Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dlaczego rok 1984 był wyjątkowy?

141 892  
543   98  
Ku wielkiej radości milionów widzów rozmiłowanych w nostalgicznym wzdychaniu do lat 80., stacja Netflix oficjalnie zapowiedziała rozpoczęcie prac nad drugim sezonem „Stranger Things”.
Zgodnie z tym doniesieniami, akcja dziać się będzie rok po wydarzeniach z pierwszej części serialu, czyli w roku 1984.

Twórcy nieprzypadkowo wybrali właśnie ten rok za tło dla przygód Nastki i jej przyjaciół. Według nich było to bardzo ważne dla popkultury 12 miesięcy.
Odpalmy zatem przykurzony wehikuł czasu i zobaczmy co się takiego wydarzyło te 32 lata temu.

Pierwszy Macintosh

W 1976 roku młody, napędzany wulkanem ambicji podsycanym mistycznymi sesjami z LSD, Steve Jobs, razem ze swoim kumplem Steve’em Wozniakiem założył firmę Apple. Po pierwszych sukcesach w sprzedaży komputerów domowych, panowie wypuścili na rynek rewolucyjną maszynę, czyli Macintosha 128k.


Bestia miała w swych bebechach 8MHz procesor oraz pamięć operacyjną 128 KB. Premiera tej maszyny miała miejsce 10 stycznia 1984 roku, a jej promocji nadano niemały rozmach. No, bo w końcu nie każdy może sobie pozwolić na reklamę nakręconą za 1,5 miliona dolców przez samego Ridleya Scotta!


Transformersy

„Ej, ziom. Zróbmy serial o walczących ze sobą samochodach, które tak naprawdę są wielkimi robotami z kosmosu!” - fakt, że ktoś wpadł na taki pomysł nie tylko świadczy o tym, że lata 80. były szalenie płodnym okresem, ale także i o tym, że czarnorynkowe używki miały wyjątkową jakość.


Tak naprawdę seria „Transformers” powstała tylko i wyłącznie po to, aby umożliwić firmie zabawkarskiej Hasbro wejście na rynek z nową serią zabawek. Bardzo podobnie sytuacja wyglądała z „He-Manem” wyświetlanym na ekranie naszych telewizorów dzięki innemu zabawkarskiemu potentatowi, czyli Mattel.

Animowane „Transformersy”, które zadebiutowały w 1984 roku, niewątpliwie odcisnęły mocne piętno na współczesnej pop-kulturze, a każdy szanujący się szczyl miał przynajmniej jednego technologicznie udoskonalonego Tarpana zamieniającego się w dwunożną robo-bestię broniącą ludzi przed niecnymi knowaniami Deceptionów!

Miami Vice

Mówisz „Policjanci z Miami” i w głowie od razu zaczyna ci się obijać charakterystyczna nutka autorstwa Jana Hammera. Co tu dużo mówić – ten serial był najczystszą, wysokooktanową esencją z lat 80. i wyznacznikiem stylu dla prawdziwych twardzieli. To dzięki tej produkcji dowiedzieliśmy się, że nic tak nie nawilża pięknych pań, jak biała marynarka połączona z Wayfarerami.


Serial ten nigdy by nie powstał gdyby nie… kokaina. I nie chodzi tu wcale o fakt, że Don Johnson w tamtym czasie wciągał góry koksu, tylko o to, że Miami było w latach 80. celem przemytu gigantycznych ilości tego narkotyku. Południowoamerykańscy baronowie, na czele z Pablem Escobarem, zarabiali nieprawdopodobne fortuny na tym biznesie. To dlatego większość wydarzeń z serialu odwołuje się właśnie do walki z kokainowymi przemytnikami.


Hulkmania

Do Polski trend ten nigdy nie dotarł, bo tzw. „wolna amerykanka” była dla nas co najwyżej intrygującą ciekawostką, nie wartą poświęcania zbyt dużej uwagi. Tymczasem Amerykanie oszaleli na punkcie, częściowo reżyserowanych pojedynków pomiędzy zakapiorami strojącymi groźne miny.
Jednym z ulubieńców publiczności był liniejący, blondwłosy mięśniak z wąsem, czyli Hulk Hogan, który od początku lat 80. torował sobie drogę na szczyt.


Oprócz okładania przeciwników na ringu, osiłek występował w telewizyjnych programach rozrywkowych, reklamach a i raz zdarzyło mu się wziąć udział w efektownym mordobiciu z samym Rockym Balboą (zapaśnik wystąpił w trzeciej odsłonie serii o dzielnym bokserze z oklapłą wargą). Jednak prawdziwym ukoronowaniem tzw. Hulkmanii było zwycięstwo Hogana nad Ironem Sheikiem i tym samym – zdobycie mistrzowskiego tytułu WWF w 1984 roku!

Wojownicze żółwie ninja

Zmutowane gady trenujące sztukę ninjitsu pod okiem równie zmutowanego, sędziwego szczura zadebiutowały w telewizji dopiero u schyłku lat 80., jednak animowany serial, pełnometrażowe filmy oraz cała gama żółwich zabawek nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie wydany w 1984 komiks. I trzeba tu od razu zaznaczyć, że bohaterowie, którzy zagościli na jego kartkach, praktycznie w niczym nie przypominali grzecznych, ugłaskanych pożeraczy pizzy znanych nam z kreskówki.

Komiks był wyjątkowo brutalny i bardzo krwawy. Na jego popularności powstały małe figurki przedstawiające czterech żółwich wojowników, a niedługo potem zieleni zawadiacy pozbawieni zostali testosteronu i wystąpili w animowanym serialu dla dzieci.


Ciekawostka – w 1983 roku Kevin Eastman, jeden z twórców komiksu, dla żartu narysował na kartce żółwia z nunczako. Ten absurdalny pomysł wydał mu się po prostu zabawny. Nie planował jednak rozwijać tego tematu. Z czasem pomysł na stworzenie regularnej serii komiksów o walczących gadach, nieco dojrzał, czego efekty odczuwamy do dziś.


Like a virgin

W 1984 roku w muzycznych sklepach ukazał się drugi album Madonny, reklamowany jako płyta dedykowana wszystkim dziewicom świata. Tytułowy kawałek został premierowo wykonany podczas rozdania nagród Radio City Music Hall. Madonna wywołała wówczas sporo kontrowersji symulując masturbację na scenie.


Z czasem zresztą wszyscy przyzwyczaili się, że równorzędnie z nagrywaniem znakomitych kawałków, artystka lubi robić wokół siebie dużo zamieszania swoim nieobyczajnym zachowaniem.
Tymczasem album „Like a virgin” stał się gigantycznym hitem, a medialny szum wokół artystki i prawdziwy koncertowy szał wśród jej fanów porównywano wówczas do fenomenu The Beatles!

No i te filmy…

Teraz czas na najważniejsze, czyli ponadczasowe, filmowe perełki, które powstały w pamiętnym roku 1984.

„Gliniarz z Beverly Hills” - pomysł na ten film od 1977 roku dojrzewał w głowach producentów z Paramount Pictures. Kiedy ostatecznie filmowcy zakasali rękawy i zabrali się do pracy, w głównej roli chcieli obsadzić Sylvestra Stallone’a. Aktor przerobił nawet pod siebie scenariusz, zmieniając imię głównego bohatera na Axel Cobretti. Pomysły gwiazdora znanego z „Rambo” były jednak zbyt kosztowne i wprowadzenie ich w życie oznaczałoby znaczne przekroczenie budżetu. Producenci zwrócili się więc do Eddiego Murphy’ego i zmodyfikowali scenariusz tak, aby dać pole do popisu czarnoskóremu komikowi.


„Indiana Jones i Świątynia Zagłady” - Indiana to ukochane dziecko George’a Lucasa i Stevena Spielberga, które z czasem przez nich samych zostało brutalnie zgwałcone za pomocą marnego CGI i żenującej fabuły czwartej części przygód dzielnego archeologa.


Tymczasem „Świątynia Zagłady”, czyli drugi film o Jonesie trzymał poziom i przyciągnął do kin miliony fanów na całym świecie. Nieco kontrowersji wywołał pomysł dania Indianie pomocnika w postaci małoletniego Azjaty oraz wykorzystanie 80 tysięcy owadów do kręcenia scen wewnątrz pałacowych lochów. Kate Capshaw, grająca wówczas „dziewczynę Jonesa” tak bardzo bała się robactwa, że przed każdym ujęciem, w którym miała mieć kontakt z karaluchami i wielkimi żukami, aktorce aplikowano końską dawkę Valium.

„Pogromcy duchów”- fabuła kultowej dziś produkcji narodziła się w głowie Dana Aykroyda. Aktor jednak miał znacznie bardziej rozbudowany pomysł, od tego, który zobaczyliśmy w filmie. Pogromcy duchów mieli bowiem podróżować w czasie i wymiarach, aby konfrontować się z coraz to większymi i potężniejszymi duchami.


„Gremliny” - Złośliwe stworki, które w 1984 roku podbiły serca widowni, są starsze, niż może się nam wydawać. W czasie II Wojny Światowej na tzw. gremliny samolotowi mechanicy zwykli zrzucać winy za wszystkie usterki. Jeśli zaś chodzi o sam film to początkowym pomysłem jego twórców było przebranie w szkaradne kostiumy małp. Jednak zwierzaki, którym kazano paradować w gremlinich strojach zachwycone nie były i gdy tylko je ucharakteryzowano, te w panice rozbiegły się po planie. W tej sytuacji do pracy zaprzęgnięto specjalistów od animacji poklatkowej i lalkarzy.


„Karate kid” - prosta fabuła do dziś nie uprzykrza seansu tego filmu. Produkcja ta, podobnie jak dziesiątki innych, które w tamtym czasie podbijały rynek VHS, powstała na fali popularności „Rocky’ego” i z grubsza jest to ten sam film, ubrany w inne szaty.


Tymczasem promujący „Karate Kida” kawałek „You’re the best” miał być motywem przewodnim trzeciej części przygód słynnego boksera, ale Stallone ostatecznie zdecydował się wykorzystać w swoim filmie kompozycję „Eye of the tiger”.

O czym zapomnieliśmy? "Akademia policyjna"? "Powerslave" Iron Maiden? "Relax" Frankie Goes to Hollywood? "Purple Rain" Prince'a? Można by wymieniać i wymieniać...
18

Oglądany: 141892x | Komentarzy: 98 | Okejek: 543 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

06.12

05.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało