Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Piekielne autentyki LXVII - dokarmianie Paskudy

51 209  
201   33  
Bogowie, chrońcie mnie przed idiotami, bo już nie mam siły zbierać szczęki z podłogi...

Wracałam po długich i wyczerpujących badaniach do domu. Miałam jechać taksówką, ale stwierdziłam, że pogoda jest przyjemna i czuję się na tyle dobrze, by wytrzymać czterdzieści minut w autobusie.

Po kilku przystankach dosiadła się do mnie pani z kilkuletnim synkiem. Matka zajęła się rozmawianiem przez telefon, a dzieciak przyglądał mi się badawczo. Miał co oglądać, w końcu koło niego siedziała łysa, pozbawiona brwi i rzęs, śmiertelnie zmęczona dziewczyna.
Dzieci są zwyczaj niezwykle ciekawskie i bezpośrednie, więc po jakimś czasie mały zapytał, gdzie podziały się moje włosy. Nie chciałam wymyślać jakiejś bajeczki, więc powiedziałam prosto z mostu, że jestem bardzo chora i w wyniku leczenia straciłam włosy. Chłopiec dopytywał, czy inni też tak chorują, czy on może być łysy itp. Najwyraźniej pierwszy raz zobaczył kogoś, kto przechodzi chemioterapię. Spodobało mi się to, że jest taki ciekawy, że interesuje go świat dookoła, więc starałam się mu odpowiadać tak by zrozumiał cokolwiek i by jednocześnie go nie wystraszyć.

Wzruszyłam się, gdy mały powiedział, że chce mnie pogłaskać po głowie, bo jak jego babcia go głaszcze, to mu się robi miło, a on chce żeby mi też było miło. Więc pochyliłam się do niego, mały mnie głaszcze, aż tu nagle słychać ostre warknięcie jego matki:
- Nie dotykaj bo się zarazisz!

Jedyne co zdołałam odpowiedzieć:
- Ale to rak, tym nie idzie się zarazić.

Babka chwyciła synka za rękę i poszła na drugi koniec autobusu, mówiąc na odchodne:
- Jasne, już ja wiem jak wy się tym rakiem zarażacie.

Pierwszy raz w życiu poważnie rozważałam porwanie dziecka by uchronić go przed matką-idiotką.
I chyba wynajmę detektywa żeby odkryć w jaki sposób i od kogo zaraziłam się rakiem.

by Frankenstein

* * * * *


Wczoraj, w celu zrobienia małych zakupów, udałam się do drogerii pewnej znanej, niemieckiej sieci na R. Niestety, dane mi było spotkać tam przedstawicieli "typowego" polskiego małżeństwa, Janusza z wąsem oraz jego wypacykowaną żonę. Wszystko byłoby w porządku i nie oceniłabym ich tak negatywnie, gdyby nie to, że przez ich zachowanie zrobiło mi się niedobrze.

Otóż, wyżej wymienione małżeństwo stało przy półce z akcesoriami do pielęgnacji paznokci i prowadziło konwersację. Gdy ich mijałam, zauważyłam, że Janusz obcinał sobie paznokieć małymi nożyczkami, jednocześnie rozmawiając na ich temat z żoną. Najgorsze w tym było to, że po wszystkim, najzwyczajniej w świecie schował je do wcześniej rozerwanego opakowania i odwiesił na miejsce. Najwyraźniej nie były wystarczająco dobre, żeby radzić sobie z jego długimi, żółtymi paznokciami.
A miałam nadzieję, że opisywane w mediach cebulactwo to tylko mit.

by margusma

* * * * *


Gdy otwierałam mój sklep (z biżuterią) spodziewałam się, że największe problemy będę miała z klientami - temu coś nie będzie pasować, tamten się rozmyśli itp. Jednak przez rok działalności nie miałam żadnych większych problemów (odpukać), za to dostawcy materiałów nagminnie testują moją cierpliwość.

Przepychanki Creidhne z dostawcami, część 3 (i pewnie nie ostatnia):

W moich pracach wykorzystuję drut posrebrzany. Zamawiałam go parę razy u tego samego sprzedawcy, wszystko było w porządku, więc gdy mi się skończył (drut, nie sprzedawca), zgłosiłam się ponownie do tego sklepu.

Chciałam większą ilość (1-2 kg), więc musieli mi przygotować osobną wycenę.
No i wycenili. Wiedzieliście, że przy zamawianiu w hurcie jest drożej?
Bo ja nie. Gdy napisałam do sprzedawcy dlaczego u nich na stronie drut jest po 4 zł/metr, a on proponuje mi 4,20 zł za metr, zaczął się wić i kombinować, że wysyłka droga (a na stronie mają wyraźnie napisane, że od pewnej kwoty wysyłka gratis), że wliczyli cenę rolki (fajnie, że mi to powiedzieli). Gdy powiedziałam mu, że podziękuję, szybko okazało się, że przesyłka faktycznie jest za darmo, a rolka gratis. Tylko że mimo tego cena była praktycznie taka sama jak w detalu.

Sama jestem trochę sobie winna, bo zapomniałam o swojej złotej zasadzie:
Jeśli coś nazwane jest "jubilerskie", "do biżuterii", "artystyczne" itp. cena automatycznie wzrasta o przynajmniej 50%.

Więc zajrzałam do zaprzyjaźnionego sklepu elektronicznego i okazuje się, że mają taki drut, tyle że pod nazwą "srebrzanka". Po 2,5 zł za metr.

Chytry 2 razy traci.

by Creidhne

* * * * *


Posiadam Kryształową odznakę dawcy krwi.

Rok temu na wakacjach ja i mój syn dostaliśmy grypy. A że kawałek od domu, to do lokalnej przychodni. No Moher przychodni.
Wchodzimy, a tam z 50 babć co czeka na lekarza, bo sik poszedł o 0,04 cm w lewo bardziej niż zawsze i wymaga to pilnej konsultacji.
Pokazuje legitymację i...
Zapraszamy!
Internista Pediatra plus pielęgniarka zapraszają od razu nas na badanie i ew. do wszelakich specjalistów. Poza kolejnością Pan i dziecko wchodzą.

Na korytarzu zostałem:
Pedałem
Pedofilem
Z platformy
Gejem
Pedrylem
Złodziejem
Oszustem.

Moherkom trudno znieść, że nie one pierwsze.

by pidion

* * * * *


Sklepik osiedlowy.
Kupiłem butelkę piwa X parę dni temu, jakoś nie miałem ani czasu, ani okazji, ani pieniędzy, by ją wymienić.
Piwo X zdążyło już etykietę zmienić, ale kształt butelki został ten sam.

Wchodzę, wita mnie sklepikarka[S]:
[S] - A czego tu chce?
[J] - Poproszę piwo X, a ta butelka na wymianę.
[S] - A co mi tu daje? Nie sprzedajemy takiego piwa.
[J] - Jak to? Piwo X zawsze u was było.
[S] - Ale to nie jest butelka po piwie X! Tu jest butelka piwa X, o, popatrzy - pokazuje mi butelkę z nową etykietą.
[J] - Ale to jest butelka ze starą etykietą.
[S] - Ale nie przyjmę, bo ta butelka nie jest od piwa X, ona jest INNA!

Parę razy zrobiliśmy tą samą rundkę wymiany zdań, no babsko się zacięło, aż szukałem, gdzie ma guzik resetu.
Spróbowałem starym sposobem informatyka: wyjść i wejść ponownie.
Wyszedłem, zdarłem etykietę, podszedłem.

[S] - A czego tu chce?
[J] - Dzień dobry, poproszę piwo X, a ta butelka na wymianę, żeby nie liczyć kaucji.
[S] (bierze do ręki) -Tylko następnym razem z etykietą przyniesie.

Nie rozumiem logiki osiedlowych sklepików.

by Scorpion

* * * * *


Jestem kierowniczką w niedużej knajpie w Niemczech.

Co parę miesięcy szukamy zawsze nowej barmanki, bo dziewczyny albo odchodzą, albo chcą mniej pracować, albo szef decyduje się którąś zwolnić.

Jakiś miesiąc temu jedna z barmanek poinformowała, że rezygnuje, bo z chłopakiem przeprowadzają się do innego miasta. No ok. Wrzucam ogłoszenie do internetu i czekam na kandydatki. Pominę liczbę dziewcząt, które dzwoniły, ustalałyśmy termin spotkania, a w ustalonym terminie nikt się nie zjawiał.

A z tych co przyszły...

Kandydatka nr 1.

Perfekcyjna. Perfekcyjna fryzura, tipsy, perfumy, które czuć z kilometra, markowa torebka, obcisłe jeansy, top z dużym dekoltem. Zmierzyła mnie na wstępie wzrokiem typu "Z tobą mam gadać? Serio?"

Ja:
- Cześć!
- Twój lokal?
- Słucham?
- To twój lokal?
- Nie, ja tu jestem kierowniczką, szefa poznasz trochę później.
- Ja wolę od razu z szefem.
- No, niestety, nie jest to możliwe, ale zapewniam cię, że szef całkowicie zdaje się na mnie w kwestii nowych pracowników.
- Ok, to co to za praca?
Opowiedziałam jej troszkę na czym polega praca, czego może się spodziewać, czego oczekuje szef, zakres obowiązków itd.
Gdy doszłam do części o sprzątaniu lokalu z rana (i mówimy tu naprawdę o podstawowych czynnościach zajmujących 30-40 minut), wybałuszyła na mnie oczy i spytała:
- Co? To ty szukasz sprzątaczki czy barmanki?
- To tylko drobne ogarnięcie lokalu rano i wieczorem...
- Pff, jak szukasz sprzątaczki to trzeba było od razu mówić, ja chcę być barmanką, a barmanka stoi i robi tylko drinki, nie?
Poszła sobie. Ulżyło mi.

Kandydatka nr 2.

Młoda dziewczyna z Węgier. Ledwo co przyjechała do Niemiec, więc język raczej słabo, ale można się dogadać. Wyglądała na miłą, skromną i pracowitą, więc postanowiłam dać jej szansę, umawiamy się na dzień próbny.

Poradziłam, aby postarała się załapać trochę kontaktu z gośćmi, bo to stali klienci w większości, jak ją polubią to zawsze będzie jej później łatwiej. Za bardzo wzięła to sobie do serca, bo skupiała się prawie tylko na zabawianiu gości rozmową, w ogóle nie zważając na puste szklanki i gości przy stolikach, którzy chcieli coś zamówić. Trochę ją skarciłam, poprawiła się, więc zostawiłam ją za barem i sama poszłam do kuchni.

Po paru minutach wracam, a po dziewczynie ani widu ani słychu. Rozglądam się po lokalu i na zewnątrz. Znalazłam ją za rogiem, liżącą się z jednym z gości. Zdenerwowałam się, powiedziałam, że ze współpracy raczej nic nie będzie i odesłałam do domu. Bardzo zdziwiona zapytała czemu, przecież kazałam jej łapać kontakt z gośćmi.

Kandydatka nr 3.

Dziewczyna z niewielkim doświadczeniem, ale zawsze coś. Pół roku przepracowała w jakiejś tam knajpce w małym miasteczku. No ok, więc jakieś pojęcie ma, zawsze coś. Zapewniała mnie, że potrafi wyczarować każdego drinka, zna się na piwach, najpopularniejsze koktajle robi z pamięci w 10 sekund. Słowem profesjonalistka (tak się sama określiła). Fajnie. Informuję ją, że u nas na początek dajemy 7,5 na rękę. W zależności od wypracowywanego utargu może się zwiększać co miesiąc lub stać w miejscu przez kilka lat.

Profesjonalistka się oburzyła, bo ona wie, że w Monachium stawki dla profesjonalnych barmanów to nawet 15 euro za godzinę i ona chce na początek co najmniej 12. Uniosłam tylko brew i zapytałam czy zdaje sobie sprawę, że takie stawki to tylko w dużych koktajl-barach w centrum, gdzie barmani robią drinki taśmowo i naprawdę nie mają chwili wytchnienia, a nie w knajpie, gdzie przez większość dnia polewasz tylko piwo, siedzisz sobie i gadasz z gośćmi. Poradziłam też, aby tam starała się o pracę, skoro jest profesjonalistką. Prychnęła oburzona i stwierdziła, że jestem niepoważna, aby proponować ludziom pracę za psie pieniądze.

I taki bonus - pani sprzątająca.

Raz w tygodniu przychodzi do nas sprzątaczka posprzątać lokal na błysk. Tak się złożyła, że pani przychodzącą do nas "od zawsze" zaczęła mieć problemy z kręgosłupem i zrezygnowała. Szukaliśmy nowej.

Chęć pracy zadeklarowała pani mieszkająca w okolicy, szukająca jakiegoś dodatkowego zajęcia na weekendy. No super, panią znaliśmy, wydawała się konkretna i uczciwa. Stawka jaką proponujemy dla sprzątaczki to 12 euro/h. Pani stawkę zaakceptowała, nawet się ucieszyła, że tak dużo i obiecała przyjść w sobotę rano.

W piątek dzwoni do mnie, że nie przyjdzie, bo za mało proponujemy, bo w X (inny bar w okolicy, nasza konkurencja) płacą sprzątaczce 13 euro/h. Pytam czy w takim razie będzie teraz pracować w X. Nie, ale jak oni płacą więcej, to ona nie będzie się poniżać i u nas za mniej pracować.

by digi51

* * * * *


Straszenie dzieci może mieć zupełnie nieprzewidziane skutki. Opowiem Wam jeden z zabawniejszych, bo widzę że historie o tym zaczęły być jakby w modzie.

Jako dziecko byłam, wiadomo, nie zawsze grzeczna więc moja mamusia wpadła na pomysł. Wmówiła mi mianowicie, że pod pralką mieszka Paskuda, która jest wiecznie głodna. A lubi ona niegrzeczne dzieci, ewentualnie w zastępstwie chleb. Więc mam być grzeczna bo mnie zeżre.
Mamusia swoją historię uwiarygodniła wsuwając pod pralkę kawałki chleba jak patrzyłam i zabierała je kiedy byłam gdzie indziej. Chleba nie było - znaczy Paskuda zeżarła. Bałam się jak dzika, a miałam wówczas lat 7 lub 8.

No ale jak mówiłam - nie zawsze byłam grzeczna, więc gdy coś przeskrobałam, aby przebłagać potworka spod pralki - podsuwałam Paskudzie niezjedzone w szkole śniadanie. Pod pralkę - jak najgłębiej wciskałam je linijką aby potwór nie wyszedł się za żarciem rozglądać. Dokarmianie widać działało, bo nic mnie nie pożarło ani nawet nie nastraszyło, więc, dumna z siebie, podsuwałam zwierzątku coraz to nowe porcje.

Skutek był szybki i niektórym znany, a zaczął się od delikatnego fetorku, który z czasem przybrał na sile tak, że dawało się w domu tylko przez usta oddychać. Źródło nie zostało wykryte przez kilka tygodni, a mi do głowy nie przychodziło, że to moje śniadania dla, nieistniejącej przecież, Paskudy. Raczej dla własnego dobra, a właściwie dobra własnego nosa bym się przyznała albo usunęła poczęstunek po kryjomu.

Mama odkryła źródło smrodu pod moją nieobecność. Kazanie było skrócone z powodu mojego jednego pytania:
- Dlaczego Paskuda nie zjadła?
Skończyło się też straszenie mnie.

by greenwolf

* * * * *


Zaraz po maturze zaczęłam szukać dorywczej pracy na wakacje. Miała to być moja pierwsza "poważna" praca, doświadczenie bardzo znikome, więc w ofertach postanowiłam nie przebierać.
Tak właśnie trafiłam do call center, którego głównym klientem był NC+.

Już na szkoleniu powiedzieli nam, że jeśli nie będziemy wyrabiać normy, to nas zwolnią, dodali też, że nie mamy się czego obawiać, bo nauczą nas jak urabiać klientów...

I rzeczywiście, wbijano nam do głowy zasady manipulacji i tricków sprzedażowych. I nastał dzień, gdy usiadłam w końcu na słuchawkę...

To naprawdę był dramat, mimo że była to infolinia wychodząca, ludzie odbierali już wk*rwieni.
I zupełnie im się nie dziwię. Nie dość, że przez bardzo kiepsko zaprojektowany system różni konsultanci dzwonili do tych samych osób po kilka razy dziennie, to nigdy nie była zostawiona żadna notatka (odnośnie zaproponowanego pakietu chociażby, o cenie już nie wspomnę), w związku z czym każdy konsultant od nowa przeprowadzał badanie preferencji klienta, co doprowadzało rozmówców do szewskiej pasji.

Następną kwestią były oczywiście pakiety, jakie można było zaproponować... Gdy wchodziliśmy w dane klienta, wyświetlały nam się pakiety, które można było sprzedać oraz ich ceny. I rzeczywiście, my mogliśmy proponować pakiety tylko wyższe, a więc droższe...
Mało tego, zazwyczaj pakiet, który już dany klient posiadał wyświetlał się z wyższą ceną niż była do tej pory...
Nie wspominając o tym, że należało kłamać do słuchawki, jakoby oferta dla stałego klienta była korzystniejsza niż dla nowego, co było wierutnym kłamstwem.
Kazali ściemniać też, że telewizja ze słoneczkiem w logo nie ma takich a takich programów, a my je mamy.
Ta praca była typowym naciąganiem ludzi na rzeczy, których nie potrzebują.

Oczywiście liczył się wynik! 1 umowa na godzinę to było absolutne minimum! I oczywiście ważne, aby był zysk, tzn. żebyśmy podnieśli klientowi stawkę o jak najwięcej zł. W pewnym momencie wprowadzono nową zasadę, że można przedłużać tylko taką umowę, która jest o min. 10 zł droższa. Bo niestety mniejszego pakietu nie mogliśmy zaproponować od samego początku.

Naszych szefów sprzedażowych nie interesował fakt, że klient nie potrzebuje tylu kanałów albo, że chce płacić mniej, mamy wcisnąć mu jak najdroższe gó*no, bo będzie z tego premia.

Miałam wtedy 18 lat i głupia, dałam się w to wciągnąć, i stałam się trybikiem w ich chorej maszynie. Pracowałam tam przez 1,5 miesiąca. Nie osiągałam ich chorych norm, oscylowałam zawsze w okolicy 0,9 umów na godzinę, więc nie było najgorzej, ale premii nigdy nie miałam.
Ale co mi po tym skoro czułam się paskudnie, szłam do pracy z bólem brzucha wiedząc, że znowu mój koordynator nawrzeszczy na mnie...

Najgorsze, że koordynator krzyczał na mnie nawet podczas rozmów z klientami - podłączał się do moich słuchawek i krzyczał "Dociskaj go, ciśniesz, ciśniesz, dawaj, dawaj". I oczywiście milion pięćset rozmów, doszkoleń, pogadanek typu co jest ze mną nie tak, że nie mam premii? Bo przecież pracownik bez premii nie jest dla nich opłacalny, bo za mało umów robi.

Na jednej z takich rozmów, powiedziałam wprost, że źle czuję się, gdy wiem, że ludzie przedłużają i płacą więcej, choć jako nowi klienci mogliby zapłacić dużo mniej za dokładnie to samo. Wtedy już byłam na skraju psychicznego wyczerpania, przychodziłam po pracy i płakałam przez cały ten stres. Oczywiście, w odpowiedzi na moje wątpliwości usłyszałam, że muszę spojrzeć na sprzedaż tak trochę jak na legalną kradzież i uświadomić sobie, że pieniądze tych ludzi będą miały lepiej w mojej kieszeni...

Na szczęście niedługo po tym nie powstrzymałam emocji. Klient zaczął wyzywać mnie zaraz po moim "Dzień dobry". Padały już okropne słowa, zupełnie nie dopuszczał mnie do głosu i tak przez godzinę, a ja nie mogłam się rozłączyć, bo był bezwzględny zakaz. Ale po godzinie powiedziałam Panu, że bardzo przepraszam, ale kończę pracę i muszę się już rozłączyć, i odkładam słuchawkę. Było to kłamstwo, ale naprawdę nie miałam już siły na tego człowieka...

Gdy przyszłam do pracy po dłuższym weekendzie dowiedziałam się, że zostałam zwolniona, bo pan złożył na mnie skargę i rzeczywiście rozłączyłam się, więc bye bye. Przyjęłam to jak cios obuchem, ale przed koordynatorem byłam twarda, dopiero w domu się popłakałam. Ale zrobiono mi tam taką wodę z mózgu, że byłam autentycznie załamana.

Dziś już wiem, że zupełnie niepotrzebnie żałowałam, ba, powinnam rzucić tę pracę w momencie, gdy pierwszy raz podniesiono na mnie głos. Dzisiaj, ponad rok po tych zdarzeniach pracuję dorywczo na recepcji w hotelu, mamy super atmosferę, też mam kontakt z ludźmi, ale nie muszę już nic nikomu wciskać na siłę!

Po długiej opowieści czas na morał - jeżeli jesteś długoletnim klientem, najpierw canal+, a później nc+, polecam sprawdzić czy nie ma lepszej oferty na rynku i czy nie jesteś naciągany przez tę fantastyczną firmę!

Bonus:
W zeszłym roku, po tamtym zwolnieniu, pracowałam w jeszcze jednym call center i od razu mówię, że nie jestem przeciwko sprzedaży i zawieraniu umów przez telefon.
Tam traktowaliśmy klienta jak człowieka, czegoś nie chce, to nie chce, nie wciskamy na siłę, chce coś innego - dajemy coś innego. Tam było o niebo lepiej - bez krzyków, stresu i niepotrzebnego parcia, a wyniki też były dzięki temu lepsze.
Także da się!
A no i nie musieliśmy kłamać, wręcz przeciwnie.

by Dominique90

<<< W poprzednim odcinku

2

Oglądany: 51209x | Komentarzy: 33 | Okejek: 201 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało