Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Subiektywna wycieczka po Odessie

49 509  
233   35  
Przeciętnemu Polakowi Odessa kojarzy się chyba głównie z filmem "Deja vu", w którym Jerzy Stuhr wcielał się w trochę bardziej nieporadną wersję Jasona Bourne'a, ale jaszurusia poznała to miasto bliżej i znacznie lepiej. Czy warto się tam wybrać? Spędzić kilka dni? To już niech ona opowie.

Zacznę od tego, że bardzo lubię Katarzynę Wielką. Była to inteligentna babeczka o niesamowitym temperamencie, która świetnie sprawdziła się w roli władczyni. Wszystkie problemy Polski z nią związane wzięły się stąd, że wyswatano ją dupowatemu następcy tronu carów, a nie naszemu dupowatemu Sasowi. Gdyby stało się inaczej, a królewska małżonka wywinęłaby podobny numer, jak to uczyniła w Rosji, to kto wie, jak potoczyłaby się historia naszego kraju... Ale to tylko dość daleko posunięte gdybanie. W każdym razie moja podróż do najsłynniejszego grodu założonego przez ową carycę podszyta była nutką sentymentu.

Historię osadnictwa na tym terenie rozpoczęły dwie starożytne greckie osady – Isiaka i Istrian. Potem panowanie nad tym terenem przejął Rzym, następnie przewinęli się tamtędy Goci, Hunowie, Bułgarzy, Madziarowie... Ludów łasych na te ziemie było jak mrówków. W XIV w. osada, nazwana Hadżibej, znajdowała się w granicach Chanatu Krymskiego, aczkolwiek jeszcze pod koniec tego stulecia zawłaszczyło ją Wielkie Księstwo Litewskie, by na początku XVI w. ustąpić miejsca Turkom. Pod koniec XVIII w. tamtejsze tereny zostały zajęte przez Rosję i niedługo potem, 27 maja 1794 r., z ukazu carycy Katarzyny II, pojawiło się portowe miasto Odessa, które wkrótce stało się jednym z najbogatszych i najszybciej rozwijających się miast carskiej Rosji.

Odessa była wspaniała – nie da się o tym wątpić, gdy patrzy się na liczne niszczejące kamienice. Po przewrocie w 1917 r. zaczęła ona tracić swoje znaczenie i co za tym idzie – świetność. I chociaż miastu ciągle nie można odmówić uroku, a w wielu miejscach ów dawny blask jest sukcesywnie przywracany (pod tym względem zdecydowanie prym wiedzie budynek Opery), to jednak mój pierwszy spacer po mieście wywołał we mnie małe rozczarowanie – zamiast subtelnie unoszącego się ducha wielkiej carycy, zastałam wyraźne nadgryzienia poczynione przez upływający czas.


Pierwsze swoje kroki skierowałam w stronę (a jakże!) słynnych i monumentalnych Schodów Potiomkinowskich. Zbudowane ze względu na wysokie położenie miasta względem portu, swoją popularność oraz obecną nazwę zawdzięczają scenie masakry z filmu „Pancernik Potiomkin”.



Faktycznie, są one imponujące, aczkolwiek niestety - cały efekt jest trochę popsuty faktem, że widoczna na powyższym fragmencie świątynia odeszła w niebyt, a schody kończą się nagle asfaltową drogą, która dodatkowo w upale cuchnęła. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, chociaż równie dobrze mogłaby to być woń dolatująca z pobliskiego portu przeładunkowego.


Zdobywszy Schody Potiomkinowskie (wszystkie 192 stopnie), jednocześnie nieco przytłoczona tym swoim pierwszym spotkaniem z Odessą, poszłam szukać nieco dogodniejszego miejsca na przywitanie z Morzem Czarnym i pierwsze zamoczenie stóp w wodzie. Posiłkując się mapą zeszłam do miejsca, w którym, jak się okazało, wybudowano coś na kształt molo. Problem w tym, że owo „molo” biegnie wzdłuż nabrzeża... Szybko uciekłam stamtąd nie zrobiwszy nawet zdjęcia. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak to wygląda, to może zobaczyć pod tym linkiem.

Ale nic to – pełna wiary w to, że nie mogli przecież zabudować wszystkiego, ruszyłam dalej. W końcu dotarłam do szeregu małych plaż, aczkolwiek pierwsze określenie, jakie przyszło mi do głowy na ich widok, to „klaustrofobiczne” - nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że tak w ogóle można pomyśleć o plaży. A jednak... Nabrzeże zostało podzielone przez masywne, betonowe falochrony na kiludziesięcio (może nieco więcej) metrowe odcinki. Efekt klaustrofobiczny był często potęgowany przez ustawione niezwykle gęsto leżaki oraz kosze plażowe, no i oczywiście – przez masę ludzką.


Do hostelu wracałam z narastającym w mojej głowie krzykiem rozpaczy: O matko! Co ja tu będę robić??

W związku z tym pierwszym rozczarowaniem, zaplanowana na następny dzień zmiana otoczenia wydawała się bardzo dobrym pomysłem. Udałam się do Białogrodu nad Dniestrem (Biłgrod Dnistrowskij). Wprawdzie jadąc marszrutką i mając po drodze już dość mocno industrialne widoki nie mogłam powtórzyć za poetą „Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi...", bo to jednak już nie ten klimat, niemniej to były właśnie tamte okolice.

W marszrutce poznałam przesympatyczne dziewczę, które przyjechało tam jako opiekunka na kolonie dla dzieci żołnierzy biorących udział w konflikcie na wschodzie kraju. Mimo panującej sielanki, co rusz pojawiały się sygnały przypominające, że jestem w kraju znajdującym się w stanie wojny.

Białogród jest sympatycznym sennym miasteczkiem, które może poszczycić się kilkoma interesującymi zabytkami, aczkolwiek najbardziej znanym z nich i niewątpliwie najwspanialszym jest Akerman. Wprawdzie nie wszędzie jeszcze byłam i z całą pewnością nie wszystko jeszcze widziałam, jednakże muszę przyznać, że rzadko się zdarza, że coś nie rozczarowuje mnie aż tak mocno jak ta fortyfikacja. Twierdza Akerman położona jest niezwykle malowniczo nad Limanem Dniestru i jest po prostu wielka.




Historia osadnictwa na tym miejscu sięga VI w. p.n.e. - w tamtym okresie istniała tam należąca do Miletu kolonia Tyras. Zasadniczo i pobieżnie – przewinęła się tamtędy podobna plejada ludów co przez teren Odessy. W I w. n.e. miasto leżało w granicach rzymskiej prowincji Dolna Mezja. Około roku 250 zniszczyli je Goci, a mniej więcej 120 lat później zostało najechane przez Hunów. W okresie VI – IX w. n.e. osadę zaczęli zaludniać Słowianie i wtedy też pojawiła się współczesna nazwa – Białogród. W XIII w. osadę przejęli Tatarzy, zmieniając jej nazwę na Ak-Libo. Od XIV w. Białogrodem władali hospodarowie mołdawscy (którzy od 1387 r. byli lennikami króla Polski). W tym okresie miasto, zwane wówczas Cetatea Alba, stało się prężnym ośrodkiem handlowym, dla którego ochrony została zbudowana potężna twierdza. W 1484 r. gród zdobyli Turcy i przemianowali go na Akerman, t.j. Białą Twierdzę. W 1812 r. miasto dostało się w ręce Rosji, w latach 1918 – 1944 należało do Rumunii, a po II wojnie światowej, pod współczesną nazwą, znalazło się w granicach Ukrainy. To jest bardzo skrócona wersja historii tego miejsca, ale o burzliwości jego dziejów może świadczyć fakt, że w sumie doliczono się aż dwudziestu przypadków zmiany nazwy osady.

Twierdza Akerman składa się z dwóch części – cywilnej, chroniącej niegdyś miasto, oraz garnizonowej.


Jak się łatwo domyślić, to w garnizonowej można znaleźć więcej interesujących zaułków.




Część cywilna ma natomiast nieco piknikowy charakter – można tam zaopatrzyć się w pamiątki, wypuścić dzieci na plac zabaw (jeśli ktoś takowe posiada) lub napić się żywego piwa.


Na obszarze twierdzy jest też zejście nad rzekę – można odpocząć na wybudowanym tam pomoście lub popływać w Dniestrze.


Zachowały się również pozostałości minaretu (chociaż w wyniku jakichś chyba nie do końca przemyślanych prac konserwatorskich aktualnie wygląda on bardziej jak piec chlebowy z kominem). W jego pobliżu umieszczono tablicę upamiętniającą cerkiew stojącą w tym miejscu w okresie przedtureckim.


W Akermanie spędziłam chyba ze dwie godziny i opuściłam go dopiero wtedy, gdy solidnie nasyciłam się jego klimatem. Ponieważ pogoda była wściekle piękna, a mi nie spieszyło się z powrotem do Odessy, resztę dnia spędziłam snując się po mieście, wyszukując pozostałe warte uwagi miejsca (dla zainteresowanych polecam tekst dostępny pod tym linkiem) oraz zajadając się soczystymi i plamiącymi wszystko niczym jagody morwami, zrywanymi wprost z drzew. Wygoniła mnie stamtąd dopiero burza z gradem.

Kolejny dzień zaczęłam od spaceru po Odessie. Uwolniona od wyobrażeń o wspaniałym grodzie wielkiej carycy zaczęłam dostrzegać, że miasto jest niesamowicie zielone, co w połączeniu z szerokimi, wręcz rozlazłymi ulicami, oraz stojącymi wzdłuż nich kamienicami – świadkami dawnej świetności – tworzy wyjątkowy, można by powiedzieć, że nawet kojący klimat.




Już z o wiele bardziej pozytywnym nastawieniem wybrałam się na poszukiwanie nieco bardziej przyjaznej plaży. I udało się – w końcu natrafiłam na kilka niewielkich, zacisznych i niemalże dzikich plaż, odwiedzanych przez niewielu ludzi (w tym przez nudystów!).



Bardzo przyjemnie spędziłam na jednej z nich resztę dnia. Książka, słońce i przekornie błękitne Morze Czarne – no czegóż chcieć więcej? Z wielką przyjemnością wróciłam tam dnia następnego.

Był to jednak już dzień mojego rozstania z Odessą i muszę przyznać, że wyjeżdżałam stamtąd wręcz z małym ukłuciem żalu. Późnym popołudniem odchodził mój pociąg do Ivano-Frankivska, skąd miałam zamiar dotrzeć w moją ukochaną Czarnohorę. Mimo że wybrałam najtańszą opcję w tzw. wagonie plackarnym (wagon taki stanowi otwartą przestrzeń z miejscami sypialnymi, z opcją przerobienia na miejsca siedzące), to całonocna podróż minęła mi w niemalże komfortowych warunkach, w związku z czym rano mogłam ruszyć w góry zupełnie wypoczęta. Ale o tym już następnym razem.

Źródła: 1, 2.
9

Oglądany: 49509x | Komentarzy: 35 | Okejek: 233 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało