Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wziąłem udział w ceremonii ayahuasca w sercu amazońskiej dżungli

143 990  
549   86  
Do położonej w dżungli amazońskiej Pucallpy dotarłem w samym środku pory deszczowej. Zamiast rzęsistej ulewy przywitały mnie watahy wygłodniałych psów i padlinożerne ptaszyska (podobne do posępnych sępów). To chyba, poza karaluchami, jedyne zwierzęta żyjące w tym mieście.

W upalnej Pucallpie nie spędziłem zbyt dużo czasu. Ot, tyle aby poszwendać się nieco, nażreć miejscowych owoców, przepakować plecak i ruszyć w głuchą dzicz. Ahoj, przygodo! Turyści w Peru dzielą się na dwa rodzaje. Jedni to obwieszeni drogimi aparatami, ubrani w drogi ciuch, wysmarowani kremami przeciwsłonecznymi archetypowi "gringos". Tych z reguły spotkać można w najbardziej „turystycznych” miejscach Peru. Zazwyczaj mówią po niemiecku i wchodzą w skład wieloosobowych wycieczek. Na takich przybyszach zarabiają muzea, drogie restauracje i straganiarki, które każą im płacić krocie za gliniane wisiorki („Oryginał, panie! Sam Atahualpa to nosił!”).


Istnieje też jeszcze inny rodzaj turysty. To obdarty, zapuszczony tramp, który z równym zaangażowaniem unika zarówno drogich form podróżowania, jak i mydła. Takich ubranych w kolorowe szmatki newage'owych, szalenie uduchowionych hippisów jest w Peru bez liku. Uprawiają oni zupełnie inny rodzaj turystyki. Spotkać ich można jarających trawkę i uprawiających surfing w Huanchaco, pijących meskalinowe drinki z kaktusa San Pedro w andyjskim Pisac, oraz odbywających psychodeliczne wojaże z pomocą amazońskich roślinek w Pucallpie. Nie ukrywam, że i ja właśnie w takim celu zjawiłem się w tym miejscu.

Ayahuasca – święte pnącze, świetny biznes

Czym jest ayahuasca? To taki napój wykonany ze skoncentrowanej esencji dwóch roślin. Jedna z nich to przypominająca grubą lianę Banisteriopsis Caapi. Ten przedstawiciel amazońskiej flory służy jako inhibitor. Tłumacząc na język ludzki – powstrzymuje nasz organizm przed metabolizowaniem innej substancji, którą dostarcza nam druga z roślin zawartych w napoju, czyli Psychotria Viridis, zwana też chacruną. O jaką substancję chodzi? Ano o jeden z najbardziej tajemniczych, owianych legendami związków chemicznych, czyli dimetylotryptaminę (DMT).


Indianie zamieszkujący Amazonię do perfekcji nauczyli się korzystać z dobrodziejstw tego psychodeliku. Napój ten nie jest bowiem jedynym sposobem dostarczenia sobie zastrzyku DMT. Niektórzy korzystają z palonej wersji ayahuaski – changi, a są też brazylijskie plemiona, co to bardziej skłaniają się ku… lizaniu ropuchy, której gruczoły produkują tzw. bufoteninę (5-OH-DMT).


Dla mieszkających w dorzeczu Ukajali przedstawicieli plemienia Shipibo-Conibo ayahuasca jest sposobem na kontakt ze światem duchowym, ale przede wszystkim – potężnym lekarstwem. Przynajmniej połowa z biorących udział w takich tripach pielgrzymów przyjeżdża z konkretną intencją poradzenia sobie z jakąś dolegliwością. Czemu akurat z setek innych, łatwo dostępnych w każdym miejscu na świecie dragów, to akurat DMT właśnie traktowana jest z tak dużym respektem? No, cóż – można śmiało powiedzieć, że ten psychodelik faktycznie jest prawdziwą bramą do zaświatów.


Wyobraźcie sobie, że w naszych mózgach mamy taki mały gruczoł. To szyszynka. Do jej najczęstszych zadań należy produkcja tzw. hormonu snu, czyli melatoniny. Jednak w szczególnych sytuacjach organ ten dostaje od organizmu rozkaz: „UWOLNIĆ KRAKENA!”. Wówczas szyszynkowe komórki wydzielają… dimetylotryptaminę!
No, dobra – skoro więc sami jesteśmy w stanie sami sobie wyprodukować ten potężny narkotyk, to czemu ludzie rzucają wszystko i lecą na drugi koniec świata, aby przyjąć ayahuascę z amazońskimi curanderos? Ano temu, że szyszynka produkuje znaczne ilości DMT w takich sytuacjach, jak na przykład bardzo głęboka medytacja. Pewnie słyszeliście o natchnionych mistykach, którzy pół życia siedzieli w osamotnieniu, okładając się biczykami po plecach. Większość z nich doświadczała kontaktu z samym Bogiem. Aya to droga na skróty. Mistyczna ekstaza w wersji instant!


Jednak największą dawką tej substancji człowiek poczęstowany zostaje w chwili śmierci. Tak więc, można by zaryzykować stwierdzenie, że sesja z ayahuascą to symulacja umierania. Taka śmierć z biletem powrotnym.
W zasadzie to psychodeliczny amazoński napój jest symbolicznym miejscem spotkania się lokalnych indiańskich wierzeń, według których specyfik ten jest „pnączem duszy” (w języku keczua słowo „ayahuasca” ma właśnie takie znaczenie) oraz filozoficznej teorii żyjącego w XVI wieku francuskiego filozofa Rene Descartesa, który twierdził, że miejscem będącym siedliskiem ludzkiej duszy jest szyszynka.


Brzmi intrygująco, prawda? Wierzcie mi, że zaintrygowanych działaniem ayahuaski jest wiele osób. To widać podczas wizyty w Pucallpie. Większość turystów to poszukiwacze tego typu przygód. Trudno się więc dziwić, że co drugi mieszkaniec tego miasta deklaruje się potężnym szamanem, który za garść dolarów wyśle cię w kosmos, otworzy drzwi do niebios i zapozna z samym Jesucristo. Kasy z tego biznesu jest tak dużo, że nawet lokalna izba turystyki oficjalnie promuje ayahuaskowe atrakcje dla turystów.
Paradoksalnie – im więcej szamanów i duchowych przewodników, tym mniejsza szansa na znalezienie godnego zaufania curandero, który faktycznie poda ci ayahuascę, a nie zaprawioną kwasem breję.

Na spotkanie z Juanem

Polecono mi Juana Floresa – curandero z plemienia Ashaninka. Aby dostać się do miejsca, w którym maestro „przyjmuje”, musiałem wstać o 3 nad ranem i wyjechać z Pucallpy. Po czterech godzinach podróży wynajętym, rozklekotanym autem, pamiętającym jeszcze czasy hiszpańskiej konkwisty, dotarliśmy do końca piaszczystej drogi, gdzie znajduje się złożona z trzech drewnianych domków wioska i malutka przystań. O, taka:


Dalszą podróż można było odbyć tylko wpław i poczęstować piranie mięsem z własnych pośladków albo skorzystać z taniej jak peruwiański barszcz usługi transportu łodzią peke-peke, ochrzczoną przez swojego właściciela mianem "Jorgito Express".




Wbrew temu, co może się wydawać, to te wąskie, długie łódki z motorowymi silniczkami potrafią całkiem ładnie zapierdzielać, a okoliczności przyrody umilają czas podróży. W pewnym momencie skręciliśmy w jedną z odnóg rzeki i wbiliśmy się w głąb lasu.
Po jakimś czasie zostałem wysadzony na brzegu, a mój „szofer” ruszył w drogę powrotną.


Trochę tak dziwnie się poczułem. Co innego wysiąść na nieznanym sobie przystanku autobusowym w dużym mieście, a co innego znaleźć się w puszczy i pytać małpy szerokonose o drogę. No i te pająki jakieś takie duże…
Na szczęście udało mi się znaleźć ścieżkę, którą poczłapałem przed siebie mając nadzieję, że nic mnie nie zje po drodze, a historie o muchach, które składają jaja w ludzkim ciele, z których to następnie wylęgają się pękate larwy, to spisek nieuczciwych producentów sprayów na insekty.


Anakondy też na szczęście nie spotkałem. Za to z zarośli wyłonił się jakiś gość ze strzelbą i poinformował, że idąc dalej tą drogą, za jakieś dwie godziny dotrę do ośrodka maestro Floresa.


I faktycznie - wkrótce, zalany potem, dotarłem na miejsce. I musicie wiedzieć, że było to miejsce naprawdę magiczne. Ośrodek, bo tak chyba można nazwać kilka drewnianych domków, zadaszony taras i prostą kuchnię, postawiony został na skałach przy samej rzece.


Żeby tego było mało, temperatura wody w niej płynącej miała coś koło 95 stopni Celsjusza! To zasługa termalnych źródeł. Świetna sprawa – można sobie przycupnąć na kamieniu i zaserwować namiastkę sauny. Ja osobiście parzyłem sobie tam herbatę z amazońskich ziółek.


Kilkanaście minut drogi dalej woda była już nieco chłodniejsza i wejście do niej nie groziło poparzeniem sobie moszny. Można za to się było rozwalić pod niewielkim wodospadem i radować się błogim kontaktem z naturą.
Na miejscu poznałem innych uczestników amazońskich kuracji – holenderskich narkomanów biorących udział w terapii odwykowej, Hiszpankę leczącą się z nowotworu, kilku ciekawskich gości, takich jak ja, oraz jednego księdza. Obecność zasuszonego, leciwego katolickiego duchownego bardzo mnie zaskoczyła. Przecież przez całe wieki kościół nasyłał na Indian misjonarzy, co to mieli walczyć z wszelkimi przejawami pogańskich zabobonów (braciszkowie, zanim udało im się „zasiać ziarno”, najczęściej ginęli od strzał, albo zostali zjadani przez Indian). Zapytałem księżulka, jaka jest opinia Kościoła na temat ayahuaski. „Nieważne, co myśli Watykan. Ważne, co myślę ja, młody człowieku! A ja myślę, że mnie w cholerę boli palec”. - w tym momencie pokazał mi swój nieco kostropaty, wskazujący paluch - „Wierzę, że jedna z amazońskich kuracji może mi pomóc”.
Sam maestro Flores okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym i mimo renomy jednego z najlepszych curanderos w tym rejonie – także i wyjątkowo skromnym. Jeszcze tego samego dnia zaprosił mnie na rytuał tytoniowy. Gdybym wówczas wiedział, z czym przyjdzie mi się mierzyć, to pewnie bym odmówił...

Pierwsza ceremonia

To miał być taki zabieg oczyszczający. Tyle wiedziałem. Posadzono mnie na drewnianej podłodze altany w towarzystwie innych uczestników rytuału. Przede mną umieszczono duży kubeł oraz dwulitrowy dzban wody. Nie za bardzo wiedziałem, co mam z tymi przedmiotami zrobić. Po chwili jednak wszystko stało się jasne. Pomocnik curandero podał mi kieliszek z gęstą cieczą. To ekstrakt z liści mapacho – tytoniu amazońskiego. Ekstrakt w cholerę mocny, o czym po chwili się przekonałem. Po wlaniu sobie tego świństwa do gardła złożyłem się niczym scyzoryk, a moje bebechy skręciły się w trudnym do opisania bólu. Automatycznie sięgnąłem po dzban i wlałem w siebie całą jego zawartość. Następnie puściłem najpiękniejszego pawia w moim życiu pawia wprost do stojącego przede mną kubła. Jakie to wszystko intuicyjne!


Większość osób zakończyła ceremonię równie szybko co ja. Jedynie staruszek ksiądz, wyżłopawszy dwa litry wody, dalej siedział nad swoją miską. Co chwilę dostawał kolejną dolewkę. Nikt nie wie, gdzie on te wszystkie płyny magazynował. Grunt, że po trzech godzinach, wśród aplauzu wszystkich zgromadzonych, duchowny efektownie pozbył się balastu przepełniając swoją miskę.
Po takim doświadczeniu byłem już gotowy na poznanie „pnącza duszy”.

Axis mundi

Parę dni później wszyscy spotkaliśmy się w tym samym miejscu. Siedząc naprzeciwko swoich misek (teraz już przynajmniej znałem ich funkcję) czekaliśmy na pojawienie się maestro. Ten po chwili do nas dołączył ubrany w odświętne szaty, w towarzystwie swoich dwóch pomocników. Usiadł na wcześniej przygotowanym dywaniku i rozłożył przed sobą mały ołtarz z przedmiotów potrzebnych mu do przeprowadzenia rytuału. Były tam kadzidła, wonne oleje kwiatowe, fajki z amazońskim tytoniem oraz liście koki.


Wiercąc się na swoim miejscu, niecierpliwie czekałem na zapadnięcie zmroku i początek ceremonii. Czas ciągnął się niczym opóźniony pociąg relacji Warszawa-Hel, ale w końcu nadszedł ten moment, gdy Juan otworzył butelkę z brunatną cieczą. Zanim jednak rozpoczął częstowanie nią wszystkich zgromadzonych, chwilę się pomodlił i wdmuchnął do jej wnętrza trochę dymu. Po chwili zaczął odmierzać kolejne porcje dla każdego z nas.




Ayahuasca dziwnie smakuje. Jest cierpka, delikatnie metaliczna, trochę słodka, trochę słona. Jednym słowem – obrzydlistwo, które trudno jest przełknąć. Do tego smak tej cieczy pozostaje w ustach na długo, a nawet jeśli przez chwilę się o nim zapomni, to gwałtowne beknięcie przywołuje wspomnienie tej delicji…



Proces przygotowywania ayahuaski trwa kilka dni.

Na efekty trzeba trochę poczekać. Zalecane jest, aby wyciszyć swoje myśli, zrelaksować się… Ja miałem z tym spory kłopot. Im dłużej siedziałem czekając na „wejście”, tym bardziej się irytowałem. „Pewnie wszyscy już mają odlot, tylko nie ja… Kurwa, przebyłem tysiące kilometrów, aby przyjąć ayahuascę i nic nie poczuć!”. Po chwili jednak znalazłem źródło mojej spiny. Kątem oka zobaczyłem w ciemności dwie osoby, które zamiast uczestniczyć w rytuale stoją za moimi plecami. Trochę mnie to zirytowało. Postanowiłem więc wstać, aby wytłumaczyć im, że wtargnęli w moją strefę prywatności i że życzyłbym sobie, aby nieco się przesunęli. Bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że nikt za mną nie stoi, a ja właśnie rozpoczynam podróż swojego życia.


Totalna pustka w głowie, mózg w trybie offline. Siedź i oglądaj swój film. A za ścieżkę dźwiękową niech ci służą icaros – pieśni wyśpiewywane przez mistrza ceremonii. Mimo że były to monotonne, powtarzające się zbitki kilku melodii, to dla mnie początek każdej z icaros był niczym kolejny rozdział jakiejś opasłej księgi. Podczas jednej rozmawiałem z jakimś bliżej nieokreślonym duchowym reprezentantem amazońskiej flory, aby po chwili podczas innej zrozumieć sens egzystencji przydrożnego kamyka.

https://www.youtube.com/watch?v=Hv32P1pOL_4

Każde kolejne icaro było też kolejnym krokiem w świat silnych wizji. A z każdym takim krokiem coraz bardziej błahe wydawały mi się moje codzienne problemy. Niezapłacony rachunek? Zepsute sprzęgło w aucie? Życie? Śmierć? Jakie to ma znaczenie w obliczu tego, z czym właśnie się spotkałem?
Ayahuascowy trip bardzo ładnie przedstawił Jan Kounen - reżyser adaptacji komiksu pt. "Blueberry". Filmowiec zna się na rzeczy. Trudno się dziwić - gość jest też twórcą całkiem zacnego dokumentu pt. "Ayahuasca: Inne Światy" (szczerze polecam!).

https://www.youtube.com/watch?v=gagR2_Yi8wE

Kresem podróży była "płyta główna". Źródło wszystkiego – zagęszczona fraktalnie istota – czysta mądrość, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, początek i koniec w jednym miejscu. Axis mundi, czyli słup Wszechświata, złoty środek.


Leżałem sobie jak ten worek ziemniaków (swoją drogą – wiedzieliście, że w Peru rośnie 3800 odmian ziemniaków? Nie? To teraz już wiecie), co kilkanaście sekund wykonując płytki oddech. Po policzkach płynęły mi łzy, a twarz wykrzywiona była w idiotycznym uśmiechu. Błogość. Tak się chyba musieli czuć ci wszyscy chrześcijańscy asceci, którzy po latach siedzenia na słupach spotkali wreszcie Boga, a potem wmawiano im, że cierpią na schizofrenię i zamykano w pokojach bez klamek.
Trip trwał pięć godzin, a powrót do rzeczywistości, którą znam na co dzień, był dość lekki. Po prostu w pewnym momencie, kiedy maestro przestał śpiewać, wygramoliłem się ze swojego barłogu i zapaliłem fajkę. Parę minut później byłem już w stanie podnieść się na nogi i zamienić parę słów z innymi świeżo obudzonymi uczestnikami ceremonii. Lekko otumaniony zabrałem manele i poszedłem spać do swojego domku.

Dżungla się myje

W ciągu całego mojego tygodniowego pobytu w puszczy ani razu nie doświadczyłem uroków pory deszczowej. Prawdę mówiąc to nawet zapomniałem, że takowa właśnie trwa. Dzień po rytuale w towarzystwie miejscowego Indianina poszedłem na spacer wzdłuż koryta rzeki. Po godzinie marszu zaczęło trochę kropić.


Mój towarzysz wykonał szybki zwrot na pięcie pozostawiając mi krótka informację: „Spierdalamy!” No bez przesady! Deszcz jeszcze nikogo nie zabił, pomyślałem. Na wszelki wypadek pobiegłem jednak do ośrodka. I to, jak się po chwili okazało, było jedną z lepszych decyzji w moim życiu. Po dosłownie kilku minutach od mojego powrotu do altanki z widokiem na rzekę, miała miejsce prawdziwa powódź. Nigdy nie widziałem tak gęstego deszczu, a leniwie dotąd płynąca woda zmieniła się w prawdziwie wzburzony gniew natury. Gdybym ociągał się z ewakuacją, to pewnie wróciłbym na miejsce wraz z tym wściekłym nurtem.
„Dżungla się myje” - mruknął jeden z miejscowych Peruwiańczyków. Trafna uwaga – dotąd krystalicznie czysta rzeka zmieniła kolor na brązowy, a z jej prądem spływały wielkie konary, suche krzaki, a nawet zdechłe zwierzęta.
Poczekałem jeszcze dobę, aż chmury się nieco przejaśniły, spakowałem plecak i ruszyłem w drogę powrotną do miasta. Tam, jak się okazało, również trochę padało. Tym razem w Pucallpie przywitał mnie leżący na środku drogi przed moim lokum zdechły pies, konsumowany przez watahę padlinożernych ptaszysk (podobnych do posępnych sępów).

https://joemonster.org/images/vad/img_34570/5262936c942273a8a555d175d1ec5961.jpg
 
Zanim z jednej z chat wybiegła pękata Indianka i wymachując miotłą przerwała tę wieczerzę, ptaki zdążyły rozrzucić psinę po całym osiedlu. Grunt, że się najadły. Teraz już przynajmniej wiem, jaka jest zależność pomiędzy wygłodniałymi czworonogami a towarzyszącymi im ptaszydłami.

Plecak znów spakowany. Czas zmienić lokalizację.
10

Oglądany: 143990x | Komentarzy: 86 | Okejek: 549 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.05

25.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało