Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

To był najlepszy koncert, na jakim byłem... w środę

40 260  
85   37  
Mój samolot był godzinę przetrzymywany w powietrzu przez potężne burze…

Na lotnisku wylądowałem z dużym opóźnieniem w nocy z wtorku na środę, czekała tu na mnie para zaprzyjaźnionych przewodników, specjalistów od lokalnych kultur, życia społecznego i położnictwa. Życie z misją ratowania dzieci w takim kraju jak ten to nie rurki z kremem.

- Cześć, co tak późno?
- A wiesz, coś mnie zatrzymało w locie.

Mój żart był tak słaby, że po kilku chwilach wyschły ostatnie kałuże po burzy, która nie pozwoliła posadzić samolotu o wyznaczonej godzinie na jedynej drodze startowej tego niewielkiego, byłego wojskowego lotniska przyczajonego w lesie z dala od cywilizacji.

Było ciepło, naprawdę ciepło, nie spodziewałem się tego.

- Chodź, samochód mamy na parkingu.
- Świetnie. Muszę się dobrze wyspać, jutro mam coś do zrobienia.
- Zbierasz materiały dla Joe?
- Dokładnie, mam misję, chodźmy.

Wsiedliśmy do błękitnego jak niebo nad Karaibami, wysłużonego, ale żwawego FSO Matiza i pojechaliśmy do oddalonej o 40 km Warszawy.

* * * * *

Następnego wieczoru przyszedł kryzys. Muszę być tam incognito, a moja popularność wciąż utrzymuje się na stałym poziomie. Sięgnąłem więc do walizki i założyłem na siebie swoje spodnie i swój t-shirt.

Wyszedłem z domu i ruszyłem na misję.

Kiedy byłem w drodze, wyciągnąłem telefon i wysłałem wiadomość do wtyki z Krakowa, który był akurat z misją w tym samym mieście.

- Na***wiam na miasto 18-metrową limuzyną, numer boczny 1807.
- Gdzie się mogę dosiąść?
- Sprawdź w internecie rozkład linii 166, tam masz przystanki.
- A to spier**laj.

Coś mu nagle wypadło, więc na miejsce dotarłem sam.

* * * * *

Byłem pewny, że wszędzie tam, gdzie znajduje się stołeczna bohema, spotkam wiele znajomych mordek – spędziłem w tym mieście ładnych kilka lat mojej młodości. Pomysł na przebranie się za samego siebie okazał się jednak strzałem w dziesiątkę – na miejscu nikt mnie nie rozpoznał.

W ogóle okazało się, że jestem skurczysyńsko stary i absolutnie wypadłem z młodzieżowych trendów i towarzystwa. A było z czego wypadać. Był tu cały szereg uśmiechniętych drwali w czerwonych kraciastych koszulach, kolesie w fikuśnych kapeluszach i jeden gość z wąsem podkręconym tak, że Skala go wypożycza, żeby regulować od niego cyrkle.

„Najbardziej mnie wku*wia w młodzieży to, że już do niej nie należę” – przypomniałem sobie słowa piosenki i uśmiechnąłem się pod swoim prostym i nudnym jak program kulturalny Radomia wąsem. Dopiłem "Zwierzynieckie" i poszedłem na miejsce wydarzenia. Nie obyło się bez problemów. Facet w czarnej kurtce stał przy drzwiach i chcąc nie chcąc, musiałem obok niego przejść.

- Czy to tutaj całe wydarzenie? – pytam.
- Tak, bilet kosztuje 10 zł.

Kiedy po zapłacie cofałem rękę, wyciągnął automat i przystawił mi go do nadgarstka. Odbił nim pieczątkę z symbolem dzika. Lubię dziki, tak się więc ucieszyłem, że zapomniałem poprosić o fakturę, a przecież może Joe zwróciłby mi te koszty, 10 zł to nie w kij dmuchał.

* * * * *

Wszedłem do środka, dyskotekowa kula i lasery świetnie nadawały kontrastu drwalom, którzy, jak się okazało, byli całkiem przyjaznymi i obytymi ludźmi. Nie było nas wiele. Może 200 osób. I właśnie takie kameralne imprezy lubię najbardziej, a ta miała przejść do historii, był to bowiem koncert grupy legendarnej. Pierwszy koncert.

Światło przygasło, rozmowy przycichły. Do naszych uszu zaczęły przesączać się dźwięki, których nie powstydziłyby się topowe gwiazdy światowego pop-techno z lat 90. Na scenie pojawiło się dwóch wokalistów w garniturach – zostali przywitani wielkimi oklaskami. Tłum zafalował.

Pierwsza piosenka była parodią dobrze nam znanego zachowania, którego wszyscy nie raz byliśmy świadkami.

Wymieniając znicza wkład
słyszę „wnusiu to nie tak
troszkę w lewo weź ten kwiat”
wykonuje krzyża znak
„ten od wujka przesuń w lewo
kupa liści, głupie drzewo
ogień wciąż się musi tlić…”
Wtem cała sala eksplodowała pozytywną energią, ludzie unieśli ręce w górę i z wielką mocą i radością zaśpiewali unisono słowa refrenu.
PŁONIE ZNICZ!
Zrozumiałem, że jestem w tym momencie odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj humoru. Prosty i przyziemny, twardy i szorstki jak kontakt twarzą z betonem o 3 nad ranem pod komisariatem i jednocześnie niczym nie skrępowany – zupełnie jak życie seksualne pierwszej dziewczyny mojego kiepskiego kumpla. To musiało mi się podobać, więc korzystałem z tego (chodzi mi o koncert, rzecz jasna).
PŁONIE ZNICZ!
Po gorących oklaskach z zadumy wyrwał mnie głos ze sceny.
(…) zaczęliśmy tak troszeczkę… można powiedzieć… Z OGNIEM.
Żart był nie gorszy od mojego żartu o opóźnieniu samolotu, z tą różnicą, że ten spotkał się z entuzjastycznym odbiorem publiki, w tym moim. „To moi ludzie” – pomyślałem i uśmiechnąłem się nie pierwszy i zdecydowanie nie ostatni raz tego wieczoru.
Miły, miły, miły zawsze był na schwał
Fasolą zza drzwi czuć
Miły, miły, ale mięsa jeść nie chciał,
Kiedy wprowadził się tu.
W tym miejscu pojawiła się muzyka nawiązująca do wielkiego i doskonale znanego wszystkim hitu „Sunshine, sunshine reggae…”. Jeśli już macie tę melodię w głowach, to przeczytajcie z nią pierwsze słowa tego refrenu.
Sąsiad, sąsiad wege
Dziewczyny bujały biodrami i wszyscy falowali rękami, zrobiło się miło, ciepło i przyjaźnie.
On woli, on woli ciecierzycę
Przypomniały mi się niesamowite imprezy bujające tłum w rytm baciaty na Kubie, na której nigdy nie byłem. Było tak rodzinnie, na luzie.
Je kapustkę, nie jada pstrąga
Był też jeden chłopak, który przy tym wszystkim tańczył jak szalony i nie mógł się w żaden sposób powstrzymać od entuzjastycznych zachowań. Biegał, skakał, krzyczał w radości, powtarzał słowa piosenek. „Nieźle, jak na 5-latka” powiedziałem do jego mamy, ale nic nie odpowiedziała, bo okazało się, że powiedziałem to w myślach.

Kiedy goście byli już rozgrzani i rozbawieni, dwóch showmanów zeszło ze sceny, by ustąpić miejsca kolejnemu zespołowi, czyli samym sobie, bo przybierają różne nazwy, i tak raz występują jako Gang Zadbani, parodiujący Gang z Albanii, a innym razem np. jako Accord – parodiując zespół Akcent.
Przez tę hondę, tę hondę zieloną, się spłukaaałem
Nic jednak nie przebije momentu, w którym na scenie pojawił się Cygan w pięknej i bogato zdobionej koszuli, włosy na żel, złote łańcuchy.
Szelest spodni tanich, świecił sygnetami
grał wciąż Gypsy Kings
Jeździł tramwajami, ludzie go słuchali
lecz nie dali nic
Cyganem rzucono w tłum, a ten dla podtrzymania suspensu pociągnął za sobą ludzi i po chwili wszyscy jak jeden mąż kręcili się po sali, jeden za drugim, wykonując figurę taneczną typową dla cygańsko-spartańskich nut, czyli biegając po sali wężykiem. Tak, tak, to ten pociąg, który dobrze znacie z wesel, wiejskich przytupajek i dyskotek z przedszkola.

Wszyscy w rozbawieniu z wielkim entuzjazmem przystali na ten pomysł.
Ja obserwowałem stoicko, stojąc twardo na środku sali i wyglądając jak ostatni debil okrążony pociągiem szczęśliwych ludzi. Ta sytuacja wymagała natychmiastowej i stanowczej reakcji z mojej strony, więc uśmiechnąłem się, a potem uśmiechnąłem się jeszcze raz. Teraz wyglądałem jak uśmiechnięty ostatni debil. Czyli zupełnie naturalnie – bingo.

* * * * *

W tym miejscu cofam się myślami o kilkanaście lat, kiedy to byłem uczniem gimnazjum na Targówku. Byłem nowy na tej dzielni, nowy w mieście, w ogóle nowy w kraju, więc nowi koledzy musieli wytłumaczyć mi parę rzeczy. Dowiedziałem się co to jest HWDP, jak wygląda lokalny rap i że „Polonia” to nie jest ogół Polaków za granicą, tylko stara k… stary klub piłkarski.

Już wtedy postanowiłem spróbować swoich sił w rapie i na podstawie średniej ważonej z „najlepszych nutek” od „najlepszych ziomeczków” ułożyłem pierwsze wersy mojej piosenki: „to jest moja dzielnica, wychowała mnie ulica, tu od zawsze było ciężko, moja mama nie dawała mi na bułkę do szkoły”. Moja propozycja naprawdę trzymała poziom ogółu, zarówno w partii tekstowej, jak i w kwestii rymów – nie zalewam.

Z takim samym nastawieniem do tematu podeszli, obecni w tej chwili na scenie, przyodziani w szelesty Adidasa i czapki z daszkiem prawilniacy z ekipy RENOMA203 (wcale nie Firma) w swoim hicie Kanarzy.
Czasami nie masz pieczątki na szkolnej legitymacji,
uważaj, bo kontrola może wsiadać na każdej stacji.
Jeździj na gapę, brat, ale uważaj w tym tańcu –
wsiądą kutasiarze i zostaniesz znów bez hajsu.
To niesamowite, ile przyjaznych mi myśli potrafili umieścić w tym krótkim numerze. To lekko ironiczne podejście do prawilniackiego wrogiego nastawienia na świat, braku szacunku dla stróży porządku, no i haseł pokroju „tylko Bóg może nas sądzić”.
Jak w kagańcu nas trzymają i nie pozwalają jeździć
myślą, że są święci, tylko ksiądz może nas święcić.
No i oczywiście ekstrapolowanie zupełnie błahych problemów do poziomu życiowej tragedii, z którą trzeba przecież walczyć.
Autobus pędzi, koło się kręci, nie bój się śmierci,
oni są pierdolnięci – zabiorą ci hajs za brak pieczęci.
Że o kiepskich rymach i częściowo bezsensownym bełkocie nie wspomnę, a w następnym przykładzie widzimy, że dobre rymy, żeby były naprawdę dobre, przeważnie nie mają związku z tematem.
To nie indyjska restauracja, żeby dawać kary
HWDK i jazda, won z Polski, kanary.
W tym wypadku numer z curry bardzo udany i wciąż trzyma poziom, nad którym pochylaliśmy się ze znajomymi jeszcze w Wu Wu A 2k03.
Dokręcona śruba, jebać ich to chluba,
JLB i HWDK, a ZTM to dupa.
Problemem w tym wszystkim jest to, że kiedy powyższy numer wyszedł z szafy i pojawił się w internecie, to był tak dobrze przygotowany, że duża część ludzi myślała, że to jest na poważnie! To przy okazji udowadnia też, czego tak naprawdę spodziewamy się po niektórych krajowych gangsta-raperach wannabe. Co tylko sprawia, że to jeszcze bardziej zabawne.

Reszta koncertu to karuzela parodii i pozytywnego darcia łacha z mordeczek, ze smutnych młodzieńców szukających problemów w swoich życiach jak z żurnala, z metroseksualnych, z Gangu z Albanii, disco polo i tak dalej… Oczywiście nieagresywnie i jedynie w imię zabawy.

Atmosfera była tak gorąca, że pod koniec stali na scenie w samej bieliźnie.
S do L do I do P do Y
bejbi tutaj patrz
na moje slipy
To nie były jakieś tam beznadziejne Tommy Hilfigery czy inne BOSS-y, tylko najprawdziwsze i doskonale wszystkim znane z bazarów lat 90. slipy COTTONWORLD.

Całość sprawiła, że mój głód humoru, absurdu, dobrej zabawy i oglądania mężczyzn w slipach został w 120% zaspokojony. Tylko dobrzy ludzie, na dobrym miejscu, potrafią takie cuda. Dlatego polecam okresowe odkładanie logiki i powagi do lodówki i oddawanie się czystej rozrywce, która może nie rozwija jak lektura encyklopedii i wizyta w teatrze, ale ładuje pasek szczęści i zadowolenia w życiu.

* * * * *

Chciałbym jeszcze przekazać Wam bardzo ważną myśl, która towarzyszy mi od jakiegoś czasu. Na świecie jest bowiem wielu muzyków (czy ogólnie artystów), których można podzielić bardzo łatwo na trzystopniowej skali. Pierwszy poziom to zwykły grajek, który może być nawet najlepszy technicznie. Drugi poziom to dobry artysta, który potrafi przekazać Ci w zupełnie zrozumiały sposób swoje emocje. Na szczycie jakości są ci, którzy potrafią swoją muzyką sprawić, że nie tylko rozumiesz ich emocje, ale sam przeżywasz je bardzo głęboko w sobie, rozumiesz je doskonale i potrafisz się w nich odnaleźć – zupełnie jak w momencie, w którym ze sceny padły słowa:
Zawsze, kiedy jestem głodny – to jem kebaba.
Zawsze, kiedy jestem smutny – to jem kebaba.
Czuję siódme niebo w gębie – jak jem kebaba.

* * * * *

Jeśli jeszcze nie znacie, a też lubicie absurdalny humor, to sprawdźcie Na Pełnej. Nie mam z tego żadnych profitów finansowych, bo ten wpis jest sponsorowany jedynie przez współdzielone przez pewną grupę osób poczucie humoru, a główni bohaterowie wcale nie wiedzą o tym, że tam byłem - dzięki mojemu przebraniu. No i nie zapominajcie, że dołożyłem do tego swoją własną dychę, na którą nie wziąłem faktury, i dwa razy po 4,40 zł za autobus!

* * * * *

Po koncercie wracałem autobusem linii 504 do krańca Natolin Północny, a w mojej głowie wciąż brzmiały słowa piosenki…
jadę banem na kanarów
jadę banem na zajezdnie
jadę banem, bo mi buty wycierają się o jezdnie...
97

Oglądany: 40260x | Komentarzy: 37 | Okejek: 85 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało