Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Słyszałeś o "złotym pociągu"? Poznaj zatem grupę hippisów, która w latach 70. odnalazła skarb we wraku samolotu

89 457  
354   26  
Lada moment ruszą prace nad wydobyciem słynnego "złotego pociągu", co to – jeśli wierzyć optymistycznym hipotezom ma w swoich wagonach ukryty jeden z największych zaginionych skarbów z okresu II Wojny Światowej.

Zapomniane kosztowności, legendy, tajemnice - historie tego typu od zawsze pobudzały naszą dziecięcą wyobraźnię (pamiętacie film „Goonies”?).
Pozwólcie, że opowiemy wam o innej, nieco bardziej spontanicznej akcji plądrowania pewnego wraku, który to został odnaleziony przez grupę hippisów na terenie parku narodowego Yosemite.

W latach 70. grupa kalifornijskich hippisów doszła do wniosku, że jaranie trawy i niekończące się balangi zakrapiane kwasem nie są już w stanie dostarczyć im pełni wrażeń. Trzeba było wprowadzić coś nowego. Tym czymś okazała się adrenalina, której solidną dawkę gwarantowały eskapady do położonej niedaleko Yosemite Valley - doliny będącej częścią łańcucha górskiego Sierra Nevada. Do tego malowniczego parku narodowego zaczęły więc zjeżdżać zastępy luzaków, którzy koczowali w swoich namiotach, imprezowali z innymi miłośnikami mocnych wrażeń i organizowali regularne wspinaczkowe wyprawy.


Wśród tych obiboków, co to odkryli w sobie talent do łażenia po skałach, znalazła się ekipa, która ochrzciła się mianem Stonemasters. Byli to archetypowi hippisi – beztroscy, długowłosi nonkonformiści, którzy dosłownie – zamieszkali w parku i przez większość czasu oddawali się swoim największym pasjom – paleniu trawki oraz wspinaczce.

Żyli niczym menele, którzy poczuli nagłą potrzebę zbliżenia się do natury.


Mimo częstych konfrontacji ze strażnikami, którzy za punkt honoru postanowili sobie wyrzucić bandę śmierdzących gnojków z tego pięknego terenu, Stonemastersi potrafili całymi miesiącami mieszkać w swoich namiotach i samochodach, wyczekując jedynie dobrej pogody na górską eskapadę.


Z czasem obozowicze, nękani przez upartych stróżów porządku, zmuszeni zostali do opuszczenia swoich oficjalnych obozowisk. Ruszyli w głąb parku, aby znaleźć sobie nowe lokum. Stonemastersi rozbijali się „na dziko” w lasach albo chronili się w jaskiniach. Nic nie było w stanie zniechęcić ich do uprawiania swojego ukochanego sportu.


Był grudzień 1976 roku. W tym roku zima raczej nie popisała się – temperatura nie spadła za dużo poniżej zera, a śniegu spadło tyle co kot napłakał. Mimo to niewielu turystów zapuszczało się więc w głąb doliny. Wśród tej małej garstki osób szwendających się po parku znalazło się dwóch pracowników Ahwanhee - jednego z kilku położonych w okolicach hoteli. Panowie trochę zboczyli ze szlaku i dotarli do jeziora zwanego Lower Merced Pass Lake.


Piękny widok majestatycznego akwenu otoczonego górskimi skałami pokrytymi warstwą śnieżnego puchu został wkrótce zmącony przez pewien intrygujący kształt sterczący pomiędzy drzewami.

Było to nic innego jak skrzydło samolotu.

Musiał się on całkiem niedawno tu rozbić. Z pokiereszowanej blachy gdzieniegdzie kapał jeszcze olej. Mężczyźni chcieli podejść jak najbliżej do jeziora, aby dokładniej przyjrzeć się wrakowi, jednak nadciągał już wieczór i trzeba było ruszyć w drogę powrotną do hotelu.


O roztrzaskanym samolocie poinformowani zostali strażnicy parku, którzy drogą radiową zaczęli sobie przekazywać informację o tajemniczym znalezisku. Gdyby tylko wiedzieli, że pracowniczka lokalnej centrali radiowej jest dziewczyną jednego ze Stonemastersów... Hippisi nie mogli przegapić takiej okazji i z miejsca ruszyli obejrzeć sobie wrak. W najpiękniejszych nawet snach nie przypuszczali co znajdą w środku.


Ekipa lekkoduchów zlokalizowała miejsce katastrofy i już parę godzin później pierwsi amatorzy górskich wspinaczek oglądali sobie z bliska to, co zostało z samolotu. Duża część roztrzaskanego pojazdu ugrzęzła w zamarzniętym jeziorze. Hippisi zauważyli, że pod warstwą lodu, pomiędzy pogniecionymi fragmentami blachy wyraźnie widać ciemne, przypominające pakunki, przedmioty. Ciekawość kazała sprawdzić, cóż to za „skarby” kryje w sobie jezioro. W ruch poszły kilofy.


Tymczasem w zanurzonym głęboko w wodzie dziobie samolotu przy kokpicie siedział sobie niejaki Jon Glisky.

Nie skarżył się ani na brak powietrza, ani na lodowatą wodę. Od dobrego miesiąca był już tylko trupem z głową zwieszoną nad kokpitem swej maszyny.
Agenci CIA od dawna już próbowali Jona zlokalizować. Gość zajmował bowiem jedną z wyższych pozycji w rankingu najbardziej poszukiwanych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Ten liczący sobie 28 lat weteran wojny w Wietnamie miał szczęście żyć w czasach, kiedy przemyt narkotyków pomiędzy krajami południowoamerykańskimi a USA był w pełni rozkwitu i przy odrobinie jaj można było szybko zbić na tym biznesie olbrzymi szmal. Glisky szybko odnalazł się w nowym zawodzie.


Meksyk. W zimną noc 9 grudnia 1976 roku mężczyzna w towarzystwie drugiego pilota Jeffa Nelsona zasiadł za sterami swojego Howarda 500. W jak najszybszym tempie miał dostarczyć do odbiorców w Waszyngtonie prawie 3 tony doskonałej jakości marihuany. Przez większość lotu maszyna miała wyłączone światła – Jon bardzo starał się zachować wszelkie środki bezpieczeństwa, aby tylko nie wpaść w ręce stróżów prawa. Glisky uchodził za dobrego pilota.


Coś jednak poszło nie tak – samolot roztrzaskał się w momencie kiedy weteran usiłował przelecieć nad przełęczą parku Yosemite.
To właśnie przy tym wraku stali teraz hippisi i dzierżąc w dłoniach kilofy zadawali sobie pytanie:

„Co, do cholery, znajduje się w pakunkach widocznych pod zamarzniętą taflą jeziora?”


Udało się wyciągnąć jeden z tych, ważących po ok. 18 kg, worków. Był on wypełniony mokrym, zamarzniętym zielskiem. I to nie byle jakim! Toż to Mota Magic - legendarna odmiana marihuany hodowanej w Meksyku! Wtedy to do głów wspinaczy dotarło, że właśnie stoją przy jeziorze marychy! Trzeba działać szybko, zanim zjawią się tu przedstawiciele prawa wraz z ekipami, które będą usiłowały wyciągnąć z jeziora zarówno samolot, jak i jego cenny ładunek.


Nieco ponad sto lat wcześniej dokładnie w tym samym miejscu - w dolinie Yosemite - miała miejsce prawdziwa gorączka złota. Teraz wszyscy koczujący na terenie parku hippisi złapali inny rodzaj gorączki, której główną sprawczynią była pierwszorzędnej jakości marihuana. Dziesiątki długowłosych miłośników wspinaczki przerywanej jaraniem blantów rzuciło się do kruszenia lodu. Oprócz kilofów uruchomiono też piły łańcuchowe.
Zanim na miejscu pojawili się funkcjonariusze DEA (Drug Enforcement Administration) – rządowej organizacji wyspecjalizowanej w walce z przestępstwami narkotykowymi – w jeziorze znajdowało się już zaledwie kilka niewielkich pakunków. Pozostało właściwie już tylko usunąć wrak i wydobyć z dna zwłoki Jona Glisky’ego oraz jego kompana. Stróżom prawa udało się wprawdzie złapać kilka uzbrojonych w kilofy grup ujaranych hippisów, jednak po cennym łupie nie było już śladu.


Miesiące mijały, a do pilnowanego przez parkowych strażników miejsca katastrofy ciągle przyłaziły pielgrzymki młodych poszukiwaczy przygód wiedzionych legendą o „jeziorze pełnym meksykańskiego ziela”. I przez długi jeszcze czas niejeden z tych śmiałków wyławiał z wody nieco przegniłe (ale wciąż kopiące!) topy marihuany.

Równocześnie pojawiły się też plotki o wspinaczach, którzy z dnia na dzień dorobili się fortun!

Stawiali oni sobie domy w najbogatszych dzielnicach San Francisco, wozili się drogimi autami i żyli jak królowie.
Tymczasem taki na przykład Ron Lykins – jeden z pracowników hotelu Ahwanhee, który podczas pamiętnej wycieczki jako pierwszy zainteresował się tajemniczym obiektem wystającym spomiędzy drzew – za wartość znalezionego przez siebie podczas kolejnej wyprawy towaru mógł opłacić sobie czesne za cały okres studiów na jednym z uniwersytetów.


Inny ze szczęśliwców – Vern Clevenger – za sprzedany łup nabył najwyższej klasy sprzęt fotograficzny i został światowej sławy fotografem wyspecjalizowanym w uwiecznianiu na kliszy górskich krajobrazów.

Wbrew legendom, wiele wskazuje na to, że większość hippisów trawkę wypaliła lub pieniądze z jej sprzedaży w taki lub inny sposób przebalowała...

Przy okazji konopnych tematów, zapraszam was do poznania najsilniejszej marihuany na rynku - Kurupts Moonrock
12

Oglądany: 89457x | Komentarzy: 26 | Okejek: 354 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

04.04

03.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało