Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Legenda o Morskich Cyganach - Filipiny oczami bojowniczki JM

50 020  
196   28  
Pamiętam pewną hollywoodzką superprodukcję z lat 90. z Kevinem Costnerem. Apokaliptyczna wizja świata zalanego wodą, gdzie ludzie żyją w miastach zbudowanych na łodziach i są przerażeni mutacją, która powoduje, że wytwarzają im się skrzela i błony między palcami. Pamiętam też nowszy film o całkiem starej historii naukowca, który przepłynął Pacyfik łódeczką, żeby udowodnić swoją szaloną teorię o migracjach. Historia Badjao, Morskich Cyganów, jest jeszcze bardziej niesamowita.


Legendę Badjao usłyszałam pierwszy raz od Alana, naszego mentora...

Dawno, dawno temu, gdzieś pomiędzy Borneo a Mindanao, wśród bezkresu mórz Południowo-Wschodniej Azji żyło pradawne plemię Morskich Cyganów. Jego członkowie rodzili się, żyli i umierali na łodziach, wychodząc na ląd tylko po to, by sprzedawać ryby i perły oraz kupować niezbędne im do życia przedmioty. Byli jednymi z najlepszych nawigatorów na świecie, pływając w swoich małych łodziach, kierując się jedynie gwiazdami, słońcem i intuicją. Morscy piechurzy, którzy spędzali pod wodą rekordowe ilości czasu, nurkując bez żadnego sprzętu i szukając pereł. Ludzie, dla których morze było tak naturalnym środowiskiem, jak dla nas pola i lasy, i byli z nim związani więzią niemal religijną.

Kiedy spotkałam ich pierwszy raz?

Dzień tak upalny, że aż dziwne, że ludzki pot nie powoduje powodzi. Najbardziej ruchliwe skrzyżowanie w Tagbilaranie, tyły jednego z najpopularniejszych centrów handlowych. Bankomat jedynego banku, z którego mogę wypłacić pieniądze z polskiego konta. Kolejka w brudnej i śmierdzącej wnęce. Coś mnie ciągnie za koszulkę."Give me money!"
Dwójka niesamowicie brudnych i wyjątkowo nieuprzejmych bachorów w wieku wczesnoszkolnym. I matka albo starsza siostra, kiepsko ukryta za rogiem ulicy, zachęcająca dzieciaki do żebrania. Usłyszały NIE i w końcu dały spokój widząc, że ta Americano nie grzeszy naiwnością. Na ulicach Tagbilaranu są też „drobni sprzedawcy” – filipiński odpowiednik panów z dużą ilością wewnętrznych kieszeni w płaszczu. Zwykle oferują okulary, plastikowe duperele i czasem biżuterię z pereł. Na pierwszy rzut oka, to ludzie, u których szukałabym rzeczy skradzionych na plaży.
Co te dwie grupy mają ze sobą wspólnego? Dowiedziałam się, kiedy w ramach wolontariatu odwiedziliśmy wioskę Badjao razem z pracownikiem socjalnym. Współcześni Badjao zaczęli się osiedlać.

Jak spotkałam ich po raz drugi?

Grudzień. Ciepłe, popołudniowe słońce w Dauis na Panglao, turystycznej wysepce połączonej z Boholem dwoma mostami. Właśnie za jednym z nim skręcamy w prawo w gruntową drogę. Parkujemy motocykle na placyku wokół którego stoją bambusowe chatynki. Ludzie uśmiechają się, jak większość Filipińczyków, ale po jakości zabudowy widać, że panuje bieda. Schodzimy niewygodną kamienistą ścieżką w dół, bliżej wody. Tuż przed końcem ścieżki siedzą ludzie. Bezpośrednio na kamieniach i w pojemnikach ustawionych na ziemi mają jedzenie, tylko po ilości widać, że to raczej na sprzedaż niż na piknik. Ścieżka kończy się dość nagle, tam, gdzie zaczyna się pomost.

Po lewej stronie "toaleta"

Pomost to właściwie za dużo powiedziane. Dwie lub trzy deski byle jak zbite ze sobą i nic ponadto. Żadnych barierek, linek ani zabezpieczeń. Mieszczą się dokładnie dwie stopy.


Pomost prowadzi między chatynkami na palach, najpierw nad błotem a potem nad wodą. W najgłębszym miejscu wody jest mniej więcej po pachy. Cała wioska wyglądem przypomina bardzo ryzykowny park linowy.


Większość chatynek jest otwarta w kierunku pomostów. Właściwie nie ma w nich drzwi ani okien. Są raczej braki ścian, przez które można zobaczyć co ludzie robią w środku.


 
Bardzo dużo ludzi. Uśmiechniętych, zrelaksowanych i zdecydowanie pokojowych, choć zaciekawionych naszym przybyciem.
 

Dzieciaki biegają po pomostach jak szalone. Jakiś człowiek z beczką idzie wolniej, ale też jakby znał każdy sęk w każdej desce.


A w ręce soczek w plastikowej torebce


W brakach ścian widać matki z gromadkami dzieci, śpiące na podłodze niemal jedno na drugim. Rodzina oglądająca telewizję (tak, niektórzy mają telewizory).


Rodzina jedząca obiad. Kobieta topless robiąca pranie w misce. I muzyka. Dużo muzyki.
Powoli, noga za nogą i pojedynczo, doszliśmy pomostem do przedszkola.


Do tej pory nie wiem czyje jest to najmniejsze



Duża chatynka, z której okien rozpościera się widok na morze i Tagbilaran po drugiej stronie kanału. W wodzie łodzie rybackie różnych wielkości.


Wszystkie zrobione przez Badjao. Wartość? 350 zł za małą, 2100 za dużą. Ręcznie pomalowane w najróżniejsze wzory. Rybak po pachy w wodzie czyści swoją łódź. Wokół niego kąpią się dzieciaki. Cała banda mokrych, małych potworków przypływa na… workach po ryżu.



Po odgłosie domyślam się, że w środku są plastikowe butelki – kto by się spodziewał takiego recyklingu ;). Wiosłują kawałkami drewna i jakąś miską. Dopływają do przedszkola i zaczynają wyprawiać dzikie harce, robiąc fikołki, salta i nurkując bez sprzętu.





Rozmawiamy z kobietami. Uśmiechają się i opowiadają jak tu się żyje. Jak biorą śluby w wieku lat 18, bo rząd zakazał tradycji wychodzenia za mąż niedługo po pierwszym okresie. Śmieją się, że my to już dawno jesteśmy przeterminowani. Żartują, że Badjao są bardzo bogaci, bo za poślubienie dziewicy trzeba zapłacić jej rodzicom 20 000 pesos (1400 zł) i że już dwie wydali za obcokrajowców. Pocieszają, że za żonę z secondhandu tylko 2-3 tys.


Opowiadają, jak biorą rozwody, bo im, w przeciwieństwie do Filipińczyków, wolno. Głównie dlatego, że i tak nikt nie rejestruje ślubów, a oni nie mają obywatelstwa ani żadnych dokumentów. Podobno rząd ostatnio spisał listę mieszkańców tego osiedla i ograniczył ich liczbę do 900. Miejsce w jakiś dziwny sposób napełnia mnie spokojem i poczuciem harmonii. Jakby wszystko było dokładnie tak jak powinno. Ale nie jest.

Każdy świat ma swoje problemy

Zaczynam zastanawiać się nad podstawowymi sprawami i okazuje się, że moje najgorsze przypuszczenia są prawdziwe. W żadnym z domków nie ma toalety. Wszystko prosto do morza albo błota. To aż dziwne, że nie śmierdzi z daleka ściekami. Panie z przedszkola i z opieki społecznej zapytane o choroby nie wymieniają nic niebezpiecznego. Jednak po reakcji na słowo „cholera” widać, że obawiają się, że w wyniku zaniedbań sanitarnych, już niedługo ten stan się zmieni.

Moje obawy dotyczące wypadków związanych z pomostem nie potwierdzają się, ale okazuje się, że niedawno był przypadek utonięcia dziecka, które przekręciło się we śnie i wypadło z domku do wody. Większość tutejszych dzieci nie chodzi do szkoły. Kończą edukację na przedszkolu lub podstawówce i zwykle nie potrafią czytać. Od Alana dowiedziałam się skąd przypłynęły dzieci na stateczkach z butelek.

Banda roześmianych dzieciaków była na wyprawie piracko–łupieskiej. Swoimi małymi stateczkami wypływają w kierunku portu w Tagbilaranie, po dwoje na pokładzie. Dzielnie wiosłują przez niemały i niepłytki kanał, żeby się dostać do łodzi pasażerskich. Jeśli znajdą taką pełną ludzi, to krzykami zwracają na siebie uwagę, a potem następuje specjalny pokaz. Ludzie ze statku rzucają monety. Lśniące, błyszczące peso lądują w wodzie i powoli toną, a mali Badjao rzucają się za nimi i niesamowicie sprawnie nurkują bez żadnego sprzętu. Nie potrzebują nawet masek, żeby patrzeć pod wodą. Opłata za obejrzenie specjalnego pokazu w morskim zoo wyłowiona. Dzień można uznać za udany.

Miastu ta sytuacja się nie podoba. Badjao nie mogą tak żyć. Z jednej strony szybko pomnażające się plemię o osobnej kulturze i języku, bez obywatelstwa, pracy i wykształcenia to gotowy przepis na problemy z żebraniem, kradzieżami, rozbojami i morderstwami. A do tego psują im kanał srając i śmiecąc do wody. Z drugiej strony, to wyrzucenie ich, żeby popłynęli gdzie indziej, to kiepskie rozwiązanie. Tak samo zresztą jak próba zmuszenia ich do przeprowadzki na ląd, do domów z toaletami. Czy można pomóc im tak, żeby nie zniszczyć ich kultury, a jednocześnie skończyć z żebractwem? Czy istnieje sposób na to, żeby zostali częścią społeczeństwa, a nie jego marginesem? Czy najbiedniejsi z biednych w ogóle chcą przestać być biedni?

Jak wyciągnąć ich legendę z rynsztoka?
1

Oglądany: 50020x | Komentarzy: 28 | Okejek: 196 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

09.04

08.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało