Bangkoku czy na Phuket, to spotkał się z naganiaczami na Ping-Pong Show. Czytałem wiele opinii na ten temat, np. to, że niekoniecznie można dojechać we wskazane miejsce.
Aby dotrzeć, wystarczy zaczepić taksówkę lub tuk tuka, hasło "Ping-Pong Show" i bez zająknięcia zawiozą w docelowe miejsce. Docelowe, bo taksówki "współpracują" z różnymi tego typu klubami. Miejsca te są zlokalizowane w... no właśnie cholera wie gdzie, bo w pewnym momencie miałem wątpliwości co do celu przejazdu. Sprawdziłem tylko jedno tego typu miejsce, więc na nim tylko oprę swoje wrażenia.

Generalnie sceneria jak z filmu. Wysiada się w ciemnej uliczce, do której raczej przez przypadek się nie trafia, i na tyłach przechodzi przez żelazne drzwi, za którymi nie masz pojęcia, co cię czeka.
Zanim się jednak wejdzie na wspomniany show, należy zapłacić za wstęp 1000 BHT (czyli nieco ponad 100 zł) oraz w przypadku posiadania aparatów/kamer poddać ich "zabezpieczeniu", czyli owinięciu czarną folią i zaklejeniu taśmą w celu wyeliminowania jakiegokolwiek ryzyka nagrania czy zrobienia zdjęcia. OK, po przekroczeniu magicznych wrót i zobaczeniu kilkunastu białych twarzy powraca spokój i nadzieja, że dzisiaj nie zostanie się dawcą części. A jak wygląda cały show?

Ano przedstawienie trwa mniej więcej 20-30 min, w którym to Tajki na zmianę prezentują swoje umiejętności. Na tym, co byłem, to akurat z ping-pongami miało niewiele wspólnego, a jedyną akcją z piłeczką była próba wystrzelenia jej spomiędzy ud do pustej miski. Nie nie, nie z waginy, ale ze złączonych razem nóg. Po kilku prezentacjach z wyciągania tasiemek z niedostępnych dla światła w kobiecym ciele miejsc, gaszenia waginą świeczek czy palenia tą samą częścią ciała fajek, można dojść do wniosku, że nic ciekawego i należy spadać.


I byłby to błąd, bo przedstawienie dopiero zaczęło się rozkręcać. Dużo ciekawiej zrobiło się, kiedy zaczęły strzelać lotkami z rurek do balonów. Tak tak, właśnie tą częścią ciała, i tak, trafiały w balony. Jednak otworzenie butelki z piwem waginą może spowodować, że przez chwilę na myśl przyjdzie "co ja paczę?".

Po zaprezentowaniu wszystkich trików sytuacja się powtarza, co nie oznacza, że musimy wyjść. Od nas zależy, ile czasu tam spędzimy.

Pianowy masaż


Jedyna nieplanowana wizyta i wynikła z czystej pomyłki. Powiedzmy, braku znajomości języka. Piszę o tym ku przestrodze, a może jednak nie...
O ile wcześniej można skorzystać z masażu stóp (po całym dniu polecam, schodzisz po nim z krzesła i masz wrażenie, że możesz przejść dodatkowe 20 km), to na koniec pobytu chciałem skorzystać z tajskiego masażu, który to tak wszyscy zachwalali. Problem w tym, że nie trafiłem do lokalu z typowym tajskim masażem (chociaż zależy, z której strony na to patrzeć). Załóżmy, że to efekt zmęczenia, bo nawet cena 1200 BHT (ok. 130 zł) nie wywołała u mnie mocnych podejrzeń. "No dobra, centrum" pomyślałem. Jakie było potem moje zdziwienie... Pomidor.
W każdym razie wyszedłem mocno zrelaksowany.

Podsumowując. W żadnym wypadku nie trafiłem na Tajkę z niespodzianką, a chcąc takich szukać, trzeba po prostu wiedzieć, gdzie iść. Czy zawitałbym ponownie w te miejsca? Do klubów go-go czy Ping-Pong Show jako przewodnik w towarzystwie znajomych tak. Samemu nie. Czy jest bezpiecznie? To zależy, jak na to patrzeć. Skoro piszę, znaczy, że żyję. Nacięć na plecach nie mam, nikt mnie nie okradł, nikt nie pobił, a i pamiętam, jak wróciłem do hotelu. Wszystko tak naprawdę zależy od nastawienia w jakim celu tam zmierzamy.

#4. Baiyoke Tower II

Na zakończenie wizyta w do niedawna jeszcze najwyższym budynku Tajlandii Baiyoke Tower II (304 m). Do niedawna, gdyż stracił pierwszeństwo na rzecz MahaNakhon (314 m) otwartego 29 sierpnia 2016 roku.


Budynek sam w sobie może atrakcyjny nie jest, ale na jego korzyść przemawia brak w pobliżu innych drapaczy, które by mogły przysłaniać nocny widok na panoramę miasta. I tak oto za 300 BHT (nieco ponad 30 zł) możemy wjechać na 84 piętro i doświadczyć poniższych widoków



Dla przykładu punkt widokowy we wrocławskim pindolu znajduje się na 51 piętrze (114 m), a wysokość całkowita to 215 m.

Ale wracając do Baiyoke... W międzyczasie na 77 piętrze mamy przesiadkę, gdzie przy okazji do dyspozycji mamy 2 piętra handlowe...


...wystawowe...




...oraz gastronomiczne.


To tak gdyby ktoś zgłodniał, jadąc 80 sekund windą na 77 piętro.

Na dziś tyle. Oczywiście to nie koniec, raptem 3 intensywne dni z 4 tygodni spędzonych na wyprawie przez Azję. Ale o tym w następnych odcinkach.

W poprzednim odcinku

2

Oglądany: 30866x | Komentarzy: 25 | Okejek: 181 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało